poniedziałek, 28 października 2013

147


W zeszłym roku się nie udało. W dniu w którym Ludwik Majlert z rodziną zaprosili zbieraczy na swoje gospodarskie zagony, realizowałam się w bezgotówkowej wymianie mieszkań.

Udało się za to jednej z moich bohaterek. A., wspomagana przez przyjaciółkę, ściągnęła wówczas z posezonowego pola tonę jarmużu, który, umyty, posiekany i zamrożony pozwolił jej przetrwać Długą Zimą Antykonsumpcji. Jeszcze w marcu wcinałyśmy samosy z jadowicie zielonym wypełnieniem.

W tym roku chętnych do golenia resztek z najmodniejszej warszawskiej plantacji zieleniny było tylu, że właściciele podzielili nas na tury. Kolejne grupy w kaloszach i z koszami ruszały o pełnych godzinach. Mangold, jarmuż, szpinak, rukola, radicchio, cukinie-pogrobowce (A. wygrzebała ich z pół tuzina), porozrzucane między zagonami dynie - posezonowa obfitość, z którą skonfrontowano nas na plantacji była wręcz przytłaczająca. Grupy wracały z pola objuczone ponad miarę. Czyżby sprzątanie resztek z pól stawało się nową hipsterską tradycją?