poniedziałek, 3 czerwca 2013

140

W niedzielę: pachta.

Opuszczony działkowy teren, na który zabiera nas A. wygląda jak zona Strugackich. Wejścia na jej teren strzeże szpaler martwych topoli; nie wiadomo dlaczego umarły, bo wokół kipi życie. Po domkach zostały fundamenty, ledwo wystające z ziemi. Żywopłot, który przestał być dyscyplinowany, skędzierzawił się. Tak pewnie wyglądałyby włosy Beyonce, gdyby przestała je sobie prostować. Zielona kipiel która rozciąga się po obu stronach wydeptanej ścieżki jest poznaczona kreskami, gdzie zieleń jest ciut bardziej cherlawa. To dawne alejki ułożone z betonowych płyt; już częściowo strawione przez chlorofil. Po ogrodzeniach, furtkach - praktycznie nie ma już śladu.

Łubin, ogrodowe maki, rudbekie, nawłoć, margaretki, orliki, irysy to twardziele, wciąż dają radę, mimo 12 lat walki o przetrwanie. A. pokazuje mi rośliny, które są ekspansywne jak perz: sumak, posadzony pewnie przez jakiegoś wojskowego dygnitarza (jego działka jest otoczona kamiennym murem) rozpycha się między tujami, barwinek zagarnia kolejne metry kwadratowe.

Częstujemy się co ładniejszymi okazami, oczy mi latają dookoła głowy; bogactwo tego co za jakiś czas dojrzeje, jest tu wręcz oszałamiające. Porzeczki, morele, brzoskwinie, agrest, aronia, truskawkowe pole, dzika marchew - A. skanuje gąszcz, sadzony rękoma oficerów Wojska Polskiego, którzy sobie na boku składu z amunicją urządzili teren rekreacyjny. Idziemy z koszami pełnymi słodko-miodowego urobku (bez, bez, bez), gdy zza zielonej zasłony dobiega dźwięk strzelaniny. Z zieleni wycina się moro-postać z karabinem w dłoni: - To się może dla was bardzo bardzo źle skończyć. Sprawa jest poważna, wojna to nie czas na pierdoły. - Moja żona też się w to bawi co wy. - rzuca na odchodne kolejny człowiek z czarno-zgniłym kamuflażem na twarzy.

Czy miejskie zbieractwo zrobi się modne? Zastanawiamy się, rozklepując temat w rozmowie i wałkując go potem w różnych zakątkach internetu. - Czy to nie szaber? - pisze jedna z dyskutantek. - Czy to przypadkiem nie szkodliwe? Bałabym się jeść warzywa i owoce zebrane przy miejskim chodniku. - pyta inna.

Zbieractwo to zajęcie, które wymaga interdyscyplinarnej wiedzy i odporności na miejskie mity - także te o skażeniu ołowiem wszystkiego co rośnie w mieście. Liczy się wszystko: geologiczna budowa terenu, kierunek, z którego na ogół wieje wiatr, rodzaj gleby, miejska topografia, historia, indywidualne cechy roślin, ich towarzystwo, częstotliwość zabiegów pielęgnacyjnych. Im bardziej się tym interesuję, tym więcej zależności widzę. Dlaczego wschodnia Warszawa cieszy się czystszym powietrzem, a na Wilanowie ziemia jest wolna od kadmu? Dlaczego jedne rośliny bardziej ochoczo wchłaniają zanieczyszczenia, a inne - nawet posadzone na terenie dawnej zajezdni autobusowej - będą tak czyste, że można by je sprzedawać na biobazarze? Skąd się bierze zadziwiająca czystość miodu zbieranego przez miejskie pszczoły?

Próbuję sobie to jakoś w głowie usystematyzować, podpytując kogo mogę i podglądając dwa fascynujące blogi o tym co można znaleźć i zjeść w mieście/terenie. Herbiness uwiodła mnie swoją wiedzą, kiełkujący Miastożercy - odwagą i zapałem. 

Na stronie Państwowego Instytutu Geologicznego można znaleźć informacje i mapy o skażeniu gleb - między innymi metalami ciężkimi. Najbardziej dotknięty nim region to miasta Wyżyny Śląsko-Krakowskiej, miedziowe zagłębie wokół Lubina, a na Mazowszu: okolice Ożarowa Mazowieckiego (miedź) i Siedlce (kadm). Czyli dwa mazowieckie zagłębia upraw rolniczych. Tereny, na których rośnie jadalna zieleń w dobrze wentylowanej Warszawie, która leży tuż pod nosem wielkiej puszczy i jest jedną z dwóch najzieleńszych stolic Europy (obok Helsinek), znajdują się za to w całkiem niezłej kondycji. Zwłaszcza jeśli są to opuszczone dekadę temu działki, dawne sady owocowe, pośród których PRL-owscy architekci postawili bloki albo dawne tereny uprawowe. Im więcej czasu mija od wywłaszczenia, tym w ziemi też mniej pestycydowego i herbicydowego tałatajstwa.

A tu jest dużo ciekawych informacji na temat warzyw i owoców które powinno się, w miarę możliwości, pozyskiwać w wersji organicznej, bo wyjątkowo intensywnie absorbują toksyny. Idąc tym tropem: celuj w osierocone pole truskawkowe!



1 komentarz:

  1. Jak zawsze głęboko nadgryzłaś temat, lecę eksplorować linki :-)

    OdpowiedzUsuń