poniedziałek, 17 czerwca 2013

143

Zaglądam od czasu do czasu na bloga Łukasza Supergana, który od 11 kwietnia przemierza jeden z najważniejszych szlaków pielgrzymkowych świata. Drogę Św. Jakuba - El Camino de Santiago - Jakobsweg. 

Łukasz robi to w prawdziwie minimalistyczny sposób; idzie na piechotę, nocuje w plenerze, pod biwakową płachtą, w klasztorze, na skłocie, u poznanych w drodze ludzi. Jego dzienny budżet to 5 EUR. W krajach zachodniej Europy nijak nie da się tego zamienić na dawkę kalorii potrzebnych mężczyźnie z metabolizmem podkręconym pieszą wędrówką. Idąc na własnych nogach, trudno też jednocześnie dźwigać na plecach zapas jedzenia na 3 miesiące. Łukasz znalazł jednak rozwiązanie idealne. Dziś pisze o darmowym, łatwo dostępnym źródle świeżego i smacznego żarcia. Śmietniku, tudzież kontenerze.

Zdjęcie, na którym Łukasz pokazuje to co udało się wyłowić z jednego z niemieckich śmietników, wbija w ziemię. Bateria jogurtów, sery pleśniowe, mango o doskonale wyglądającej skórce, banany, pudełko truskawek, fabrycznie zapakowane sałatki, bagietka - wszystko, wg tego co pisze, tuż przed upływem daty ważności. Ten wynalazek ma też swoje ciemne strony - mocno wypunktowane w dokumencie "Taste The Waste" - filmu, który powinien zobaczyć każdy kto chce świadomie robić zakupy.

Łukasz ma do przejścia blisko 3500 km, jest w tej chwili mniej więcej w połowie drogi. Ostatni, wybrany przez niego fragment drogi będzie się pokrywał z tzw. Camino Norte, jedną z hiszpańskich dróg do Santiago, która biegnie przez moje ulubione prowincje: Kraj Basków, Kantabrię, Asturię i Galicję. Wszystkie te prowincje mocno inwestują w promocję przeciągniętej przez ich terytorium trasy. Bo El Camino de Santiago, obok baskijskich tapas, asturyjskich kobz, serów-śmierdzielów z Kantabrii i doskonałego białe wina albarino z Galicji, jest wspólnym zasobem tych czterech prowincji. Być może: jednym z najcenniejszych.

Trudno jednoznacznie powiedzieć kiedy Droga Św. Jakuba stała się, jak niemal wszystko co na świecie popularne turystycznie, produktem. Dziś ma swój znak towarowy (vieira czyli muszla przegrzebka), opatentowany wizerunek (Katedra Apostoła w Santiago de Compostela), profil na Twitterze, statystyki pielgrzymów. W popularyzację/promocję/reklamę (dowolne skreśl) szlaku pielgrzymkowego pompuje się setki tysięcy euro, angażując do tego nie tylko pracowników agencji reklamowych, którzy zajmują się pracą nad identyfikację wizualną poszczególnych prowincji oraz całego szlaku, ale i postaci ze świata kultury. W 2007 roku Woody Allen umieścił w Oviedo akcję filmu "Vicky Cristina Barcelona".

Urynkowienie tego co jest/powinno być (znów dowolne skreśl) intymnym, duchowym przeżyciem, nie jest nowym zjawiskiem. Ponieważ ludzka potrzeba chwalenia się udziałem w wydarzeniach, w których w rzeczywistości brało się udział symboliczny, jest stara jak sama ludzkość, już średniowieczni handlarze zwietrzyli interes w handlu muszlami vieira czyli wachlarzowatymi muszlami przegrzebka, zbieranymi z atlantyckich plaż. Vieira noszona na ubraniu, przytroczona do pielgrzymiego kija były sygnałem: byłem, doszedłem o własnych siłach. Nie każdy średniowieczny wanna-be-pilgrim miał dość sił, by dotrzeć na sam koniec trasy, na atlantyckie wybrzeże w Finisterre i poszukać na nim swojej muszli. Każdy jednak mógł ją kupić - w Santiago de Compostela, na placu, pod katedrą, gdzie znajduje się grobowiec patrona szlaku. Handel muszlami przynosił tak ogromny zysk, że został obłożony limitami; arcybiskup Santiago de Compostela mógł ekskomunikować każdego, kto ośmielił się sprzedawać je poza terenem diecezji.

Łukasz chce dojść do samego końca Drogi Św. Jakuba. Do maleńkiej miejscowości nad Oceanem Atlantyckim o nazwie Finisterre, która oznacza koniec świata. Koniec starego - początek nowego. Kiedyś pielgrzym, którzy tu docierał, palił na białej plaży zużyte ubranie i na golasa zanurzał się w srebrno-stalowym Atlantyku. Ocean - jak pralka nastawiona na płukanie duszy - skutecznie wymywał z niej wszystkie grzechy. Pielgrzym wychodził z wody siny i zziębnięty, ale z czystym, prawie przezroczystym sumieniem. Czuł się uprawniony, by zawiesić na szyi vieirę - symbol duchowego odrodzenia oraz dowód odbycia pielgrzymki. 

Łukasz będzie mógł ją kupić na stoisku.

2 komentarze:

  1. No nie. To teraz jak na złość, znajdę sobie swoją :) A nowej muszli, na szczęście, nie potrzebuję. Dostałem na drogę od ważnej dla mnie osoby. Jest troszkę obita, ale moja i dźwigana z samego progu domu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szukaj, należy Ci się taka odsłonięta przez atlantycki odpływ:-)

      Usuń