sobota, 16 lutego 2013

110

Wieczorem tnę miasto w poprzek -  zawinięta w puchowy płaszcz, z winnymi wypiekami na policzkach, wracam autobusem z Żoliborza na Mokotów. Tunel na Wisłostradzie jest wciąż zamknięty (i porzucić chyba trzeba złudzenie, że zostanie tej wiosny otwarty), kierowca zahacza o Powiśle. Na skarpie tuż koło kolejowego wiaduktu – lampiony. Sylwetki na tarasie. Ruch. Prześlizguję się okiem-wzrokiem po sylwetce budynku: mrugnięcie, flara, neon „Solec”. 

To jedno z tych miejsc, które znam wyłącznie ze stron pism o dobrym życiu, przeglądanych na znajomych stolikach. I jedna z chwilowo porzuconych aktywności, za którą wciąż intensywnie tęsknię. Gdy nadejdzie 1 kwietnia, zapakuję Dzika do wózka, pójdę przez Morskie Oko na Puławską. Do obskurnej (cytując bywalców) kanciapy w której sprzedają siekane wołowe kotlety. Mówią, że są niemożliwie wręcz dobre. Nie rozczaruję się?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz