niedziela, 3 lutego 2013

106

Styczeń mija spokojnie.

Na odbudowanie żywieniowo-higienicznych zapasów wydajemy ok. 1100 zł - razem ze składnikami do kolejnego domowego nastawu piwnego.
Wyprawy do apteki kosztują nas 80 zł. Benzyna w mieście, bilety (kwartalny R. i moje pojedyncze przejazdy): 560 zł.
Zakupów rzeczowych - wciąż brak. Poza jednym incydentem. W połowie miesiąca oglądamy dokumentalny film o Colinie Beavanie i jego rodzinie, która przez rok starała się zminimalizować swój wpływ na środowisko - chwytając się wszystkich możliwych rozwiązań. Łącznie z wyłączeniem prądu w swoim położonym na 9. piętrze apartamencie na nowojorskiej Piątej Alei, praniem przez ugniatanie oraz rezygnacją z kawy i srajtaśmy. Po seansie dopadam do komputera i czeszę net w poszukiwaniu książki. Znajduję używkę, na ibeju - w kuszącej cenie 0.99 funta (normalne wydanie kosztuje ok. 16 dolarów). Biorę. Razem z wysyłką płacę 24 zł. To moja druga, zakupiona w tym roku książka (po ciężkostrawnym socjologicznym eseju o darze, autorstwa Marcela Maussa). Nie odnotowuję wyrzutów sumienia.

Wyjazd, rata obowiązkowego rocznego ubezpieczenia, półroczny rachunek za prąd, który reguluję z dezynwolturą, nadgryza nasz ustabilizowany miesięczny budżet. Znów nurkujemy; rachunek świeci na czerwono. Biorę nadprogramowe zlecenie.

***

M. urządza imieniny. Spotykamy się przy okrągłym stole na Żoliborzu, w kobiecym gronie. Talie, włosy, rzęsy, pachnące zagłębienia za uszami. Bransoletki, obcasy, tatuaże. Wino. Gdy przed wyjściem wygładzam na udach ulubione zielone rajstopy, zauważam jak bardzo są pozaciągane. Staram się schować pod pudrem przednówkowe zmęczenie. Rezygnuję z kresek na powiekach - dziwnie wyglądają z niewytuszowanymi rzęsami. Tuż przed wyjściem wpinam w uszy jedne z najładniejszych kolczyków, jakie mam. - Ostatnio, podczas jakiejś sesji z modelkami, spojrzałam na siebie w lustrze. - opowiada M., szefowa działu w znanym kobiecym tytule. - I zobaczyłam jaka jestem szara. Od razu zapisałam się na migdałowy peeling.
O tak, mi też przydałby się peeling - najlepiej dwa w jednym, zewnętrzny i wewnętrzny, polerujący zwoje. Są bardzo zmęczone. A jakie zwoje, taka (anty)konsumpcja.

6 komentarzy:

  1. Może peeling z cukru? Ja mieszam cukier z oliwą - to tak do całego ciała. Efekt niesamowity. Tylko oliwę trudno spłukać całkowicie.
    No chyba, że już Wam się skończył i cukier, i oliwa. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. albo z mielonej kawy, dodatkowo pomaga na cellulitis
    kibicuję i zazdroszczę wolności od.
    Chociaz nie piszę, codziennie zaglądam i w napięciu czekam na kolejną notatkę

    OdpowiedzUsuń
  3. Kawowe śmieciuchy testuję od kilku tygodni, świetnie robi na uda:-)
    Oliwa się skończyła, ale wciąż mamy olej. Cukier jest niezbędny; czasem trzeba się wewnętrznie dosłodzić.

    OdpowiedzUsuń
  4. Z niecierpliwością czekam na wpisy -na każdy z nich:-)proszę częściej, częściej, częsciej:-)
    Sama prowadzę akcję: używamy to co mamy:-)i jestem z siebie dumna-jedyną rzecz"stałą" ktorą w tamtym miesiacu kupiłam była blaszka do pieczenia-bo nie miałam rzadnej (skutek przeprowadzki)

    OdpowiedzUsuń
  5. Oj filmu nie widziałam ale czytaliśmy książkę z mężem. Odkryliśmy ją jakieś 3-4 lata temu. Próbujemy wdrożyć z mężem, nie wszystkie pomysły. Papieru toaletowego nie pozbyliśmy się jeszcze :). Fajnie piszesz. Pozdrawiam ciepło, Magda

    OdpowiedzUsuń
  6. Etno, Magdo, dziękuję za dobre słowo.

    OdpowiedzUsuń