poniedziałek, 4 lutego 2013

107

11. miesiąc, a konsumpcyjny detoks wciąż trwa. Przerzuca mnie co jakiś czas na stare, wygodne tory, wyłożone uniwersalnym środkiem płatniczym. Decydując się na rozwiązanie, które ma określoną cenę, prześlizguję się gładko nad własnym zmęczeniem, niepunktualnością, kreatywną blokadą. W poszukiwaniu bezpłatnej przestrzeni do pracy, która nie będzie moim własnym domem, wypełnionym energiczną obecnością dwuipółletniego chłopczyka, od ponad 10 miesięcy tułam się po parkach, ławkach,  zaprzyjaźnionych redakcjach, znajomych mieszkaniach i biurach, moszczę się z laptopem na dworcach, lotniskach, w środkach publicznego (długodystansowego) transportu i we własnym, zaparkowanym w bezpłatnej strefie aucie. Testuję każde rozwiązanie, jakie mi przyjdzie do głowy. Ponieważ jednak żadne z nich mnie nie satysfakcjonuje, pierwszym pomysłem, który niezmiennie do mnie puka, gdy mam popracować poza domem, jest kawiarnia. Sio, kawo ze spienionym mlekiem sojowym! Sio, herbato darjeeling! Gdzie jest moja włosiennica?
Wciskam się w nią dziś, gdy mam do zagospodarowania trzy godziny - rozciągnięte w szpagacie między Mokotowem a Żoliborzem. Powrót do domu jest nieergonomiczny; przystanek u M., która mieszka niedaleko dzikowego żłobka, dziś niemożliwy. Gdy w desperacji dochodzę do wniosku, że czas się przeprosić z darmową przestrzenią któregoś z warszawskich centrów handlowych (jedno z krakowskich już pod tym względem oswoiłam), doznaję iluminacji. W 11. miesiącu nie-kupowania przypominam sobie o istnieniu cichych i przyjaznych przestrzeni do pracy, czynnych do 20:00, wyposażonych w wi-fi, gniazdko z prądem, a nawet stół do cichego spotkania z ewentualnym partnerem w pracy. Darmowych. Eureka. Nowa ścieżka w głowie otwarta - dlaczego tylko tak długo trwało jej wytyczanie?

Ostatni raz korzystałam z czytelni jakieś 10 lat temu, gdy ani zasoby dostępnej w sieci wiedzy, ani prędkość jej transmisji nie były oszałamiające. Amazon odstraszał od zakupów gigantycznymi opłatami za wysyłkę do Polski, nikt nie słyszał o elektronicznym atramencie, a twórcy serwisu chomikuj.pl nie mieli jeszcze dowodów osobistych. Wpadałam wówczas dość często do Biblioteki Narodowej i mimo, że proces zamówienia książki i dostarczenia jej z magazynu ukrytego w podbrzuszu gmaszyska na wyłożony zielonym suknem stół zajmował nieraz i 40 minut, nie czułam, że marnuję czas.

Dziś dostęp do drukowanego słowa, potrzebnego w pracy, zapewnia mi sieć. Wystarczy odpalić Paypal, a mogę zassać, z pomocą Kundelka, niemal każde opublikowane kiedyś zdanie. Mogę to zrobić legalnie, korzystając z oferty dużych i małych wydawców, księgarń, portali aukcyjnych, archiwów albo piracko - bynajmniej nie darmo (fakt, że Chomikuj.pl pobiera forsę za dostęp do treści, do których nie ma praw, nieustannie mnie zadziwia).
Dziś jednak dostęp do ogromu ogólnoświatowej myśli nie jest, mówiąc oględnie, moim priorytetem. Bunkruję się w Czytelni Naukowej na Woli z innego powodu. Potrzebuję miejsca dla siebie i swojego laptopa. Wnętrze na pierwszy rzut oka wygląda oldskulowo, ale to pozory. Procedura uzyskania dostępu jest banalnie prosta, rewers - tak skromny, że wypełnia się go w kilka sekund, sieciowy katalog przejrzysty, książki wyjeżdżają z magazynu w ciągu 5 minut. Gdy przepraszam bibliotekarkę, że zapomniałam wpisać swojego imienia i nazwiska do zbiorczego rewersu, ta mówi: - Nie szkodzi. To nieistotne.
Rewolucja?

Po powrocie opowiadam R. o jednej z książek, którą zamówiłam, żeby zamaskować swoje rzeczywiste intencje. "Skonsumowani" zaczyna się sugestywnym opisem marketingowej tresury, której są poddawani coraz młodsi użytkownicy produktów współczesnej kapitalistycznej gospodarki. - Ten trening ma też dobre strony. - mówi R. - W Gazecie przeczytałem, że moda na aifony sprawiła, że w niemieckich miastach spadła ilość samochodów. Rower się lepiej komponuje z ajfonem.

Kusząca jest myśl, że konsumpcja mogłaby być drogą do lepszego życia.

7 komentarzy:

  1. A spotkałaś się z ideą coworking? To nie jest co prawda darmowe (a może mogłoby być? nie wiem), ale to dość ciekawe rozwiązanie. Swego czasu wydawało mi się to dość ciekawym rozwiązaniem. Chociaż do tego musiałabym najpierw się "uwolnić zawodowo".

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytając początek Twojego posta tak sobie od razu pomyślałam: a czemu nie biblioteka? Nawet wśród tych nie-naukowych zdarzają się przyjazne, ze stolikami, gdzie można spędzić trochę czasu w atmosferze na pewno bardziej sprzyjającej skupieniu, niż w ruchliwej galerii handlowej. W końcu, niejedno dzieło literackie powstało dzięki temu, że jego autor odsiedział swoje w bezpłatnej bibliotece publicznej :)

    Pozdrawiam

    Rubia

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie jeszcze przyszła na myśl uczelnia. U mnie na wydziale było dużo różnych zakamarków w ogólnodostępnych korytarzach, gdzie można było przekiblować okienka między zajęciami albo konstruktywnie je wykorzystać na pracę. Tylko z gniazdkami do podłączenia laptopa było różnie (chociaż jak kończyłam studia, to zaczęły się pojawiać), no i dostęp do Internetu był tylko dla studentów i pracowników naukowych. Ale to może być też taka "kuracja odmładzająca" ;) I okazja do obserwacji socjologicznych.

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak samo jak Rubii, po przeczytaniu pierwszego akapitu, przyszła mi do głowy biblioteka - może to przez fakt, że mijam ją codziennie by odsiedzieć swoje w biurze, które poziomem sprzyjania skupieniu niespecjalnie odbiega centrum handlowemu...właśnie teraz, aby słyszeć swoje myśli, na uszach przygrywa Brahms.
    A co do książki "Skonsumowani" - chętnie bym się nią zaopiekowała kiedy już przeczytasz. I jestem wielce otwarta na metodę "wymiany zakładników". Mailem zawsze mogę podesłać listę tych gotowych do transeru ;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Coworking - swego czasu mnie bardzo pociągał. Teraz, gdy mam w chałupie własny gabinet, już mniej. Problem w tym, że mój syn, gdy jest w domu, uważa moją wydzieloną przestrzeń za idealną do zabawy:-), dlatego czasem uciekam z chałupy.
    Uczelnia - świetna podpowiedź, dziękuję.

    Skonsumowani są do przeczytania w Czytelni Naukowej na Woli. Ale służę innymi zakładnikami do chwilowej bądź docelowej wymiany; mój adres szast.prast@gazeta.pl

    OdpowiedzUsuń
  6. Już w połowie wpisu zaczęłam się zastanawiać, dlaczego nie pójdziesz do biblioteki...! :) Fascynują mnie Twoje kolejne odkrycia. Po raz pierwszy zastanowiło mnie, że jednorazowy kubek na kawę jest jednorazowy. O całej reszcie nie wspomnę. Nie kończ swojego projektu zbyt szybko, proszę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zakończę o czasie:-), mając nadzieję, że to nie koniec procesu.

      Usuń