wtorek, 25 czerwca 2013

144

Jesteś towarem. Jestem towarem.

A. nigdy nie płaci w knajpach kartą, zawsze ma przy sobie gotówkę. Gdy pytam ją dlaczego, odpowiada, że nie chce oddawać się za darmo.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

143

Zaglądam od czasu do czasu na bloga Łukasza Supergana, który od 11 kwietnia przemierza jeden z najważniejszych szlaków pielgrzymkowych świata. Drogę Św. Jakuba - El Camino de Santiago - Jakobsweg. 

Łukasz robi to w prawdziwie minimalistyczny sposób; idzie na piechotę, nocuje w plenerze, pod biwakową płachtą, w klasztorze, na skłocie, u poznanych w drodze ludzi. Jego dzienny budżet to 5 EUR. W krajach zachodniej Europy nijak nie da się tego zamienić na dawkę kalorii potrzebnych mężczyźnie z metabolizmem podkręconym pieszą wędrówką. Idąc na własnych nogach, trudno też jednocześnie dźwigać na plecach zapas jedzenia na 3 miesiące. Łukasz znalazł jednak rozwiązanie idealne. Dziś pisze o darmowym, łatwo dostępnym źródle świeżego i smacznego żarcia. Śmietniku, tudzież kontenerze.

Zdjęcie, na którym Łukasz pokazuje to co udało się wyłowić z jednego z niemieckich śmietników, wbija w ziemię. Bateria jogurtów, sery pleśniowe, mango o doskonale wyglądającej skórce, banany, pudełko truskawek, fabrycznie zapakowane sałatki, bagietka - wszystko, wg tego co pisze, tuż przed upływem daty ważności. Ten wynalazek ma też swoje ciemne strony - mocno wypunktowane w dokumencie "Taste The Waste" - filmu, który powinien zobaczyć każdy kto chce świadomie robić zakupy.

Łukasz ma do przejścia blisko 3500 km, jest w tej chwili mniej więcej w połowie drogi. Ostatni, wybrany przez niego fragment drogi będzie się pokrywał z tzw. Camino Norte, jedną z hiszpańskich dróg do Santiago, która biegnie przez moje ulubione prowincje: Kraj Basków, Kantabrię, Asturię i Galicję. Wszystkie te prowincje mocno inwestują w promocję przeciągniętej przez ich terytorium trasy. Bo El Camino de Santiago, obok baskijskich tapas, asturyjskich kobz, serów-śmierdzielów z Kantabrii i doskonałego białe wina albarino z Galicji, jest wspólnym zasobem tych czterech prowincji. Być może: jednym z najcenniejszych.

Trudno jednoznacznie powiedzieć kiedy Droga Św. Jakuba stała się, jak niemal wszystko co na świecie popularne turystycznie, produktem. Dziś ma swój znak towarowy (vieira czyli muszla przegrzebka), opatentowany wizerunek (Katedra Apostoła w Santiago de Compostela), profil na Twitterze, statystyki pielgrzymów. W popularyzację/promocję/reklamę (dowolne skreśl) szlaku pielgrzymkowego pompuje się setki tysięcy euro, angażując do tego nie tylko pracowników agencji reklamowych, którzy zajmują się pracą nad identyfikację wizualną poszczególnych prowincji oraz całego szlaku, ale i postaci ze świata kultury. W 2007 roku Woody Allen umieścił w Oviedo akcję filmu "Vicky Cristina Barcelona".

Urynkowienie tego co jest/powinno być (znów dowolne skreśl) intymnym, duchowym przeżyciem, nie jest nowym zjawiskiem. Ponieważ ludzka potrzeba chwalenia się udziałem w wydarzeniach, w których w rzeczywistości brało się udział symboliczny, jest stara jak sama ludzkość, już średniowieczni handlarze zwietrzyli interes w handlu muszlami vieira czyli wachlarzowatymi muszlami przegrzebka, zbieranymi z atlantyckich plaż. Vieira noszona na ubraniu, przytroczona do pielgrzymiego kija były sygnałem: byłem, doszedłem o własnych siłach. Nie każdy średniowieczny wanna-be-pilgrim miał dość sił, by dotrzeć na sam koniec trasy, na atlantyckie wybrzeże w Finisterre i poszukać na nim swojej muszli. Każdy jednak mógł ją kupić - w Santiago de Compostela, na placu, pod katedrą, gdzie znajduje się grobowiec patrona szlaku. Handel muszlami przynosił tak ogromny zysk, że został obłożony limitami; arcybiskup Santiago de Compostela mógł ekskomunikować każdego, kto ośmielił się sprzedawać je poza terenem diecezji.

Łukasz chce dojść do samego końca Drogi Św. Jakuba. Do maleńkiej miejscowości nad Oceanem Atlantyckim o nazwie Finisterre, która oznacza koniec świata. Koniec starego - początek nowego. Kiedyś pielgrzym, którzy tu docierał, palił na białej plaży zużyte ubranie i na golasa zanurzał się w srebrno-stalowym Atlantyku. Ocean - jak pralka nastawiona na płukanie duszy - skutecznie wymywał z niej wszystkie grzechy. Pielgrzym wychodził z wody siny i zziębnięty, ale z czystym, prawie przezroczystym sumieniem. Czuł się uprawniony, by zawiesić na szyi vieirę - symbol duchowego odrodzenia oraz dowód odbycia pielgrzymki. 

Łukasz będzie mógł ją kupić na stoisku.

wtorek, 11 czerwca 2013

141

Ta książka, mimo, że podparta tytułem, który budzi sztampowe skojarzenia, sztampowa wcale nie jest.

Aleksandra Seghi pisze w niej o grupach solidarnego zakupu, współczesnych kołach gospodyń (i gospodarzy), filozofii "zero kilometrów". Ale też o permakulturze. Zakwasie. Szkole demokratycznej. Rowerze. Wymianach ubrań i gratów. Kompostowaniu. Makaronie pokrzywowym. O tym, dlaczego warto recyklingować śmieci, czytać etykiety, a z pomocą zakupowych wyborów - dofinansowywać lokalną społeczność.

Nie pytajcie premiera jak żyć, pytajcie Aleksandrę.

Jutro, czyli w środę 12 czerwca, o godz 18, w Trafiku na Brackiej odbędzie się spotkanie z Aleksandrą Seghi, autorką "Zielonej Toskanii". Będę miała przyjemność je poprowadzić.


poniedziałek, 3 czerwca 2013

140

W niedzielę: pachta.

Opuszczony działkowy teren, na który zabiera nas A. wygląda jak zona Strugackich. Wejścia na jej teren strzeże szpaler martwych topoli; nie wiadomo dlaczego umarły, bo wokół kipi życie. Po domkach zostały fundamenty, ledwo wystające z ziemi. Żywopłot, który przestał być dyscyplinowany, skędzierzawił się. Tak pewnie wyglądałyby włosy Beyonce, gdyby przestała je sobie prostować. Zielona kipiel która rozciąga się po obu stronach wydeptanej ścieżki jest poznaczona kreskami, gdzie zieleń jest ciut bardziej cherlawa. To dawne alejki ułożone z betonowych płyt; już częściowo strawione przez chlorofil. Po ogrodzeniach, furtkach - praktycznie nie ma już śladu.

Łubin, ogrodowe maki, rudbekie, nawłoć, margaretki, orliki, irysy to twardziele, wciąż dają radę, mimo 12 lat walki o przetrwanie. A. pokazuje mi rośliny, które są ekspansywne jak perz: sumak, posadzony pewnie przez jakiegoś wojskowego dygnitarza (jego działka jest otoczona kamiennym murem) rozpycha się między tujami, barwinek zagarnia kolejne metry kwadratowe.

Częstujemy się co ładniejszymi okazami, oczy mi latają dookoła głowy; bogactwo tego co za jakiś czas dojrzeje, jest tu wręcz oszałamiające. Porzeczki, morele, brzoskwinie, agrest, aronia, truskawkowe pole, dzika marchew - A. skanuje gąszcz, sadzony rękoma oficerów Wojska Polskiego, którzy sobie na boku składu z amunicją urządzili teren rekreacyjny. Idziemy z koszami pełnymi słodko-miodowego urobku (bez, bez, bez), gdy zza zielonej zasłony dobiega dźwięk strzelaniny. Z zieleni wycina się moro-postać z karabinem w dłoni: - To się może dla was bardzo bardzo źle skończyć. Sprawa jest poważna, wojna to nie czas na pierdoły. - Moja żona też się w to bawi co wy. - rzuca na odchodne kolejny człowiek z czarno-zgniłym kamuflażem na twarzy.

Czy miejskie zbieractwo zrobi się modne? Zastanawiamy się, rozklepując temat w rozmowie i wałkując go potem w różnych zakątkach internetu. - Czy to nie szaber? - pisze jedna z dyskutantek. - Czy to przypadkiem nie szkodliwe? Bałabym się jeść warzywa i owoce zebrane przy miejskim chodniku. - pyta inna.

Zbieractwo to zajęcie, które wymaga interdyscyplinarnej wiedzy i odporności na miejskie mity - także te o skażeniu ołowiem wszystkiego co rośnie w mieście. Liczy się wszystko: geologiczna budowa terenu, kierunek, z którego na ogół wieje wiatr, rodzaj gleby, miejska topografia, historia, indywidualne cechy roślin, ich towarzystwo, częstotliwość zabiegów pielęgnacyjnych. Im bardziej się tym interesuję, tym więcej zależności widzę. Dlaczego wschodnia Warszawa cieszy się czystszym powietrzem, a na Wilanowie ziemia jest wolna od kadmu? Dlaczego jedne rośliny bardziej ochoczo wchłaniają zanieczyszczenia, a inne - nawet posadzone na terenie dawnej zajezdni autobusowej - będą tak czyste, że można by je sprzedawać na biobazarze? Skąd się bierze zadziwiająca czystość miodu zbieranego przez miejskie pszczoły?

Próbuję sobie to jakoś w głowie usystematyzować, podpytując kogo mogę i podglądając dwa fascynujące blogi o tym co można znaleźć i zjeść w mieście/terenie. Herbiness uwiodła mnie swoją wiedzą, kiełkujący Miastożercy - odwagą i zapałem. 

Na stronie Państwowego Instytutu Geologicznego można znaleźć informacje i mapy o skażeniu gleb - między innymi metalami ciężkimi. Najbardziej dotknięty nim region to miasta Wyżyny Śląsko-Krakowskiej, miedziowe zagłębie wokół Lubina, a na Mazowszu: okolice Ożarowa Mazowieckiego (miedź) i Siedlce (kadm). Czyli dwa mazowieckie zagłębia upraw rolniczych. Tereny, na których rośnie jadalna zieleń w dobrze wentylowanej Warszawie, która leży tuż pod nosem wielkiej puszczy i jest jedną z dwóch najzieleńszych stolic Europy (obok Helsinek), znajdują się za to w całkiem niezłej kondycji. Zwłaszcza jeśli są to opuszczone dekadę temu działki, dawne sady owocowe, pośród których PRL-owscy architekci postawili bloki albo dawne tereny uprawowe. Im więcej czasu mija od wywłaszczenia, tym w ziemi też mniej pestycydowego i herbicydowego tałatajstwa.

A tu jest dużo ciekawych informacji na temat warzyw i owoców które powinno się, w miarę możliwości, pozyskiwać w wersji organicznej, bo wyjątkowo intensywnie absorbują toksyny. Idąc tym tropem: celuj w osierocone pole truskawkowe!