piątek, 19 kwietnia 2013

132

Uczta trwa. Bezgotówkowa.

Jutro, 20 kwietnia, na Urban Markecie będzie można powymieniać się nie tylko smakołykami, ale też kuchennymi recepturami i utensyliami. Stoiska chętne do bezgotówkowej wymiany będą oznakowane, a na specjalnej tablicy zawisną przepisy do wymiany. Zabawę organizuje Thingo.pl, platforma internetowej wymiany, która w tym tygodniu intensywnie promuje wymiany okołojedzeniowe. Na portalu można w tej chwili wywalczyć kosz piknikowych przysmaków dla czterech osób, chlebowy zakwas od Zwierzaka Bułki i Spółki, kolorowe makaroniki od Sucre, marmoladę z gorzkich pomarańczy, sernik z zieloną herbatą, organiczny cukier trzcinowy. Są też warsztaty kulinarne, papierowa recyklingowa deska do krojenia, komplet naczyń z Duralexu i ciśnieniowy ekspres do kawy. Wszystko można pozyskać bezgotówkowo - wystarczy zaproponować oferentowi coś co złapie go za serce i zrobić machniom. Mi udało się wymienić komplet łyżeczek po przejściach (mimo, że od roku funduję swoim szafkom regularne przeczyszczenia, wciąż znajduję w nich coś do wyekspediowania w świat) na porcję domowego kremu z pora i przegapić próbę przejęcia książki "Gotuj z Julią", czynioną przez chleb o urzekającej nazwie Tomiło. Za długo się zastanawiałam.

W niedzielę, 21 kwietnia Wymiennik.org organizuje w Warszawie pierwsze targi żywnościowe – planuję się tam stawić z paletą pomidorowej rozsady, własnymi ręcyma sianej i przesadzanej do kubków wylizanych z jogurtu. 

Zakwas na żur, na barszcz, na chleb, kapusta kiszona, klarowane masło, ocet jabłkowy, gomasio – w następną sobotę, 27 kwietnia Beata z Wymiennika ponownie organizuje warsztaty praktycznego przetwarzania. Brałam udział w prototypowym wydaniu, polecam. Warto się zarejestrować na Wymienniku i zaciągnąć alterkowy dług.
Panie Maslow, może i jest tak, że głód nie buduje. Apetyt to jednak co innego - jest doskonałym spoiwem. Wymiana, jeden z podstawowych społecznych rytuałów buduje więzy między sąsiadami (ja ci szklankę cukru, ty mi dwa jajka), znajomymi (wy nam kolację, my wam jeszcze lepszą kolację), nawet partnerami (ja ci jajecznicę, ty mi ...[dowolne wstaw]). Większość z nas, dając, mniej lub bardziej świadomie oczekuje rewanżu. Jeśli nie tu i teraz, od tego konkretnego partnera, to kiedyś, od wszechświata. Ta potrzeba, choć może zostać uznana za destrukcyjną, tak naprawdę sprawia, że lgniemy do siebie. Ja potrzebuję ciebie, ty potrzebujesz mnie.

Rok bez zakupów był dla mnie lekcją teorii wymiany w praktyce. Poznałam sterujące nią mechanizmy, zrozumiałam dlaczego dążymy do tego żeby wymiana była sprawiedliwa, poznałam konsekwencje przyjęcia daru zbyt skąpego i zbyt hojnego oraz niewłaściwie wręczonej jałmużny. Próbowałam prześlizgnąć się przez granice, wyznaczone przez kulturę. Czasem czułam wstyd, czasem zakłopotanie, czasem wkurzenie, czasem zmęczenie, gdy grafik zobowiązań (tu odebrać, tam zawieźć) mnie przytłaczał. Dużą częściej jednak: przyjemność. Nie tylko materialną. Wymieniałam niepotrzebne żarówki na piwo, kolczyki na skrzynki do sałaty, stanik w rozmiarze przed biustonoszową konwersją na baterię doskonałych domowych konfitur. Zdjęcie, które stoi dziś oparte o ścianę na wprost mojego biurka, dwa czarno-białe indyki na tle irańskiej ściany też ma wymiankowe pochodzenie. Oddałam za nie lampę z lat 70., którą kupiłam kiedyś na niemieckim ibeju. Była u mnie przez chwilę, powędrowała dalej. Miała, widać, własną trajektorię, ja byłam na niej jedynie tymczasowym punktem. Podobnie jest z portkami, które założyłam dziś na spotkanie z A.: - O, moje spodnie! - powiedziała, gdy mnie zobaczyła i zaraz sprostowała: - Moje były przez chwilę, wcześniej należały do kogoś innego.

O miejscach, w których można się z sukcesem wymieniać, napiszę następnym razem. Najbardziej lubię te w których można pozyskać coś dobrego do zjedzenia bez wyciągania portfela, a jednocześnie wejść w bezpośrednią relację z osobą, która to jedzenia przygotowała. Wracając do Maslowa, jedzenie to poziom podstawowy; od niego wszystko się zaczyna.

piątek, 12 kwietnia 2013

131

Jutro wybieram się tu. Jedna z członkiń Wymiennika organizuje dla reszty społeczności warsztaty kuchennej samowystarczalności.

***

"Your payment helps confirm your message isn't spam" - dziś doświadczam na własnej skórze skutków nowej polityki Facebooka, który zapowiedział niedawno wprowadzenie opłat za przesyłanie wiadomości do tzw. celebrytów. Okazuje się jednak, że nie tylko do nich; żeby włożyć zapytanie do prywatnej skrzynki organizatorki warsztatów (z którą nie jestem zafriendowana) muszę odpalić FB 60 groszy. W przeciwnym razie moja wiadomość trafi do folderu Other - worka z wiadomościowym śmieciem, do ręcznej segregacji. Czy ktoś do niego w ogóle zagląda?

czwartek, 11 kwietnia 2013

130

36% uprawianych na świecie odmian pomidorów, 32% słodkiej papryki i 49% kalafiorów należy do koncernu Monsanto. Żeby wyrazić swoją niezgodę na taki stan rzeczy, można się podpisać pod petycją o zreformowanie europejskiego prawa patentowego (do miliona brakuje jedynie 100 tysięcy podpisów), albo unikać produktów które powstały we współpracy z koncernem. Herbaty Lipton, przypraw Knorra, pepsi oraz kokakoli (auć).

A ogrodnicy z kornwalijskiego Eden Project radzą po prostu zbierać własne nasiona:-)



129

Brawo, krakowski magistracie.

wtorek, 9 kwietnia 2013

128

Mój węglowy odcisk jest skandalicznie głęboki. Jego głębokość jest jednak zmienna - zależy z którego z dostępnych w polskiej sieci kalkulatorów korzystam. Kalkulator dostępny na stronie stworzonej przez międzynarodowy koncern zajmujący się dostawą usług komunalnych (a w ich ramach m.in. - odbiorem śmieci), wycenia mnie na niecałe 9 ton CO2 tocznie. Podobne narzędzie stworzone przez Fundusz Inicjatyw Obywatelskich jest mniej litościwe. Wynik, który dostaję po odpowiedzi na wszystkie pytania, jest miażdżący: jestem odpowiedzialna za wypchnięcie do atmosfery prawie 11 ton CO2 rocznie.

Zestaw pytań w obu kalkulatorach jest w zasadzie podobny: krążą wokół zużycia wody, sposobu wykorzystywania sprzętu AGD, patentów transportowych, konsumpcyjnych oraz wypoczynkowych. Jest jednak pomiędzy w/w narzędziami zasadnicza różnica: aby skorzystać z pierwszego z nich, muszę wyspowiadać się z kilku danych, powszechnie uważanych za statystyczne. Podać województwo, płeć, przedział wiekowy. Wystarczy, że podobnie zrobi kilkanaście tysięcy internautów i raport o terytorialnym rozkładzie uświadomionych ekologicznie odbiorców usług komunalnych - gotowy.

1 lipca upływa czas na wybór nowego odbiorcy odpadów komunalnych, wyznaczony przez znowelizowaną ustawę śmieciową.

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

127

- No i co kupiłaś? Na co się skusiłaś?- słyszę tu i tam.
- Nic takiego.

Nie jestem w zakupowym nastroju. Potrzeb nie brakuje: wytłuczone talerze, nić w odcieniu cyan, co by pierwszą kwietniową dziurę w skarpecie zamknąć nicią w harmonizującym kolorze, stanik może, mikser (no przecież), miso, moździerz, coś dla Dzika też.
Nie tylko czasu mi szkoda. Wydaje się, że rok zakupowego ograniczenia pozbawił mnie podstawowych konsumenckich odruchów; w grze pt. "zdefiniować, znaleźć, zapłacić" zatrzymuję się na pierwszym etapie. Definiuję więc sobie rozkosznie, owszem, co raz, tu i tam, ale na następny level nie wchodzę.

Dusigrosz mój wewnętrzny, wcześniej skutecznie zagłuszany, w tym roku urósł w siłę. Odzywa się co i rusz, uruchamiając finansowy dupościsk. Jadąc nad morze, wybieram Interreggio i PKS Wejherowo. W restauracji proszę o kranówkę (Kredens w Jastrzębiej Górze, Młyn pod Mariaszkiem przy siódemce - kelnerska reakcja: bdb). Z Rossmanna wychodzę z... całym opakowaniem patyczków do uszu. R. nie kupuje nowych dżinsów. A zamiast pojechać do Ikei po zaplanowany gościnny materac (którym chcieliśmy zastąpić kanapę, która kilka miesięcy temu wywędrowała do nowych właścicieli, pod Otwock), dzwonimy do M.: - Pożyczysz swój? Pożycza. Prześcieradło dostaję od A., mojej szczecińskiej wspólniczki. Pasuje idealnie

Materac czeka na Florę z Brukseli - pierwszą osobę, która odezwała się do nas tuż po zeszłorocznej rejestracji na Homeexchange.com. Flora, krytyczka sztuki, szukała wówczas warszawskiego noclegu na kilka nocy, ale w ostatniej chwili kurator wystawy, którą miała odwiedzić i zrecenzować zasponsorował jej pokój w Sheratonie. Nasza pierwsza wymiana nie doszła więc do skutku, ale kontakt się utrzymał - duża to zasługa ulicy przy której mieszkam, jej nazwa pochodzi od jednego z ważniejszych żydowskich miast w przedwojennej Polsce, w którym przyszedł na świat ojciec Flory.

- Mam nadzieję na wspólną kulinarną przygodę. - piszę w ostatnim mejlu Flora. To tak jak i ja. W mijającym roku jedzenie stało się moją religią, a rok izolacji od knajpowego życia Warszawy sprawił, że czuję się jakbym właśnie - po długim poście - dostąpiła wreszcie prawa świętowania i stanęła przed stołem z wszystkimi możliwymi przysmakami świata. Ponieważ najwięcej tęsknych myśli posłałam w ubiegłych tygodniach w stronę buły z kotletem z siekanej wołowiny, dziś, w przerwie pomiędzy jednym spotkaniem a kolejnym zaglądam do Burger Baru na Olkuskiej. Gdy objuczona ciężką torbą, biorę zakręt z Puławskiej, moje ślinianki pracują na pełnych obrotach. Rozpłaszczam się jednak nosem o szybę. Poniedziałek, o! Dzień odpoczynku, zamknięte. Ależ się zmienia to miasto!

***

W niedzielę wystartowała polska pilotażowa runda Tygodnia Innego Niż Wszystkie. Kilkunastu ochotników spróbuje przez tydzień funkcjonować tak jak Colin Beavan żył przez cały rok. Bez korzystania z windy, samochodu, telewizora, lodówki, bez kupowania czegokolwiek co zostało wyprodukowane z ropy, przejechało więcej niż kilkaset kilometrów albo zostało indywidualnie zapakowane. Wszystko po to, by spróbować spłycić ślad węglowy, czyli osobistą chmurę dwutlenku węgla (i podobnego mu towarzystwa) wypchniętego do atmosfery.

Mam problem ze śladem węglowym. Z jego wyceną - bazującą na uśredniającym algorytmie. Z czynieniem go winnym całej ekoniedoli świata. Wreszcie z przerzucaniem odpowiedzialności za zadyszkę Ziemi na nas - konsumentów. A to nie my przecież decydujemy o tym, żeby pastę do zębów pakować w kartoniki, to nie dla naszej wygody w sklepach coraz trudniej o żarcie, które nie jest poplasterkowane i ofoliowane i to nie nam zależy na tym, żeby inicjację każdego nowego produktu na rynku wzmacniać wielotorową kampanią reklamową. Marketing, logistyka, optymalizacja, unifikacja - oto główni winowajcy. Ale nie tylko oni.

Gdy wypełniam podesłany przez jednego z Was (dziękuję!) program* zadziwia mnie to, że do drastycznej redukcji ilości emitowanego do atmosfery dwutlenku węgla, potrzebna jest... modyfikacja kierunku polityki energetycznej kraju, w którym mieszkam. Ja sama - biorąc pod uwagę skaczące słupki wygenerowane przez kalkulator - nie mam takiej mocy. Nawet jeśli zrezygnuję z samochodu (bo choć na ogół stoi w garażu, jego produkcja pochłonęła kiedyś mnóstwo energii), sporej, acz energooszczędnej chałupy, podróży, nie jestem w stanie zmniejszyć - zdaniem kalkulatora - radykalnie swego prywatnego wkładu w degenerację warstwy ozonowej. I tak będzie dużo za duży.
 
Oprócz niejednoznacznego stosunku do śladu węglowego, mam też problem z Colinem Beavanem. Kupuję (wybiórczo) szerzone przez niego idee, ale nie kupuję jego. Może dlatego, że z książki, filmu, artykułów prasowych które czytałam wywnioskowałam, że to nie idea jest u niego na pierwszym miejscu, ale on sam. Wpływowy, wzmocniony tym co najlepsze w marketingowej myśli No Impact Man.

piątek, 5 kwietnia 2013

126

Niezbędny - taki, bez którego nie można przetrwać, normalnie funkcjonować; taki, który jest bardzo potrzebny. Tyle od Wikisłownika.

Niezbędność definiowała nasze życie przez ostatnie 12 miesiący. Gdy szykowaliśmy się do startu w kwietniu, każdy z nas (nie tylko my, ale i dwunastka pozostałych uczestników doświadczenia) próbował ustalić obszar objęty prywatnym konsumpcyjnym embargo, zdecydować co faktycznie jest dla niego niezbędne, a bez czego może próbować się obejść. U każdego ten obszar wyglądał inaczej i u każdego z biegiem miesięcy ewoluował. W różnych kierunkach.

Stworzenie ogólnych założeń nie było trudne. Idea przeżycia roku bez zakupów nie jest niczym oryginalnym; w 2004 roku zrobiła to amerykańska dziennikarka Judith Levine - owocem roku bez zakupów jest książka "I'm not buying it", inspiracja dla nazwy tego bloga. Pięć lat później tematem życia na marginesie mainstreamowej konsumpcji zajęła się też Samantha Weinberg. W sieci jest conajmniej kilkanaście blogów poświęconych próbie przeżycia roku (albo i dłużej) bez kupowania nowych ciuchów, produktów spożywczych albo czegokolwiek co jest nowe, a kilka dni temu Guardian opublikował tekst Joanne O'Connell, która zdecydowała się wytrwać 12 miesięcy z dala od supermarketów. 

Nasze pierwotne założenia były dość ogólne. Jeśli żarcie, to sezonowe, w miarę możliwości lokalne i jak najmniej przetworzone. Zanim osiągnęliśmy w tej materii sprawność, minęło kilka tygodni. W końcu doszliśmy do momentu, w którym ze sklepów i bazarów przynosiliśmy wyłącznie podstawowe, najprostsze produkty. Niezawodną, stałą brygadę. Zawartość naszej kuchennej spiżarni zdecydowanie zmieniła charakter, miejsce gwiazdorów jednej kolacji zajęli nudziarze - kasze, makarony i węglowodanowa domina - mąka. W dużych papierowych torbach, prosto z młyna.

Przez cały rok tylko raz skusiłam się na mięso w sklepie i była to wyjątkowo kosztowna sztuka mięsa. Jagnięcy udziec, prawie 2-kilogramowy, zapłaciłam za niego, zanim pomyślałam. Przestaliśmy za to kupować egzotyczne owoce (poza bananami, winogronami i cytrusami w okołoświątecznej okolicy) i warzywa. Z czasem upadały kolejne przekonania o Niezbędności. Odstawiliśmy więc butelkowaną wodę, brązowy cukier, oliwki, konserwowe ogórki, a oliwę z oliwek, którą wcześniej konsumowaliśmy litrami, zastąpiliśmy polskim olejem rzepakowym. Tłoczonym na zimno, kupowanym z pośrednictwem nieformalnej kooperatywy. 

Z wieloma pokusami ani razu się nie skonfrontowaliśmy. Nie-kupowanie gumy do żucia, ptasiego mleczka, sezamków, hałwy, miśków Haribo, batoników, chipsów, napojów energetycznych, owocowych jogurtów, serów z wkładką, śledzi w śmietanie, która nigdy nie kwaśnieje i wszystkiego co jest zamknięte w kolorowym, fachowo zaprojektowanym opakowaniu było dziecinnie proste; nic z tych rzeczy nie wołało do mnie, gdy wchodziłam do sklepu. Zresztą część z nich przestałam zauważać już dawno temu. Trudno za to było rozstać się z czekoladą; po kilku tygodniach napięć na czekoladowym froncie uznaliśmy że jest nam Niezbędna

Przez 12 miesięcy tylko kilka razy kupiliśmy alkohol. R. nie mógł się pogodzić z piwnym embargo, więc zaczął warzyć własne. Ja tęskniłam za prosecco; dwa razy pozwoliłam się tej tęsknocie zmaterializować. Pierwsza butelka pękła gdzieś w połowie procesu, kolejna na zakończenie 9., w sylwestrowy wieczór, który spędziliśmy w pożyczonym domu.

W roku bez zakupów skupiliśmy się więc na zaspokajaniu naszej podstawowej potrzeby. Ale nie tylko Poszliśmy nawet dalej: jedzenie (wybieranie ingrediencji, szykowanie, konsumpcja wreszcie) stała się jedną z najbardziej efektywnych, dostępnych nam przyjemności. To był zdecydowanie rok obfitości.