niedziela, 31 marca 2013

125

Ignoruję dzisiejsze godzinowe przesunięcie i moszczę się w skradzionej godzinie, poza oficjalnym biegiem czasu. W mojej bańce północ jeszcze nie wybiła; zostały 52 minuty.

Ostatni dzień bez kupowania mija bez napięć. Rano rozstawiamy na stole cztery zdekompletowane nakrycia i wszystko to co przygotowaliśmy dzień wcześniej: biały barszcz na pszennym zakwasie hojnie rozlewanym do wszystkich chętnych słoików na piątkowym Le Targu, pieczone kiełbaski, jajka z ukręconym własnoręcznie majonezem, chrzan tarty przez łzy (wyjątkowo zakupiony w korzeniach, ale śnieg przykrył siekierkowski, przerośnięty chrzanem wał), chleb. Dzik zamaszystym ruchem zrzuca na podłogę dwa talerze; szmyrg, skorupy z Bolesławca rozpadają się na części. W szufladzie z talerzami: zdecydowane braki.

Gdy wychodzimy po śniadaniu do parku, śnieg dopiero zaczyna prószyć. Górka w Morskim Oku nie jest rozjeżdżona; Dziko wpada w ekstazę, ćwicząc długie ślizgi na sankach. Wracamy, śniegu w powietrzu jest coraz więcej, puchnie jego kaliber: to już nie połyskujący brokat, ale konfetti. Wieczorem balkon, na których kilka dni wcześniej zaczęłam robić ogrodnicze porządki, wygląda jak oblepiony cukrem. Włączam gwiazdkową iluminację; łańcuch mlecznych kulek, wpleciony w siatkę, którego od kilku lat nie chce mi się demontować. Szukam w necie cud-preparatu, którym mogłabym wypełnić wyszczerbione ranty kilku ostatnich talerzy, które nie zdążyły się wytłuc w ciągu ostatnich 12 miesięcy.

***

Zestaw pytań jest w gruncie rzeczy stały. Zmienia się w zależności od stopnia zażyłości. Najbliżsi wybierają bezpośrednie "dużo zaoszczędziliście?", przeważająca większość: "co kupicie 1 kwietnia?". M. jest ciekawa czegoś zupełnie innego: - Co się zmieniło? Z czym się pożegnałaś, co zostanie z tobą na dłużej?

Coś co zaczęło się jako zawodowy eksperyment, reporterskie poletko do rozpisanej na tygodnie opowieści o społecznym procesie, stało się ważnym fragmentem mojego osobistego procesu. Rok to kawał życia przecież. Próba przeżycia tego czasu na marginesie oficjalnego nurtu konsumpcji odrobinę go wydłuża - tak, to jeden z pierwszych wniosków. Nie-kupowanie pomaga odzyskać czas. Zdecydowanie.

piątek, 29 marca 2013

124

Trochę mniej niż dwie doby do końca. W głowie mam spokój, którego nie zaburza nawet kolejna zapaść miksera - chłopak dopiero co został przywrócony do życia przez serwisanta (który twierdził, że zainstalował w jego wnętrzu części inne od tych, które są powszechnie dostępne na Allegro), a odmówił współpracy po kilku próbach zamieszania. Wiem już jaki będzie mój pierwszy zakup.

Po 12 miesiącach przyglądania się swoim potrzebom wiem które z nich faktycznie zasługują na realizację. Rok rezygnacji z natychmiastowego reagowania na pojawiające się w głowie impulsy zrobił swoje - świadomościowo cofnęłam się do czasów, w których nikt jeszcze nie słyszał o kolekcjach, które co kilka tygodni bombardują sklepy, w związku z czym wymuszają szybko-szybko decyzję. Gdy byłam w liceum, w domu towarowym który stał niedaleko szkoły, na piętrze z tzw. damską konfekcją wisiała kiecka. Chodziłam wokół niej kilka tygodni, nie mogąc się zdecydować czy zaczynać w domu negocjacje na temat jej ewentualnego zakupu czy nie. Kiecka cierpliwie wisiała, aż w końcu o niej... zapomniałam. Być może  regularnie miętolenie w dłoni jej żółtej materii sprawiło, że zdążyła w mojej głowie spospolicieć - bez kupowania.

Gdy nagle poczujesz, że chcesz kupić coś niezaplanowanego, wyjdź ze sklepu - radzą specjaliści - Poczekaj 30 dni, zrewiduj swoją potrzebę, a potem wróć. Jest spore prawdopodobieństwo, że wypatrzonej rzeczy już nie znajdziesz na wieszaku. Ale czy to faktycznie sukces?

Trudno mi uwierzyć że minął już rok. No, prawie, bez dwóch dób.

poniedziałek, 25 marca 2013

123

"Konsumpcjonizm nie jest odbiciem zidiocenia jednostek, ale po prostu wyrazem naszych cech społecznych. Pokazuje, jak bardzo ludzie przejmują się sobą nawzajem" - GW, Grzegorz Sroczyński, "Co nas boli w środku Europy"

sobota, 23 marca 2013

121

- Myłaś doniczki pod prysznicem? - woła R. z łazienki. - No to zapchałaś odpływ. Substancja, którą mój mąż bierze za czarnoziem, to w rzeczywistości zmielona czarna kawa. Znaczy: peeling, a właściwie produkt zastępczy, który - jak się okazuje - w życiu pozagrobowym jest cichym dusicielem domowej kanalizacji.

W roku bez korzystania z komercyjnej oferty upiększającej, moim najczęstszym rozwiązaniem jest... rezygnacja z upiększania. Odpuszczam sobie wszystko to, za co zwykłam płacić specjalistkom: równo położony lakier, hennę na rzęsach, masaże. Oddaję głowę każdemu kto się nie boi nożyczek, jednak tym razem mam potrzebę, aby zajął się nią zawodowiec. Albo prawie zawodowiec. Na studiach chodziłyśmy całymi stadami do szkoleniowego ośrodka jednego z producentów farb do włosów. Nie udaje mi się do niego dodzwonić, dobijam się za to tu: - Czy jest już pani zdecydowana? - pyta sekretarka. - Bo właśnie wchodzi nowa kolekcja. Szkolenie w najbliższym tygodniu. Potrzebujemy modelek z włosami do ramion. Strzyżenie będzie za darmo, pod warunkiem, że zgodzi się pani na jedną z trzech fryzur.

Kolekcja szlifuje się w jasnej sali na piętrze; 10 stanowisk, 10 głów (na różnym etapie życia: od początkującego po schyłkowy), krzyżujące się w powietrzu sprężyny suszarek, fryzjerskie specyfiki w olbrzymich opakowaniach. Fryzjerka prowadzi mnie do ustawionych w kącie fryzjerskich misek: - Może kuracja wzmacniająca? Tylko 55 zł. Odmawiam, ale nie jest to łatwe: potrzeba odwdzięczenia się jest silną zawodniczką. Fryzura, mimo że usztywniona lakierem, bardzo mi się podoba. Dodaję do niej czerwoną szminkę (inspiracja po spotkaniu z pewną mądrą aktywistka, która podkreślała ust swych koral piękną strażacką czerwienią) i raźno wychodzę w śnieżycę. Łatwo mi zrozumieć kobiety, który kryzysowe zaciskanie pasa rekompensują sobie zakupem koloru do aplikacji na usta; nie jestem już transparentna.

***

Im bliżej końca, tym luźniej w głowie: w przedostatnim tygodniu doświadczenia pozwalam sobie na kilka zakupów, których niezbędność jest, ekhm, dość dyskusyjna. Nowy Jesper Juul. Rajstopy dla Tadzia. Mleko kokosowe.

***

Przedszkole - kończy się dwutygodniowa kurcgalopka, wyścig przedszkolnych zbrojeń, trudny, najeżony czas, w którym rodzicom 3-latków debiutujących w świecie wczesnej edukacji powinno się ustawowo zabronić pojawiania się w miejscach publicznych. - Ciiii, mama - mityguje mnie mój syn. Stoimy razem w kolejce po śledzie, a gdy kolejka przede mną zaczyna się niespodziewanie multiplikować, zaczynam pojękiwać. Rok radykalnego ograniczenia konsumpcji nie przekształcił mnie w zen-klientkę.

Przedszkole, z którym chcielibyśmy aby nasze dziecko spędziło trzy najbliższe lata życia, wydaje nam się doskonałe. Szanse, że się tam dostaniemy, są niewielkie; na jedno miejsce kandyduje trójka dzieci.

czwartek, 21 marca 2013

120

Środa - przeziębienie, które we wtorek zdawało się odpuszczać (dzięki temu udało mi się pomyślnie przejść bezgotówkową transformację fryzurową) wróciło. Leżę na kanapie, paruję, syn skacze mi po korpusie. Dzwoni telefon. W słuchawce męski głos, o piaszczystej barwie: - Dzień dobry, dzwonię z banku. Mam pytanie. Czy usiłowała pani właśnie dokonać transakcji na portalu edreams.com, płacąc za nią kartą kredytową. Jedenaście tysięcy złotych, trzysta.
- Nie.
- Nie próbowała pani? - nad piaskiem pojawia się chmura - Hmmm. Chwilę później miała miejsce kolejna próba: tym razem na tysiąc czterysta - to też nie pani?
- Nie.
- No i jeszcze wcześniej, w styczniu, ktoś próbował, z pomocą pani karty kredytowej, obstawić na czeskiej stronie zakłady sportowe. Czterokrotnie. - na piasek wdziera się płaska fala. - I dzwoniliśmy do pani. - Fala jest wykończoną strzępiastą grzywką. - Wiele razy dzwoniliśmy. - Cofa się. - Ale nie odbierała pani. To co, zastrzegamy?

(no nie odbierałam, fakt, myślałam, że to kolejna oferta kredytu/lokaty/funduszu - dowolne skreśl)

Robię w głowie przegląd transakcji z zeszłego roku. Były dwie, obie w internecie: płaciłam kartą za wynajęcie auta w Anglii i kupiłam z jej pomocą bilety do Helsinek. Karta jest też na stałe podpięta do Paypala, za pomocą którego regulowałam abonamentowe zobowiązanie wobec HomeExchange. To wszystko; karta, mimo że ma już prawie rok, praktycznie trwa w uśpieniu; roczne saldo które wystukałam z jej pomocą nie było dość wysokie, by znieść roczną opłatę za użytkowanie, którą bank właśnie przypieczętował pierwszy rok rozluźnienia naszyh wzajemnych kontaktów. To się zdarzyło pierwszy raz; nigdy wcześniej nie zostałam finansowo upomniana za brak aktywności:-)

Co za sanawabiczys! Spryciule, fundują sobie wakacje na cudzy kredyt - piszę internetowym koleżankom w zaprzyjaźnionym kąciku netu, jednocześnie fantazjuję próbując sobie wyobrazić kim jest i gdzie się wybiera ktoś kto próbuje do sfinansowania własnego odpoczynku użyć zestawu numerów który należy do kogoś innego. Jest samodzielny czy korzysta ze zorganizowanego wypoczynku? Marzy mu się snorkeling na Malediwach? Wycieczka statkiem na Galapagos? Kurs hiszpańskiego w wiosce nad jeziorem Atitlan? "To się nazywa chichot losu" - odpisuje jedna z nich - "za twoje oszczędności z eksperymentu wysłać się (wysokoemisyjnym samolotem) na konsumpcyjną orgię na egzotycznej plaży gdzie drinki podają w kokosach zbieranych przez dzieci."

Trudno o bardziej symboliczne zakończenie rocznego cyklu ograniczenia konsumpcji, czyż nie?

Po odbębnieniu procedury zastrzegania piaskowy głos pyta mnie o to czy życzę sobie nową kartę: - Proszę zadzwonić więc na infolinię. A ja życzę pani miłego dnia.

Wyjątkowa, nierówno oszlifowana barwa konsultanckiego głosu sprawia, że ochoczo odbieram następny telefon z mojego banku . Tym razem dzwoni kobieta - energiczna, familiarna: - Nie potrzebuje pani przypadkiem kredytu konsumpcyjnego? - pyta radośnie.

Wiosno, nadciągaj!

wtorek, 19 marca 2013

119

O crowfundingu coś jeszcze napiszę. Od innej strony - nie tej hurra, bo Polak Potrafi. Na razie jednak rekomenduję:



http://polakpotrafi.pl/projekt/permakulturowa-regeneracja-mos-w-lodzi/

Tymczasem znikam w śnieżycy. Wrócę z nową fryzurą. Bezpłatną, za to z cyrografem w pakiecie.

sobota, 16 marca 2013

118

Na Gazecie.pl czytam o fałszerzach pomidorów. Część naszych pomidorów, wysianych w oskalpowanych opakowaniach po mleku ryżowym, przykrytych jedynym kawałkiem transparentnego plastiku, jaki znalazłam w chałupie, właśnie zaczyna kiełkować. Tam, gdzie nie sięga tafla prowizorycznej szklarni - cisza. R. kupuje więc folię spożywczą. Nie pamiętam już kiedy się skończyła - jakieś 8 miesięcy temu?

Za mną pierwszy webinar Cohabitatu, czyli seminarium internetowe - ależ synergia! Przyjemnie jest zanurzyć się w chaosie i wyjść z niego z tyloma pomysłami - na nasienne bomby chociażby.


Nasienna Armia Zbawienia i Bank Nasion - to dwa życzliwe początkującym ogrodnikom miejsca. Funkcjonują według zasad ekonomii wymiany; można się w nich zaopatrzyć w nasiona tradycyjnych odmian roślin, a zaciągnięty dług spłacić w następnym sezonie - nasionami własnoręcznie zebranymi.


***

W przerwie między kolejnymi fragmentami "Masterchef": reklama ."Ponoć niektóre tanie piwa są warzone nieuczciwie" - mówi mężczyzna, który z dyktafonem w dłoni wypytuje informatora. Mężczyzna jest zdecydowany i lekko zachmurzony, konfident o pękatej sylwetce i zniekształconym głosie podaje więc w końcu nazwę jedynego uczciwego producenta na rynku. Mężczyzna świętuje. Uczciwym piwem, warzonym bez pośpiechu i bez dodatku enzymów, rzecz jasna. "A jak warzone jest twoje piwo?"

- Moje, hę? - pyta R. i odkapslowuje kolejną flaszkę.


***

Rozliczenie podatkowe. Wyjątkowe. To pierwszy rok, w którym nasz roczny łączny dochód jest mniejszy niż rok wcześniej. R. pożegnał się z sycącym etatem w korporacji, ja radykalnie zmieniłam proporcje czasu poświęconego na pracę i na życie. Nasza finansowa intymność jednak na tym nie ucierpiała. Pojawiły się w niej za to nowe elementy - stabilność, bezpieczeństwo, poczucie lekkości. Nie tylko na koncie (choć udało nam się spłacić całość zadłużenia na karcie kredytowej, wypłynąć ponad kreskę debetu i wprowadzić zasadę, która być może nie jest rozwiązaniem polecanym przez doradców finansowych, ale przynosi sporo satysfakcji: co miesiąc dorzucamy do każdej raty kredytu jakieś 15-20%), ale i w głowie. Czy ta lekkość przekształci się w ssanie - okaże się za kilka miesięcy.

czwartek, 14 marca 2013

117

Finał już za 18 dni? Niemożliwe!

Perspektywa finiszu sprawia, że postanawiamy wreszcie wykorzystać dwa bilety do kina, zakiszone przez byłego pracodawcę R. na karcie ze skoncentrowaną kulturą, przydzielaną pracowników w ramach tzw. benefitów. Wieczorem przyjeżdża A., a my celebrujemy pierwsze od roku wychodne z tzw. celem. Femina, Dzień Kobiet - dopiero później dociera do mnie że nawet moje rozrywkowe wybory mają wyraźny kierunek.

W kasie okazuje się, że korporacyjna karta z Feminą nie współpracuje. Jeden bilet kosztuje 18 zł. Nie zastanawiamy się ani chwili; blisko 70-letnia Femina może lada moment zostać starta z kulturalnej mapy Warszawy, na cztery sale kinowe w podziemiach potężne przedwojennej kamienicy przy Al. Solidarności ma chrapkę koncern Jeronimo Martins, ojciec wszystkich Biedronek w Polsce.

Sala jest niemal pusta. Oprócz nas: jakieś sześć osób. Reżyserka, Maria Sadowska, w wywiadzie dla Gazety Wyborczej mówi, że Dzień Kobiet jest filmem o systemie w jakim wszystkim żyjemy. Prymitywne techniki szkoleń, pampersy, trup leżący w otwartym sklepie, poronienie przy inwentaryzacji, pogróżki - to co najbardziej poruszające, wydarzyło się naprawdę. Można o tym było przeczytać nie tylko w gazetach, ale i w sądowych aktach. W necie czytam wypowiedź Marii Sadowskiej: Konsultowaliśmy każdy detal scenariusza z prawnikami.

Więc Femina (kontra Biedronka), Halina (kontra Motylek), 36 zł. Grzech, owszem. Ale w jakim stylu!

***

Dziko wkracza w kolejny etap rozwoju. Są widoki, są perspektywy - na zerwanie z ciągłym praniem pieluch. Poproszę szampana.

piątek, 8 marca 2013

116

W tym sklepie za jedno nasiono którejś z ekscentrycznych odmian pomidora (które urodą przypomina ogórka, mandarynkę albo owoc strzelającej w paluchach śnieguliczki) trzeba zapłacić 50-60 groszy. Nasiono zostanie dostarczone pocztą, w zgrabnej strunowej torebeczce. Detalicznie, w komplecie z 9 podobnymi.
Tutaj identyczne nasiono, pakowane po 500 sztuk, kosztuje 5 groszy.
Zgadza się, że dziesięciokrotne przebicie to marża 1000 procent?

Pieniądze są wszędzie tam gdzie kiełkują trendy. Każda dziedzina życia to pole do popisu dla tropicieli zalążków nowych konsumpcyjnych kierunków, które natychmiast po tym jak zostaną namierzone, przechodzą w ręce marketingowych hodowców. Chucha się na nie i dmucha, pielęgnuje, segreguje, zaszczepia w odpowiednim środowisku, aż urosną, zakwitną i przekształcą się w potrzeby. Od kilku sezonów w krajach Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych modna jest samowystarczalność domowo-ogródkowa; w Polsce, kraju gospodarnych działkowiczów, dopiero zaczyna się proces nobilitowania jej do rangi zajęcia, które jest nie tylko pożyteczne, ale i modne. A skoro jest modne to potrzebuje odpowiedniej oprawy. 

W procesie hodowania trendu liczy się wiele czynników: wizerunek, odpowiednie towarzystwo, język. Moja matka do spulchniania ziemi między rządkami wschodzących roślin używała haczki. Ja mogłabym robić to "szlachetnie zaprojektowanym kultywatorem ręcznym ze stali nierdzewnej, z jesionową rączką". Gromadziła nasiona (te, które zebrała sama w poprzednim sezonie, albo dostała od zaprzyjaźnionych działkowych sąsiadów), ja przebieram wśród najnowszych kolekcji mastgrowów. To nie przypadek, że tegoroczne mastgrowy to rośliny popularne dwie, trzy, cztery dekady temu. Niemodne, uznane kiedyś, podobnie jak imiona Wacław i Stefania, za obciachowe, w tym roku - na fali zainteresowania retro-ogrodnictwem - wracają w pachnącym pochodzie. Ogrodowa awangarda to jeżówka, dzwonek, powój, rozchodnik.

Nawet 60-letni Działkowiec, kiedyś zgrzebny, został poddany wizualnej kuracji odmładzającej i czerpie z rzeki trendów: w jego najnowszym wydaniu można przeczytać tekst o tym jakie korzyści płyną z ogrodnictwa w stylu slow. Fajnie, ale czy ogrodnictwo w ogóle może być nie być slow?

Magazyn Better Homes and Gardens, wśród ogrodniczych trendów na 2013 rok wymienia m.in. warzywno-owocowe bukiety (lilie przetykane liśćmi kapusty włoskiej), ogródki ziołowe na parapetach, staroświeckie odmiany kwiatów, zbieranie własnych nasion, hodowanie kurczaków za domem, ogrody społeczne oraz zjawisko nazywane w anglosaskim obszarze językowym "homesteading". Jeśli chcesz być na czasie, bądź gospodarny. W zeszłym roku nauczyłeś się robić pesto z bazylii zebranej z własnej grządki, w tym roku naucz się ten sos wciskać do puszek, tak żeby przetrwał całą zimę (a adres miejsca, w którym zakupisz osprzęt do domowej produkcji konserw, znajdziesz na stronie X).

***

Zapisałam się na internetowe seminarium ogrodnicze. Cena minimalna 15 zł, sugerowana 30 zł. Możliwy wolontariat.

wtorek, 5 marca 2013

115

Jak zjeść krajobraz?

Nasiona zakupione. Jak i żeliwna łopatka, wyprodukowana przez Spółdzielnię Inwalidów. Zakup ewidentnie kompulsywny, po silnym wpływem ciepłego wiatru z południa.
W niedzielę jemy pizzę (z własnego piekarnika, rzecz jasna) z M., sąsiadem z piętra. Nasze dzieci dynamicznie bawią się w "oddaj! to moje", a my podciągamy roletę i patrzymy wspólnie na najbliższe sąsiedztwo po drugiej stronie ulicy. Jeszcze dwa lata temu był tu gęsty drzewny gaj, zamykający liściastą linią horyzont. Dziś zostało kilka drzew, a na ogolonej z nich powierzchni krzątają się ciężkie maszyny, stawiające na mikroskopijnej działce 6-piętrowego kolosa na 140 mieszkań: - Postanowione. - mówi M. - Pójdę tam i w akcie obywatelskiej niezgody posadzę im pod płotem drzewo. Wyhodowałem je sam, w doniczce.

Chcę napisać reportaż o polskiej partyzantce ogrodniczo-krajobrazowej. Szukam bohaterów, którzy przekształcają nieużytki w warzywniaki. Jeśli znasz któregoś z nich albo sam nim jesteś, odezwij się do mnie, proszę: martasapala@gmail.com


***

Jeśli przypadkiem planujecie rozważyć zakup apartamentu wybudowanego przez poznańskiego developera Nickel Development, rzućcie jeszcze raz okiem na jego najbliższe otoczenie. Transparentny, niemal niezauważalny budynek na skraju rzutu z góry, który pokazuje szlachetne, filmowe sąsiedztwo budynku mieszkalnego, został na nim nazwany "biurowcem". W rzeczywistości to betonowy szkieletor o niepewnej przyszłości - trudno dziś orzec, czy zostanie wykończony, czy rozebrany, czy unieśmiertelniony w obecnym kształcie. Już się do niego przyzwyczailiśmy, mamy wciąż jeszcze gdzie kierować wzrok, gdy siadamy na naszej kanapie z widokiem, a poza tym wypatroszona konstrukcja stoi w sporej odległości od naszych okien. Wy będziecie go jednak mieć na wyciągnięcie ręki.

piątek, 1 marca 2013

114

Foodsharing czyli dzielenie się domowymi nadwyżkami jedzeniem, które nie mają szansy zostać wchłonięte w danym domu przed upływem terminu ważności - czy to możliwe w Polsce?

Mega -sknery  w TLC - czekam, niecierpliwie przebierając kopytami.