sobota, 23 marca 2013

121

- Myłaś doniczki pod prysznicem? - woła R. z łazienki. - No to zapchałaś odpływ. Substancja, którą mój mąż bierze za czarnoziem, to w rzeczywistości zmielona czarna kawa. Znaczy: peeling, a właściwie produkt zastępczy, który - jak się okazuje - w życiu pozagrobowym jest cichym dusicielem domowej kanalizacji.

W roku bez korzystania z komercyjnej oferty upiększającej, moim najczęstszym rozwiązaniem jest... rezygnacja z upiększania. Odpuszczam sobie wszystko to, za co zwykłam płacić specjalistkom: równo położony lakier, hennę na rzęsach, masaże. Oddaję głowę każdemu kto się nie boi nożyczek, jednak tym razem mam potrzebę, aby zajął się nią zawodowiec. Albo prawie zawodowiec. Na studiach chodziłyśmy całymi stadami do szkoleniowego ośrodka jednego z producentów farb do włosów. Nie udaje mi się do niego dodzwonić, dobijam się za to tu: - Czy jest już pani zdecydowana? - pyta sekretarka. - Bo właśnie wchodzi nowa kolekcja. Szkolenie w najbliższym tygodniu. Potrzebujemy modelek z włosami do ramion. Strzyżenie będzie za darmo, pod warunkiem, że zgodzi się pani na jedną z trzech fryzur.

Kolekcja szlifuje się w jasnej sali na piętrze; 10 stanowisk, 10 głów (na różnym etapie życia: od początkującego po schyłkowy), krzyżujące się w powietrzu sprężyny suszarek, fryzjerskie specyfiki w olbrzymich opakowaniach. Fryzjerka prowadzi mnie do ustawionych w kącie fryzjerskich misek: - Może kuracja wzmacniająca? Tylko 55 zł. Odmawiam, ale nie jest to łatwe: potrzeba odwdzięczenia się jest silną zawodniczką. Fryzura, mimo że usztywniona lakierem, bardzo mi się podoba. Dodaję do niej czerwoną szminkę (inspiracja po spotkaniu z pewną mądrą aktywistka, która podkreślała ust swych koral piękną strażacką czerwienią) i raźno wychodzę w śnieżycę. Łatwo mi zrozumieć kobiety, który kryzysowe zaciskanie pasa rekompensują sobie zakupem koloru do aplikacji na usta; nie jestem już transparentna.

***

Im bliżej końca, tym luźniej w głowie: w przedostatnim tygodniu doświadczenia pozwalam sobie na kilka zakupów, których niezbędność jest, ekhm, dość dyskusyjna. Nowy Jesper Juul. Rajstopy dla Tadzia. Mleko kokosowe.

***

Przedszkole - kończy się dwutygodniowa kurcgalopka, wyścig przedszkolnych zbrojeń, trudny, najeżony czas, w którym rodzicom 3-latków debiutujących w świecie wczesnej edukacji powinno się ustawowo zabronić pojawiania się w miejscach publicznych. - Ciiii, mama - mityguje mnie mój syn. Stoimy razem w kolejce po śledzie, a gdy kolejka przede mną zaczyna się niespodziewanie multiplikować, zaczynam pojękiwać. Rok radykalnego ograniczenia konsumpcji nie przekształcił mnie w zen-klientkę.

Przedszkole, z którym chcielibyśmy aby nasze dziecko spędziło trzy najbliższe lata życia, wydaje nam się doskonałe. Szanse, że się tam dostaniemy, są niewielkie; na jedno miejsce kandyduje trójka dzieci.

10 komentarzy:

  1. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że to już rok.
    Nie czytam Cię od samego początku,dopiero gdzieś od sierpnia, ale i tak wydaje mi się że zleciało jak z bicza strzelił. Tak szast prast ;-)

    I co od kwietnia?

    OdpowiedzUsuń
  2. Hm... Tak się zastanawiam nad tematem... Czy jeśli nie czułam nigdy potrzeby pójścia do fryzjera, to nie jestem prawdziwą kobietą? Poszłam raz - chodziło o skrócenie z bardzo długich na bardzo krótkie - wyszłam rozczarowana. Złe doświadczenie? No po prostu nie kumam tej fascynacji fryzjerami. Czasem prosiłam kogoś o pomoc w farbowaniu (już nie farbuję), czasem o podcięcie z tyłu - tu już mój mąż zdobył fryzjerskie szlify, ale najbardziej to bym chciała, żeby nic nie trzeba było z włosami robić. Żeby nie rosły, nie kołtuniły się, nie elektryzowały, nie zmieniały koloru, nie wypadały. Generalnie dużo z nimi zabawy. ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobre pytanie co od kwietnia?:-)

    OdpowiedzUsuń
  4. tolafariu, mam to samo marzenie dotyczace wlosow. taki poranny zabieracz czasu.

    a od kwietnia - mam nadzieje, ze wiosna :P

    OdpowiedzUsuń
  5. T., a masaż głowy:-)? dla mnie wizyta u fryzjera jest jak mycie szyb. szast, prast i od razu widać efekt, przynajmniej w moim wypadku.

    co do kwietnia: idę na żywioł:)
    a jak Wy sobie wyobrażacie ciąg dalszy?

    OdpowiedzUsuń
  6. Co do kwietniowego żywiołu: aż się sam nasuwa na myśl efekt jo-jo ;-) Raz jeden byłam na diecie i zapamiętałam z niej głównie to, że przez cały tydzień myślałam, co "prawdziwego" zjem "po" - od tego czasu doszłam do wniosku, że takie rewolucyjne akcje nie mają sensu - bo niewiele po nich zostaje. Stawiam raczej na powolną, ale konsekwentną ewolucję w życiu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Patrz, jak różnią się nasze żywioły:-)
      Jedyną rzeczą jaką wiem o moim żywiole jest to, że nie wiem gdzie z jego udziałem dotrę. Dlatego niczego nie planuję.

      Usuń
  7. ja tam jestem od początku projektu w swoim żywiole.

    ocet ryżowy kupię. specjalnie w dużej butelce poszukam :P
    100-litrowej


    pzdr, v.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będziesz się marynować:-)?

      Usuń
    2. :-) Szast, kliknęłabym lubię to, gdybym mogła.
      Jakie tam jo-jo, choć butelka dobrego wina zaszkodzić nie powinna....

      v. ocet ryżowy? Do it :)np. http://kuchnia-wietnamska.com.pl/wyroby-i-przetwory/11-wyroby-i-przetwory/24-ocet-ryzowy.html

      w kolejnym etapie może hodowla ryżu?;)

      Usuń