wtorek, 5 marca 2013

115

Jak zjeść krajobraz?

Nasiona zakupione. Jak i żeliwna łopatka, wyprodukowana przez Spółdzielnię Inwalidów. Zakup ewidentnie kompulsywny, po silnym wpływem ciepłego wiatru z południa.
W niedzielę jemy pizzę (z własnego piekarnika, rzecz jasna) z M., sąsiadem z piętra. Nasze dzieci dynamicznie bawią się w "oddaj! to moje", a my podciągamy roletę i patrzymy wspólnie na najbliższe sąsiedztwo po drugiej stronie ulicy. Jeszcze dwa lata temu był tu gęsty drzewny gaj, zamykający liściastą linią horyzont. Dziś zostało kilka drzew, a na ogolonej z nich powierzchni krzątają się ciężkie maszyny, stawiające na mikroskopijnej działce 6-piętrowego kolosa na 140 mieszkań: - Postanowione. - mówi M. - Pójdę tam i w akcie obywatelskiej niezgody posadzę im pod płotem drzewo. Wyhodowałem je sam, w doniczce.

Chcę napisać reportaż o polskiej partyzantce ogrodniczo-krajobrazowej. Szukam bohaterów, którzy przekształcają nieużytki w warzywniaki. Jeśli znasz któregoś z nich albo sam nim jesteś, odezwij się do mnie, proszę: martasapala@gmail.com


***

Jeśli przypadkiem planujecie rozważyć zakup apartamentu wybudowanego przez poznańskiego developera Nickel Development, rzućcie jeszcze raz okiem na jego najbliższe otoczenie. Transparentny, niemal niezauważalny budynek na skraju rzutu z góry, który pokazuje szlachetne, filmowe sąsiedztwo budynku mieszkalnego, został na nim nazwany "biurowcem". W rzeczywistości to betonowy szkieletor o niepewnej przyszłości - trudno dziś orzec, czy zostanie wykończony, czy rozebrany, czy unieśmiertelniony w obecnym kształcie. Już się do niego przyzwyczailiśmy, mamy wciąż jeszcze gdzie kierować wzrok, gdy siadamy na naszej kanapie z widokiem, a poza tym wypatroszona konstrukcja stoi w sporej odległości od naszych okien. Wy będziecie go jednak mieć na wyciągnięcie ręki.

2 komentarze:

  1. Z jednej strony - w Polsce naprawdę brak mieszkań. Te wszystkie narzekania deweloperów, że mieszkania się źle sprzedają, spowodowane są zaostrzeniem warunków kredytowania, a nie rzeczywistym spadkiem chętnych na kupno własnego lokum. Z drugiej strony - bezmyślnie szasta się przestrzenią, rozwłócząc osiedla na peryferiach, zamiast wykorzystywać niezabudowane działki w środku miasta. Budynek, o jakim piszesz, można byłoby zastąpić dwiema narożnymi plombami - w Warszawie jest mnóstwo narożników ulic, gdzie zamiast kamienic stoją i straszą jakieś pokraczne budy. Do tego, równie bezmyślnie przy budowie nowych osiedli niszczy się krajobraz, karczując wszystko, jak leci. Jeżeli plan zagospodarowania przestrzennego nie przewiduje zachowania lasku, zagajnika, sadzawki, itp., to na pewno nic z nich nie zostanie, jeśli zaś przewiduje - to też różnie bywa. Rozwiązaniem byłoby nałożenie na inwestora obowiązku zrealizowania na osiedlu również zaplanowanego projektu zieleni, bo większość projektów uwzględnia nie tylko zabudowę, lecz także rozmaite trawniki, alejki wysadzane drzewami i inne cudeńka. Problemem są natomiast koszty i ich przerzucanie na przyszłych mieszkańców.
    Jeśli chodzi natomiast o takie dzikie ogrodnictwo miejskie, przydomowe - tutaj też byłyby potrzebne jakieś ramy organizacyjno-prawne, gdyż samodzielne inicjatywy przeradzają się czasem w pole walki między sąsiadami, tymi mieszkającymi obok i tymi z wyższych pięter, bez dostępu do paska ziemi wokół mieszkań na parterze :)
    A tak przy okazji - z ciekawością czytam wpisy na Twoim blogu.
    Pozdrawiam
    Rubia

    OdpowiedzUsuń
  2. To ciekawe co piszesz.
    Gdy w latach 80. przeprowadziłam się z rodzicami do nowego mieszkania w bloczku pod lasem, zapuszczony teren za budynkiem został kolektywnie podzielony na równe działki, między wszystkich sąsiadów. Parterowcy dostali skrawki ziemi najbliżej budynku, ci z kolejnych pięter - odpowiednio dalej. Podobnie wyglądała ogrodnicza sanacja nieużytków na poniemieckim osiedlu, gdzie mieszkaliśmy wcześniej.
    Dopiero zaczynam się przyglądać temu tematowi, ale wydaje mi się, że w prawie istnieją już pewne (fakt, nie dość przejrzyste) regulacje dot. zasad wspólnego użytkowania ogródków przydomowych (lub przydomowych terenów które mają ogródkowy potencjał): zasada służebności, umowa podziału do korzystania.
    Mnie jednak bardziej interesuje rekultywacja klasycznych nieużytków, miejskich terenów bezrobotnych, w wyniku których powstają takie miejsca jak zeszłoroczny ogród społeczny na Pradze, koło Pałacyku Konopackich. Również w mikroskali.

    OdpowiedzUsuń