poniedziałek, 21 września 2015

1.2

To było suche lato. W głowie, w gardle, w krajobrazie. Wisła odsłoniła upiaszczony brzuch i wszystko co na nim, na działce kukurydza - zasadzona na wiosnę przez Dzika - zasuszyła się od środka, w kolbach i sterczy teraz jak zaschnięte oskarżenie: wody! W Skaryszaku wpadałam na samochód-cysternę, z czterema kranikami, z których można sobie nalać chłodnej kranówki, piłam ją prosto z dłoni, smakowała doskonale. Na holenderskiej wsi, gdzie trafiliśmy w sierpniu dzięki praktyce home-exchange (od której jesteśmy uzależnieni; nie wyobrażamy sobie już wakacji bez zakotwiczenia się w cudzej chałupie) wody było za to pod dostatkiem. Nasz tymczasowy ogród przechodził płynnie, oddzielony jedynie wąskim kanałkiem. w kukurydziane pole; bujne, wysokie jak w filmie o którym opowiadaliśmy sobie z koleżankami z klasy, na przerwie w ciemnym korytarzu podstawówki, obejmując się za chude ramiona obleczone PRL-owskim, mundurkowym poliestrem. Jednej nocy na polu rozpędził się wiatr tak silny, że wyrwał nam roletę z okna, woda lała się z nieba kubłami. Rano cienka nitka asfaltu oddzielająca nasz dom od krowiego pastwiska była sucha, krowy które noc spędziły zbite w czarno-biały monolit - czyściutkie, jak po kąpieli. Wszystko wsiąkło w poldery. Tylko grzyby, które nasi gospodarze, hodowali pod frontową ścianą (w miejscu w którym sadzi się piwonie albo róże) jakby dwukrotnie spuchły. Wyjątkowo deszczowe było to lato.

To było smutne lato. Na jego koniec pożegnaliśmy się się z S. i Ł., z którymi przez dwa lata uprawialiśmy działkę. Wyjechali na gorący kraniec Europy, skąd pochodzi S. Jeden z ich ostatnich dni w Warszawie spędziliśmy razem w ogrodzie na Jazdowie, przy długim, nakrytym ceratą stole. Postawiliśmy na nim jedzenie, rośliny w doniczkach, wytypowane przez S. i Ł. do adopcji, wytrawny cydr z zeszłorocznych jabłek z naszej działki, który po odkapslowaniu butelek błyskawicznie wyrywał się na wolność. S.i Ł. odjechali czerwonym volkswagenem, zabierając ze całe ciepło, które zebrali i które wygenerowali, ich aloes zaadoptował się na naszym parapecie, w słoikach, które od nich dostałam, zamieszkał pomidorowy przecier. Dużo radości przyniosło to lato.

Ten stół jednak jakoś się do mnie doczepił. I nie chciał puścić. Widziałam podobne też we Włoszech - zbite z przypadkowego, nie zawsze doskonałego budulca, ustawione w przydomowych ogródkach i na działkach, przykryte ceratą i bardzo długie. Dość długie by pomieścić całą włoską rodzinę z przyległościami. Zupełnie inaczej niż te które oglądam na polskich działkach. Dlatego właśnie ten stół, kolektywny, pojemny, gościnny został bohaterem felietonu w najnowszym, październikowym Voyage, który już chyba lada moment pojawi się w kioskach. Bohaterem-katalizatorem, który uruchamia zupełnie inny temat. Ten który od kilku tygodni jest naszym wspólnym, europejskim tematem.

Nie jest moją intencją inicjowanie tu rozmowy na temat tego czy należy przyjmować uchodźców czy nie. Nie będę wchodzić w dyskusję na ten temat, nie będę też starać się przekonywać nikogo do mojego stanowiska (które jest jednoznaczne: człowiek bezwarunkowo, człowiek przede wszystkim). Będę się za to z Wami dzielić informacjami o tym jak można realnie pomóc tym którzy dotarli do Europy lub do Polski.

Dziś jeszcze, do godziny 18:00, można zanosić rzeczy (śpiwory, koce, peleryny przeciwdeszczowe, parasole, duże namioty, środki czystości, przydatne koczującym w obozie: mokre chusteczki dla niemowląt, małe mydełka) do warszawskiego Planu Be przy Pl. Zbawiciela. Stamtąd rzeczy zostaną przewiezione przez wolontariuszy do Tovarnika przy granicy serbsko-chorwackiej.

Przydadzą się też pieniądze które zostaną wydane na miejscu na wodę, jedzenie oraz pieluchy (pieluch nie zanoście, bo organizatorzy akcji mają tylko dwa busy), oraz informacje o tym gdzie można kupić leki. Można je kierować bezpośrednio do organizatorów: https://www.facebook.com/events/155291721481155/

2 komentarze: