poniedziałek, 8 kwietnia 2013

127

- No i co kupiłaś? Na co się skusiłaś?- słyszę tu i tam.
- Nic takiego.

Nie jestem w zakupowym nastroju. Potrzeb nie brakuje: wytłuczone talerze, nić w odcieniu cyan, co by pierwszą kwietniową dziurę w skarpecie zamknąć nicią w harmonizującym kolorze, stanik może, mikser (no przecież), miso, moździerz, coś dla Dzika też.
Nie tylko czasu mi szkoda. Wydaje się, że rok zakupowego ograniczenia pozbawił mnie podstawowych konsumenckich odruchów; w grze pt. "zdefiniować, znaleźć, zapłacić" zatrzymuję się na pierwszym etapie. Definiuję więc sobie rozkosznie, owszem, co raz, tu i tam, ale na następny level nie wchodzę.

Dusigrosz mój wewnętrzny, wcześniej skutecznie zagłuszany, w tym roku urósł w siłę. Odzywa się co i rusz, uruchamiając finansowy dupościsk. Jadąc nad morze, wybieram Interreggio i PKS Wejherowo. W restauracji proszę o kranówkę (Kredens w Jastrzębiej Górze, Młyn pod Mariaszkiem przy siódemce - kelnerska reakcja: bdb). Z Rossmanna wychodzę z... całym opakowaniem patyczków do uszu. R. nie kupuje nowych dżinsów. A zamiast pojechać do Ikei po zaplanowany gościnny materac (którym chcieliśmy zastąpić kanapę, która kilka miesięcy temu wywędrowała do nowych właścicieli, pod Otwock), dzwonimy do M.: - Pożyczysz swój? Pożycza. Prześcieradło dostaję od A., mojej szczecińskiej wspólniczki. Pasuje idealnie

Materac czeka na Florę z Brukseli - pierwszą osobę, która odezwała się do nas tuż po zeszłorocznej rejestracji na Homeexchange.com. Flora, krytyczka sztuki, szukała wówczas warszawskiego noclegu na kilka nocy, ale w ostatniej chwili kurator wystawy, którą miała odwiedzić i zrecenzować zasponsorował jej pokój w Sheratonie. Nasza pierwsza wymiana nie doszła więc do skutku, ale kontakt się utrzymał - duża to zasługa ulicy przy której mieszkam, jej nazwa pochodzi od jednego z ważniejszych żydowskich miast w przedwojennej Polsce, w którym przyszedł na świat ojciec Flory.

- Mam nadzieję na wspólną kulinarną przygodę. - piszę w ostatnim mejlu Flora. To tak jak i ja. W mijającym roku jedzenie stało się moją religią, a rok izolacji od knajpowego życia Warszawy sprawił, że czuję się jakbym właśnie - po długim poście - dostąpiła wreszcie prawa świętowania i stanęła przed stołem z wszystkimi możliwymi przysmakami świata. Ponieważ najwięcej tęsknych myśli posłałam w ubiegłych tygodniach w stronę buły z kotletem z siekanej wołowiny, dziś, w przerwie pomiędzy jednym spotkaniem a kolejnym zaglądam do Burger Baru na Olkuskiej. Gdy objuczona ciężką torbą, biorę zakręt z Puławskiej, moje ślinianki pracują na pełnych obrotach. Rozpłaszczam się jednak nosem o szybę. Poniedziałek, o! Dzień odpoczynku, zamknięte. Ależ się zmienia to miasto!

***

W niedzielę wystartowała polska pilotażowa runda Tygodnia Innego Niż Wszystkie. Kilkunastu ochotników spróbuje przez tydzień funkcjonować tak jak Colin Beavan żył przez cały rok. Bez korzystania z windy, samochodu, telewizora, lodówki, bez kupowania czegokolwiek co zostało wyprodukowane z ropy, przejechało więcej niż kilkaset kilometrów albo zostało indywidualnie zapakowane. Wszystko po to, by spróbować spłycić ślad węglowy, czyli osobistą chmurę dwutlenku węgla (i podobnego mu towarzystwa) wypchniętego do atmosfery.

Mam problem ze śladem węglowym. Z jego wyceną - bazującą na uśredniającym algorytmie. Z czynieniem go winnym całej ekoniedoli świata. Wreszcie z przerzucaniem odpowiedzialności za zadyszkę Ziemi na nas - konsumentów. A to nie my przecież decydujemy o tym, żeby pastę do zębów pakować w kartoniki, to nie dla naszej wygody w sklepach coraz trudniej o żarcie, które nie jest poplasterkowane i ofoliowane i to nie nam zależy na tym, żeby inicjację każdego nowego produktu na rynku wzmacniać wielotorową kampanią reklamową. Marketing, logistyka, optymalizacja, unifikacja - oto główni winowajcy. Ale nie tylko oni.

Gdy wypełniam podesłany przez jednego z Was (dziękuję!) program* zadziwia mnie to, że do drastycznej redukcji ilości emitowanego do atmosfery dwutlenku węgla, potrzebna jest... modyfikacja kierunku polityki energetycznej kraju, w którym mieszkam. Ja sama - biorąc pod uwagę skaczące słupki wygenerowane przez kalkulator - nie mam takiej mocy. Nawet jeśli zrezygnuję z samochodu (bo choć na ogół stoi w garażu, jego produkcja pochłonęła kiedyś mnóstwo energii), sporej, acz energooszczędnej chałupy, podróży, nie jestem w stanie zmniejszyć - zdaniem kalkulatora - radykalnie swego prywatnego wkładu w degenerację warstwy ozonowej. I tak będzie dużo za duży.
 
Oprócz niejednoznacznego stosunku do śladu węglowego, mam też problem z Colinem Beavanem. Kupuję (wybiórczo) szerzone przez niego idee, ale nie kupuję jego. Może dlatego, że z książki, filmu, artykułów prasowych które czytałam wywnioskowałam, że to nie idea jest u niego na pierwszym miejscu, ale on sam. Wpływowy, wzmocniony tym co najlepsze w marketingowej myśli No Impact Man.

11 komentarzy:

  1. jesteś niesamowita. już ci to pisałam. nie umiałabym podjąć się takiego roku. brakowałoby mi pomysłów, chociaż za pomysłową się uważam.

    miło się czyta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komplement, czuję się zaszczycona:-), ale z tą niesamowitością bym polemizowała. Jeszcze nie popełniłam notki o porażkach - choć podobnie jak jedna z moich partnerek w antykonsumpcyjnym znoju, która pisała mi ostatnio o zgodzie na własne ograniczenia i błędy, mam do nich dość pobłażliwy stosunek.
      Na pewno pomógł mi/nam fakt, żeśmy się na początku umówili na krótszy okres i dopiero gdyśmy się dobrze się w nowej, niekonsumpcyjnej skórze poczuli, przedłużyliśmy czas trwania tego doświadczenia. To trochę jak przy rzucaniu palenia; gdy sobie mówisz, że odstawiasz fajki na tydzień, a potem zdecydujesz co dalej, jest łatwiej, niż gdy od razu obiecujesz sobie że rzucisz definitywnie:-)

      Usuń
  2. Veto. Optymalizacja nie jest winna. To tylko narzędzie, sprytne i użyteczne. Przy zmianie kryteriów możemy osiągnąć całkiem inny cel. Bardziej pożyteczny:)
    Taki mikser- efekt zależy od założeń i umiejetności operatora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Optymalizacja sama w sobie nie - pewnie. Zwłaszcza gdy kryteria dobrze dobrane:-)
      Ale optymalizacja w służbie współczesnej produkcji i sprzedaży - tak.
      Optymalizacja opakowań chociażby, czyli dopasowywanie ich rozmiarami i kształtem, tak aby jak najlepiej wykorzystać przestrzeń na europalecie. Skąd kariera kartonikowych prostopadłościanów, w które pakuje się większość kosmetyków?
      Optymalizacja gramatury i składu tkanin oraz procesu szycia ubrań, czyli rezygnacja z pracochłonnych, za to trwalszych szwów. Efekt: ciuch po jednym sezonie wędruje do kosza.
      Optymalizacja smaku, czyli próba znalezienia takiego odcienia roztworu kofeiny, syropu glukozowego i wody, który zaspokoi potrzebę uśrednionego konsumenta. Trafi w określony punkt na smakowej skali, pomiędzy drażniącą intensywnością a kompletną bezbarwnością. To jedno. A pamiętasz może jak jeszcze kilka lat temu koka-kola była sprzedawana w różnych opakowaniach - puszkach, szklanych, plastikowych zwrotnych? Teraz szklane butelki można dostać właściwie tylko w knajpach, zwrotnych dawno nie widziałam. To też jest optymalizacja:-)

      Usuń
    2. Wszystko prawda. Veto moje tyczy tego, że winnym jest człowiek, nie narzędzie/metoda/algorytm :) To poczucie ludzkiej mocy sprawczej wykończy mnie niedługo:P Skutek uboczny eksperymentu.

      Usuń
  3. Częściowo podpinam się pod Twoje veto. Częściowo, bo podobnie jak i Ty, czuję się niekiedy przytłoczona konsumencką odpowiedzialnością, której kolejne pokłady w sobie odkrywam. Jak wyprodukowane? Z czego, gdzie, przez kogo? Czy oby nie z pogwałceniem prawa do przerwy na papierosa (jeśli w Walii, a nie w Bangladeszu)?

    Gdzie się kończy odpowiedzialne konsumowanie?

    Chciałabym żyć w świecie, w którym konsument i producent dzieli się odpowiedzialnością. Jeśli całość odpowiedzialności jest ładowana na konsumenta, to nie dziwię się, że aby uniknąć wysiłku związanego z rozkminianiem tych wszystkich niuansów, stosuje on strategię obronną polegającą na olewaniu całości tematu.

    OdpowiedzUsuń
  4. A widzisz - do mnie przemawia właśnie to, że motywacją do działań Colina są jego własne potrzeby a nie troska o środowisko. To drugie jest tylko wynikiem dążenia do lepszego, bardziej zrównoważonego, zdrowszego i pełniejszego życia. Sam jestem umiarkowanym minimalistą i samo dobro planety nie pchnęłoby mnie do wszystkich zmian, których dokonałem w trosce o swoją rodzinę i jej finanse - niejako przy okazji robiąc coś pozytywnego dla Matki Ziemi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę, żeś w mej oceny wyłuskał nie to co do niej pragnęłam włożyć:) Zgadzam się, że najpierw trzeba zadbać o siebie, żeby móc zadbać o innych.

      Więc uściślając i rozwijając: C. Beavan zniechęcił mnie bezkompromisowością i skłonnością do tyranizowania całej rodziny - w służbie osobistego projektu. Jest w filmie scena, w której decyduje się on usunąć z domu cały plastik, także ten, którym od 2 lat bawi się jego córka. Żona wiezie to na wózku do najbliższego thrift shopu - minę ma zbolałą, ale podporządkowuje się. Gdy zaś pod koniec Roku Bez Wpływu żona w trudniejszym momencie ulewa z siebie - przed kamerą - część trudnych uczuć związanych z trudnościami z zajściem w ciążę, Beavan obsobacza ją, mówiąc, żeby nie zamieniała dokumentalnego filmu o jego/ich eksperymencie w "reality show". Jednocześnie sam - na łamach książki - dzieli się intymnymi szczegółami z przebiegu ich terapii małżeńskiej.

      Empatia, szacunek, dobro innych członków rodziny, o których i Ty piszesz - to są granice eksperymentowania. Moim zdaniem Beavan ma tendencje do ich przekraczania. Ma też tendencje do książkowego kaznodziejstwa, które bywa powierzchowne jak u Eko Paolo Koelo - co nie robi dobrze ani narracji, ani idei.

      Usuń
    2. Skoro to miałaś na myśli, to pełna zgoda. Czasami ciężko jest rozgraniczyć, gdzie się kończy troska o najbliższych, a gdzie zaczyna chorobliwe spełnianie wyłącznie swoich ambicji. Natknąłem się na sporo informacji, że rodzina Colina nie miała wiele do powiedzenia - delikatnie mówiąc. Realizacja eksperymentu idealna nie była (w końcu wszyscy popełniamy błędy), ale sama idea jak najbardziej.

      Usuń
  5. A to i ja się włączę, bo też mnie razi amerykański lans Collina, który gdyby naprawdę sumiennie liczył emisję CO2, raczej nie zdecydowałby się na przylot do Europy i tourne po Polsce, tylko załatwił sprawę wideokonferencją lub webinarem :-)
    Ja świadomie, choć biorę udział w polskim TINW, to nie włączyłam w niego rodziny - partner i dziecko żyją swoim życiem, nie sądzę, żebym miała jakieś prawo, żeby ich do tego namawiać, wystarczy że segregują śmieci :-)Tzn. fajnie by było, gdyby podzielali moje poglądy i nastawienie, ale wolałabym, żeby to była ich własna decyzja i wybór, niż gdyby mieli to robić dla mnie.
    To trochę jak z wegetarianizmem chyba - zmieniasz dietę, kiedy jesteś wewnętrznie przekonany o jej zaletach, a nie dlatego, że ktoś ci napisze w przewodniku "przez tydzień nie jedz mięsa i zobacz, co się zmieni" albo ukochany/a poprosi cię, żebyś tego nie robił. Dla osoby, która tego nie czuje "od środka", raczej nie zmieni się nic, w najlepszym razie po tygodniu rzuci się na kotleta, a w najgorszym zostanie jej uraz do warzyw i wyrzeczeń w imię <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Absolutnie się nie zgadzam. Masa badań psychologicznych pokazuje, że zachowanie zmienia przekonanie! Nasz mózg to bardzo sprawny mechanizm, jak każesz organizmowi coś robić, mózg "dorobi" to tego ideologię w trosce o zachowanie kontroli nad zachowaniem. Stąd tak wiele akcji nakłaniających do zmiany zachowania a nie przekonania, np. "zostań wege na 30 dni" vivy albo inne

      Usuń