piątek, 5 kwietnia 2013

126

Niezbędny - taki, bez którego nie można przetrwać, normalnie funkcjonować; taki, który jest bardzo potrzebny. Tyle od Wikisłownika.

Niezbędność definiowała nasze życie przez ostatnie 12 miesiący. Gdy szykowaliśmy się do startu w kwietniu, każdy z nas (nie tylko my, ale i dwunastka pozostałych uczestników doświadczenia) próbował ustalić obszar objęty prywatnym konsumpcyjnym embargo, zdecydować co faktycznie jest dla niego niezbędne, a bez czego może próbować się obejść. U każdego ten obszar wyglądał inaczej i u każdego z biegiem miesięcy ewoluował. W różnych kierunkach.

Stworzenie ogólnych założeń nie było trudne. Idea przeżycia roku bez zakupów nie jest niczym oryginalnym; w 2004 roku zrobiła to amerykańska dziennikarka Judith Levine - owocem roku bez zakupów jest książka "I'm not buying it", inspiracja dla nazwy tego bloga. Pięć lat później tematem życia na marginesie mainstreamowej konsumpcji zajęła się też Samantha Weinberg. W sieci jest conajmniej kilkanaście blogów poświęconych próbie przeżycia roku (albo i dłużej) bez kupowania nowych ciuchów, produktów spożywczych albo czegokolwiek co jest nowe, a kilka dni temu Guardian opublikował tekst Joanne O'Connell, która zdecydowała się wytrwać 12 miesięcy z dala od supermarketów. 

Nasze pierwotne założenia były dość ogólne. Jeśli żarcie, to sezonowe, w miarę możliwości lokalne i jak najmniej przetworzone. Zanim osiągnęliśmy w tej materii sprawność, minęło kilka tygodni. W końcu doszliśmy do momentu, w którym ze sklepów i bazarów przynosiliśmy wyłącznie podstawowe, najprostsze produkty. Niezawodną, stałą brygadę. Zawartość naszej kuchennej spiżarni zdecydowanie zmieniła charakter, miejsce gwiazdorów jednej kolacji zajęli nudziarze - kasze, makarony i węglowodanowa domina - mąka. W dużych papierowych torbach, prosto z młyna.

Przez cały rok tylko raz skusiłam się na mięso w sklepie i była to wyjątkowo kosztowna sztuka mięsa. Jagnięcy udziec, prawie 2-kilogramowy, zapłaciłam za niego, zanim pomyślałam. Przestaliśmy za to kupować egzotyczne owoce (poza bananami, winogronami i cytrusami w okołoświątecznej okolicy) i warzywa. Z czasem upadały kolejne przekonania o Niezbędności. Odstawiliśmy więc butelkowaną wodę, brązowy cukier, oliwki, konserwowe ogórki, a oliwę z oliwek, którą wcześniej konsumowaliśmy litrami, zastąpiliśmy polskim olejem rzepakowym. Tłoczonym na zimno, kupowanym z pośrednictwem nieformalnej kooperatywy. 

Z wieloma pokusami ani razu się nie skonfrontowaliśmy. Nie-kupowanie gumy do żucia, ptasiego mleczka, sezamków, hałwy, miśków Haribo, batoników, chipsów, napojów energetycznych, owocowych jogurtów, serów z wkładką, śledzi w śmietanie, która nigdy nie kwaśnieje i wszystkiego co jest zamknięte w kolorowym, fachowo zaprojektowanym opakowaniu było dziecinnie proste; nic z tych rzeczy nie wołało do mnie, gdy wchodziłam do sklepu. Zresztą część z nich przestałam zauważać już dawno temu. Trudno za to było rozstać się z czekoladą; po kilku tygodniach napięć na czekoladowym froncie uznaliśmy że jest nam Niezbędna

Przez 12 miesięcy tylko kilka razy kupiliśmy alkohol. R. nie mógł się pogodzić z piwnym embargo, więc zaczął warzyć własne. Ja tęskniłam za prosecco; dwa razy pozwoliłam się tej tęsknocie zmaterializować. Pierwsza butelka pękła gdzieś w połowie procesu, kolejna na zakończenie 9., w sylwestrowy wieczór, który spędziliśmy w pożyczonym domu.

W roku bez zakupów skupiliśmy się więc na zaspokajaniu naszej podstawowej potrzeby. Ale nie tylko Poszliśmy nawet dalej: jedzenie (wybieranie ingrediencji, szykowanie, konsumpcja wreszcie) stała się jedną z najbardziej efektywnych, dostępnych nam przyjemności. To był zdecydowanie rok obfitości.

8 komentarzy:

  1. Jestem ciekawy, jaki mielibyście wynik w kalkulatorze stąd: http://ziemianarozdrozu.pl/kalkulator

    Jak znajdziecie chwilę to polecam wypełnić i podzielić się wynikiem - na pewno zawstydzi niejednego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawstydzanie kogokolwiek nie jest moją mocną stroną:-)

      Co do śladu węglowego - biorąc jako narzędzie pomiaru zalinkowany przez Ciebie kalkulator - mój jest bardzo głęboki. Ale mam też wątpliwości co do tego jak jest on obliczany.

      Usuń
  2. czekam z utęsknieniem na publikację podsumowującą wasze 12 miesięcy. I mam zamiar tą książkę czytać z zapartym tchem ;-)

    A co do innych uczestników doświadczenia - czy też prowadzili blogi?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aube, cieszę się. Niektórzy prowadzili blogi - tak. Krócej bądź dłużej.
      Może się kiedyś uda zebrać je w jednym miejscu.

      Usuń
  3. zastanawia mnie jak wyszukiwałaś miejsca, w których możesz kupić "prawdziwsze" produkty?

    OdpowiedzUsuń
  4. To nie jest trudne.
    Mięso - bezpośrednio u producenta. Króliki przywoziła nam mama koleżanki, mięso indycze i wieprzowe kupowaliśmy za pośrednictwem teścia, który bierze je od sąsiadów, po gęsi owsiane jeździłam sama, w ramach realizacji ogromnego kolektywnego zamówienia, do Kołudy.
    Jajka, nabiał - kupowałam w Rolniku Ekologicznym w swojej dzielni, na Biobazarze albo w Tesco.
    Warzywa - jak wyżej, zamawiałam też w Vegeboxie.
    Owoce - gdzie bądź. Czasem prosto z drzewa:-)
    Maka, olej rzepakowy - korzystałam ze zbiorowych zamówień, realizowanych przez znajomych, albo z kooperatyw. Poprzez kooperatywy kupowałam też mięso, sery, czekoladę, owoce cytrusowe. Koopy smakoszowskie, działające w Warszawie, mają w gruncie rzeczy podobną ofertę. Do klasycznego działającego na terenie mojej dzielnicy koopu, robiącego zakupy codziennej potrzeby, nie udało mi się wbić. Próbowałam kilka razy:-)
    No i prowadziłam handel wymienny - oddawałam różne rzeczy za owoce, miód, orzechy, wypieki, przetwory.
    Chodzę wokół idei CSA (Community Supported Agriculture), może uda nam się w tym roku ze znajomymi skrzyknąć.

    OdpowiedzUsuń
  5. podziwiam dyscyplinę i konsekwentność. to musiało być dla was nie lada wyzwanie. sama chyba bym nie potrafiła tak radykalnie zmienić swój sposób odżywiania się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jestem szczególnie zdyscyplinowaną osobą: mam też wrażenie, że konsekwencja jest przereklamowana:-) Zmiana nawyków nie była szczególnie trudna; była konsekwencją jakiegoś tam procesu, który trwał do jakiegoś czasu. Przyniosła też dużo namacalnych korzyści; nie trzeba się było jakoś intensywnie zmuszać. No może czasem:-) - do przygotowania prowiantu. Ale gdy już kompletnie nie mieliśmy energii na szykowania paliwa na cały dzień poza domem, odpuszczaliśmy. Szliśmy w fast-food: owoce, garść orzechów, herbata w termosie, bułka z kefirem:-)

      Usuń