poniedziałek, 27 maja 2013

137

Na naszej sąsiedzkiej grządce kwitną pomidory. I lawenda. Cukinia wystawia pierwsze pąki. Rozsypane łapkami najmłodszych ogrodników nasiona już się zahaczyły w ziemi; teraz inwestują we wzrost. - Może rozpiszemy grafik podlewania? - proponuje jedna z ogrodniczek (tak na oko: 8-letnia), obecnym na wspólnym wysadzaniu: - Możemy go przypiąć pod dachem, żeby nie zmókł.

B. przysyła mi zdjęcie przestrzeni pod jej oknami; w zeszłym roku był tu trawnik, który na wiosnę został zrekultywowany; spłachetek świeżo skopanej ziemi zamienił się w ogródek. B. mówi, że najczęściej widzi w nim małą dziewczynkę. Wprowadziła się do bloku zimą, z rodzicami. Zlicytowano im dom, tęsknota za własnym kawałkiem ziemi została.

Z A., balkonową ogrodniczką z Mokotowa spotykamy się u niej w domu. Siadamy na kawałku dachu, zabezpieczonym papą i barierką; A. zaadaptowała go na warzywniak. Trzyma na nim ziołową farmę z drzewkiem laurowym w doniczce w honorowym miejscu, plantację wszystkich liści, które nadają się do jedzenia, krzaczki pomidorów, ogórki-karzełki, mini-brokuły, cukinie, które całą energię zassaną ze słońca, powietrza i ziemi ładują w owoc, a nie liść. Wyciąga z szuflady opakowania nasion, które kupiła w Londynie. "Suitable for growing in containers" - głoszą napisy na etykietach.

A. praktykuje też zbieractwo. Wie gdzie można znaleźć w mieście opuszczone orzechowe gaje, plantacje topinamburu, kolonie owocowych drzew, które co lato obsypują się słodkim, gruszkowo-jabłkowo-śliwkowym bogactwem, ściany uginającej się od owoców winorośli, dywany truskawek. Sama bierze z nich tylko tyle ile jej trzeba, dzieląc się dzikim bogactwem z innymi poszukiwaczami niezdyscyplinowanej żywności. Na poszukiwania zabiera znajomych.

Wild is new black - New York Times publikuje imponującą tabelę o odżywczej przewadze dziko rosnących roślin nad uprawnymi. Dzika marchew bije na głowę marchewkę, liście mlecza rozkładają na łopatki sałatę lodową, borówki amerykańskie mogą się schować przy dziko rosnącej aronii. W tym sezonie już nie tylko Wojciech Amaro karmi gości lebiodą, dereniem i rokitnikiem, ale co druga warszawska restauracja wrzuca do karty cokolwiek co może wywołać asocjacje z "dzikością". Mnożą się kursy rozpoznawania jadalnych kłączy, łodyg, liści i owoców, dostępnych w tzw terenie. Cena: od 30 do 500 zł.

Rynek sięga po wszystko. Nawet po ludzką potrzebę samowystarczalności.

4 komentarze:

  1. Szkoda, że ludzie zatracają w sobie tą samowystarczalność i korzystają z chemicznie nafaszerowanych półproduktów nieznanego pochodzenia. Podziwiam za działalność i upór, a także za to, że zarażacie swoją ideą innych :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja tez mam posadzona cukinie, pomidorki i truskawki. Tak troszeczke. No i drzewo cytrynowe i fogowca. To na wsi.
    W miescie zas mam na parapecie ziola (estragon, mieta, bazylia, tymianek) i pelargonie. Niby malo, ale jak wiele daja radosci gdy w domu nie ma balkonu ani tarasu. Nawet jesli jestem tu tylko cztery wieczory od pon do czwartku...:)
    Takie ogrodki to swietny pomysl. Powodzenia
    Nika

    OdpowiedzUsuń
  3. właśnie zabudowałam obrzydliwy balkon, w tygodniu pojawią się skrzynki na każdym dostępnym cm powierzchni. dzięki, że piszesz, dzięki za projekt. dajesz mi do myślenia.

    OdpowiedzUsuń
  4. jeśli chodzi o zarażanie - cieszę się.
    co do parapetów - bardzo lubię zewnętrzny widok parapetów zawalonych roślinnością. można na parapecie stworzyć namiastkę tropików, można - warzywną szklarnię:-)
    Cl., balkon wytrzyma?

    OdpowiedzUsuń