wtorek, 26 lutego 2013

113

Temperatura rośnie, ziemia mięknie, pulchnieje, zaczyna oddychać, z jej powierzchni znikają grudkowato-lodowe strupy. Przenoszę z balkonu do mieszkania jedną z glinianych donic z zeszłoroczną, wyczyszczoną z korzeni zawartością, rozcieram palcami grudy, rozkładam nasiona, podlewam. Potem długo myję ręce. Dziś przez czarną powierzchnię przebijają się zielone pręciki. Nowy cykl - start; błąkam się po sieciowych sklepach ogrodniczych i myślę czym by tu ten start uhonorować.

***

Drugie podejście do warzonego w domu piwa - bdb. Jest równowaga w smaku, jest i gaz. R. postanawia nasz pokojowy, pachnący urobek przed zabutelkowaniem potraktować miodem; wspólnie z Dzikiem (chłopczyk podaje mi puste butelki, a ojcu - kapsle) napełniamy 40 flaszek. Oj, ta partia nie będzie stać w piwnicy tak długo jak poprzednia, a zestaw domowego piwowara, wypożyczony od K. i O., na stałe zagości w chałupie*.

***

W Mokotowskim Centrum Integracji Mieszkańców: warsztaty z efektywności osobistej. Bezpłatne, organizowane przez Fundację Rozwoju Rodziny, dofinansowywane przez miasto. Dostaję się do szczęśliwej czternastki (w pierwszym dniu publikacji ogłoszenia o warsztatach w necie zgłasza się 40 osób). Maszeruję rano przez zaśnieżone Wierzbno. Mam w sobie satysfakcję i obawę jednocześnie: czy będzie biznesowo? demagogicznie? paździerzowo? przypadkowo? z garnkami, kołdrami, banerami sponsorów?
Jest... doskonale. Czysto, uczciwie, bez prób zakamuflowanej sprzedaży.
Trenerka pewną i kompetentną ręką przeciąga grupę przez prawie trzygodzinny, intensywny proces, wygniatając grupę hurtowo i detalicznie. Zadaje domową robotę: mam przez sześć dni notować na co poświęcam każdy kwadrans kolejnej świadomie przeżytej godziny. Notuję więc. Efekt mnie zaskakuje, bo dowiaduję się o sobie czegoś nowego (niezbyt wygodnego). Kompletnie za darmo. 
- Ludzie nie szanują tego za co nie muszą zapłacić. - mówi E., aktywistka społeczna, z którą spotykam się dzień później. Ja też nie szanowałam. Kiedyś. Czy nowo nabyty stosunek pozostanie ze mną na dłużej?

* - Chałupa - właśnie. Pojawia się myśl. Tak rewolucyjna, że wręcz niedorzeczna. Na razie ją uważnie oglądam(y). To progres, bo rok temu pomysł o podobnym charakterze nie miałby szansy nabrać wyraźnego kształtu, zostałby zmiażdżony przy pierwszej próbie przeciśnięcia się z podświadomości. A teraz? Witaj, myśli, paś się, myśli, obaczym co z ciebie wyrośnie.

piątek, 22 lutego 2013

112

Intimissimi przy ruchliwej ulicy. W witrynie plakat ze zrecyklingowanego, szarego papieru. Biusthalter, tiszert, gacie. 12 zł, 8 zł, 4 zł. Zielone hasło: wspieraj recykling. Wspieraj, pozbądź się starego, a pozyskasz środki na nowe.
 
Gdy segreguję zawartość bieliźnianej szuflady, myślę o jednym: czy Intimissimi zapewniło swoim sprzedawczyniom komplety rękawiczek, w których będą przeliczać delikatne artefakty? Nie. Proceder odbywa się praktycznie bezdotykowo. Przy kasie stoi kontener, kształtem przypomina urnę wyborczą. Otwór jest zasłonięty czarnym rozciętym na krzyż kołnierzem; wciskam do środka dłoń z każdym pojedynczym dessoussem, a ekspedientka głośno liczy. - Jeden, dwa, trzy... - Bal maturalny, studenckie wakacje w Bieszczadach, prezent od mamy, prezent od M. - Dziewięć! - uśmiecha się, odprowadzając wzrokiem dłoń z ostatnią sztuką. - Nieźle, ale panie, które były u nas wcześniej, wrzucały dwa razy tyle
W kontenerze lądują jeszcze dwie złachane na śmierć bluzki. Sprzedawczyni odlicza talony; gdybym chciała z ich pomocą zrobić w Intimissimi tańsze, ekologicznie zaangażowane zakupy, musiałabym nabrać towarów za 600 zł. 
Talonów za stare majtki nie da się bowiem wymienić na nowe; można nimi jedynie regulować 20 procent należności. O ile towary nie będą przecenione, ani objęte promocją: - Nie opłaca się zużywać talonów do zakupu majtek. - ściszonym głosem mówi ekspedientka. - Trójpak ze stałej promocji wychodzi taniej.

Cała operacja zajmuje nie więcej niż 5 minut. - A teraz – uśmiecha się szeroko sprzedawczyni. - Teraz zapraszamy na zakupy*. Chowam talony do torby: - Może później?

***

- Widzę, że pani kiedyś do nas przychodziła. - młoda dziewczyna na powitalnym stanowisku Głównej Czytelni na Koszykowej biega wzrokiem po ekranie monitora. - Ale karta już dawno wygasła. 
Jestem tu po siedmioletniej przerwie. Biegam z pierwszego piętra na drugie, z powrotem, a potem jeszcze raz na dół. Formalnościom musi się stać zadość; nie mogę zasiąść przy jednym z ponad stu stanowisk, odpalić lampki z zielonym kloszem, legitymując wyłącznie dowodem. Legitymacja, rewers, indywidualny kod do wi-fi ("Proszę go nie zgubić. Jest ważny przez 5 lata"). Termosy, zawinięte w papier kanapki, cukierki – zostają przy wejściu, na półce pod kartką „Zakaz wnoszenia jedzenia i picia na salę”.
Na parterze kącik internetowy. 12 stanowisk. 90% użytkowników to mężczyźni. Na monitorach: pasjans, gra sieciowa, Allegro. Ostry zapach. Kartka na ścianie: „Szanujmy siebie nawzajem. Za niewłaściwe zachowanie wydajemy pisemny zakaz wstępu na salę”. Jeden z użytkowników podchodzi do informacji. Jest zdenerwowany, mówi głośno: - Dlaczego wyłączacie internet co 15 minut? Właśnie się zalogowałem na konto bankowe i dupa. I co mam teraz zrobić? Komputer ze mną nie współpracuje. Wymagam żeby współpracował.
Dziewczyna patrzy się na niego długo, mówi, że nic nie może z tym zrobić. Gdy nieznośny petent odchodzi, odwraca się do koleżanki: - Słyszałaś? Komputer z nim nie współpracuje. Niech sobie kupi taki co będzie współpracował. Ech. - przewraca oczami. - Tobie też się wyłącza internet?

***

Urodziny A. 
Przynoszę chleb - wyszedł doskonale, do ciasta dodałam mielonego rozmarynu. A. odkraja piętkę, smaruje masłem zmieszanym z miso. - Pycha. - oblizuje się – jaki to? - Orkiszowy. - odpowiadam. - Akurat. Nie możesz mieć pewności, co oni do tego sypią. - mówi. - Ależ wiem. Samodzielnie sypałam.

***

* Oddelegować emerytowaną bieliznę, która najlepsze lata ma za sobą, do przekwalifikowania się w materiał izolacyjny? Kusząca perspektywa. A. pisze o tym na Ulicy Ekologicznej. Zrobić to i uniknąć wmanewrowania się w niepotrzebne zakupy w chudym dla handlowców okresie (ważność talonów kończy się tuż przed startem letnich wyprzedaży)? Oddać, jak podpowiedziała mi B., talony dziecku. Niech się bawi w robienie zakupów.

niedziela, 17 lutego 2013

111

W sobotniej Gazecie Wyborczej (luksus, którego nie potrafię sobie odmówić) czytam o prezydencie Nowego Jorku, Michaelu Bloombergu, który właśnie zapowiedział krucjatę przeciwko kubkom i pojemnikom ze spienionego polistyrenu, używanym do transportowania gorących napojów i dań na wynos. Jeśli tak się stanie, Nowy Jork dołączy do miasta Portland, kalifornijskiego hrabstwa Orange oraz Tajwanu - pionierów w uwalnianiu się od styropianu. Czy miasto, które wykreowało kult picia kawy na ulicy, potrafi ten kult trwale zmodyfikować? Przegnać nie tylko styropian, ale i powlekany woskiem i plastikiem papier?

Wściekły ranek. Ciemno jeszcze, mroźnie. Peron na warszawskim Dworcu Centralnym jest pełen podróżnych. Przytupują, kulą się, siorbią z papierowych kubków ozdobionych logotypami dwóch największych potentatów na warszawskich rynku kofeiny na wynos. Świeżo odnowiony pasaż nad peronami został podzielony między gigantów: amerykański Starbucks i brytyjski Coffee Heaven mają punkty tuż obok siebie. Przez każdy z nich przepływa strumień zaspanych podróżnych. Mało kto siada przy stoliku; naparstek kofeiny, chmura pachnącej mlekiem pary, dłoń, która zgarnia z blatu papierowy kubek. Tam gdzie jest ruch, rozkwita kultura jednorazowych opakowań.

Trudno jednoznacznie uznać, kto jest autorem zjawiska „kawa na wynos”. Wiadomo, że już w XVI wieku kawiarnie w Damaszku oferowały co bardziej niecierpliwym klientom napoje w drewnianych naczynkach. Z kolei biało-niebieska Anthora, pierwszy jednorazowy kubek na kawę, zaprojektowany przez Lesliego Backa, pojawiła się w nowojorskich barach już w 1963 roku. Dziś wciąganie kofeiny na ulicy, w biegu między metrem a biurem, tak bardzo kojarzy się z nowojorskim stylem życia, że w 2012 roku "New York Times" umieścił Anthorę wśród 50 przedmiotów, które zmieniły historię tej metropolii.

 (Kłopotliwa miejska legenda - papierowy kubek Anthora, źródło: sprudge.com)

Można się oczywiście spierać o to czy Anthora ponosi odpowiedzialność za rozkwit kłopotliwego dla środowiska obyczaju picia kawy w biegu czy nie. Ten czysto użytkowy, nie naznaczony niczyim logotypem przedmiot w szczytowym momencie swojej popularności był produkowany w ilości 500 milionów sztuk rocznie. Z czasem został jednak zepchnięty z kontrowersyjnej pozycji głównego generatora okołokawowego śmiecia w stanie Nowy Jork. Zdetronizowały go papierowe i styropianowe kubki z logo popularnych sieciówek serwujących macchiato za 3 dolary. Gdy pod koniec lat 90. drobniutka, wbita w wysokie obcasy Carrie Bradshaw zaczęła przemierzać plenery "Seksu w Wielkim Mieście" z latte w dłoni, ikoną nowojorskiego stylu stał się wielki biały kubek z zielonym logo, a Anthora poszła w odstawkę.
Biało niebieski papierowy kubek z napisem "We are happy to serve you" wciąż jest produkowany, ale nie jest łatwo go znaleźć. Jego wielbiciele wymieniają się adresami miejsc w których wciąż leje się gorące napoje do Anthory. Te miejsca to na ogół małe deli, sklepiki, kawiarnie, o których można powiedzieć wszystko poza tym, że są modne, za to porcje rozwodnionej americany na wynos sprzedają za niespełna dolara.
Dziś tylko jeden z głównych graczy na międzynarodowym rynku sprzedaży kawy z pianką, czyli Starbucks, zużywa rocznie 4 miliardy jednorazowych kubków (wg Forbesa). Ale o co chodzi? Przecież dbamy o środowisko - deklarują PR-arowcy Starbucksa - już od dawna nie używamy styropianu, tylko papieru! Papierowy kubek jednak wcale nie jest lepszym rozwiązaniem niż styropianowy. Wykonany z celulolozowej miazgi, pokryty woskiem albo plastikiem (PE) nie jest, rzecz jasna, tak toksyczny jak jego kuzyn ze spienionego polistyrenu, ale rozkłada się równie opornie. Do tego jest 2,5 raza droższy i wyjątkowo łapczywy; proces jego produkcji zużywa dwukrotnie więcej wody, 12 razy tyle pary i 36 razy więcej prądu.

Alternatywą mógłby być jednorazowy kubek biodegradowalny - opatentowany przez australijską firmę Planetware PLAnet Cup. Jest pociągnięty nie plastkiem, ale biofilmem o organicznym pochodzeniu. Można go wyrzucić na kompost. Biały, idealny pod zielone logo. Można by też spróbować zaadaptować ceramiczną czarkę z nieszkliwionej, surowej glinki - wykorzystywaną w hinduskich pociągach do dystrybucji gorącego ćaju. Hindusi po jej opróżnieniu na ogół wyrzucają ją przez okno, prosto na tory. Brutalne? Okruchy wypieczonej glinki są dla środowiska mniej szkodliwe niż styropianowa kasza.

Nie życzę źle Starbucksowi, chciałabym jednak, żeby zamiast trwonić pieniądze na budowanie swego zielonego wizerunku, poszukał rozwiązania które pogodzi interesy wszystkich zainteresowanych:  koncernu, klientów i środowiska. A dopóki najwięksi światowi gracze nie zassają nowych rozwiązań, pozostaje tzw. praca u podstaw. Wciągajmy espresso za 3,5 zł przy barze (spróbujcie poprosić włoskiego operatora ekspresu, żeby przelał kawę do papierowego kubka:-)) albo tankujmy duże latte do własnych termicznych kubków. Wyobrażacie sobie Carrie Bradshaw defilującą Piątą Aleją z stalowym kubkiem Sigga w dłoni? 

Fajnym sposobem na wyrównanie ekologicznego rachunku jest notes, wyprodukowany przez Christin Ripley - wśród okładek wyciętych z zużytych kubków można też wypatrzyć słynną Anthorę:


(źródło: inhabitat.com)


***

Styropian jest wszędzie. Ze polistyrenowej pianki robi się też tacki na porcjowane mięso, plasterkowane sery oraz oczyszczone, pokrojone warzywa sprzedawane w supermarketach. Styropianowe są wytłoczki, używane przez dostarczycieli jajek (nawet tych od szczęśliwych kur) i pudełka na żarcie na wynos - również w moim ulubionym wietnamskim barze na Chmielnej. Gdy upłynie moje prywatne moratorium na żarcie na wynos, zacznę do niego jeździć z własnym słoikiem. Tak jak robią klienci realizujący w barach mlecznych bony z opieki społecznej.

sobota, 16 lutego 2013

110

Wieczorem tnę miasto w poprzek -  zawinięta w puchowy płaszcz, z winnymi wypiekami na policzkach, wracam autobusem z Żoliborza na Mokotów. Tunel na Wisłostradzie jest wciąż zamknięty (i porzucić chyba trzeba złudzenie, że zostanie tej wiosny otwarty), kierowca zahacza o Powiśle. Na skarpie tuż koło kolejowego wiaduktu – lampiony. Sylwetki na tarasie. Ruch. Prześlizguję się okiem-wzrokiem po sylwetce budynku: mrugnięcie, flara, neon „Solec”. 

To jedno z tych miejsc, które znam wyłącznie ze stron pism o dobrym życiu, przeglądanych na znajomych stolikach. I jedna z chwilowo porzuconych aktywności, za którą wciąż intensywnie tęsknię. Gdy nadejdzie 1 kwietnia, zapakuję Dzika do wózka, pójdę przez Morskie Oko na Puławską. Do obskurnej (cytując bywalców) kanciapy w której sprzedają siekane wołowe kotlety. Mówią, że są niemożliwie wręcz dobre. Nie rozczaruję się?

wtorek, 12 lutego 2013

109


Przedzieram się z mozołem przez książkę Colina Beavana. Z mozołem, bo "No Impact Man" jest dowodem na to, że da się ukatrupić najpiękniejszą ideę; wystarczy że za jej propagowanie zabierze się nieodpowiednia osoba. W jednym z rozdziałów autor opisuje swoje doświadczenie z nigeryjskim wynalazkiem do przechowywania szybko psującej się żywności. Afrykańska lodówka, czyli pot in the pot, składa się z dwóch włożonych w siebie donic, przedzielonych warstwą wilgotnej glinki. Włożone do środka żarcie, takie jak świeże mleko, korzeniowe warzywa, owoce, jadalne zielsko ma szansę przetrwać dłużej niż jedną dobę (przeciętny czas życia liści szpinaku w Nigerii). Pot-in-the pot nie zdaje na Mahattanie egzaminu; gdy Beavan umieszcza w nim na próbę mleko, kwaśnieje ono tak samo szybko jak to zostawione na stole.

Wspinając się na Turbacz, rozmawiamy z A. o korzyściach płynących z posiadania rzeczy zasilanych energią pochodzącą ze spalania ropy (wciąż, głównie). Pralka. Lodówka. Zmywarka wreszcie. Mikser. Bohaterowie żmudnej codzienności, wspólnicy w procesie kobiecej emancypacji, przyjaciele nasi wierni.

Gdy zaglądam dziś do mojej lodówki, żeby dokończyć robienie obiadu, w szufladzie odkrywam paczkę liści szpinaku o niezidentyfikowanym wieku. Kupione nie-pamiętam-kiedy w Tesco, wciąż wyglądają nieskazitelnie. Nieśmiertelnie wręcz. Wczytuję się w etykietkę. Data eksponowania: 21.01.2013. Czy szpinak z Tesco, przeniesiony z lodówki do pot-in-the pot, utraciłby swą nieśmiertelność?

***

Www.oroeco.com - aplikacja do prześwietlania producentów i dostawców usług (czy zielony? czy etyczny? jak bardzo zielony, a w jaki sposób etyczny?), a jednocześnie platforma społecznościowa. Intryguje mnie; czy jej twórcom uda się rozkręcić modę na świadome kupowanie?

poniedziałek, 11 lutego 2013

108

Wypalenie (anty)konsumpcyjne. Chwilowe - być może.

***

W Gorcach - śnieżnie, bezwietrznie. Świerki przyduszone białymi czaprakami. Polany jak równo rozciągnięte prześcieradła. Szaromleczne niebo. Kompletny brak ruchu, chu.

Dworzec w Nowym Targu jest pusty. Stary kaflowy piec, o który prawie dwie dekady temu opierałam stopy w wełnianych skarpetach oklejonych lodową krą, stoi zimny. W schronisku na Maciejowej wisi plakat, na którym Kaczor Donald zachęca do zbierania punktów i wymianyt ich na odznaki PTTK. Pod Turbaczem święto zimowych górołazów; w korytarzu śliczna, zawodowo odziana dziewczyna dyskutuje z podobnie wyglądającym chłopakiem o zaletach kubków, które same pokazują, kiedy zagotowana w nich woda ma temperaturę przyjazną dla języka. Kubki pewnie można go kupić na stoisku obok; razem z liofilizowanym żarciem, rozgrzewającymi wkładami do rękawic i nnymi dobrami. Nie przyglądam się im dokładnie; w Sklepie Podróżnika zawsze czułam się jak małpa na plantacji bananów.

Powietrze w 15-osobowej sali, w której lokujemy się z A. i jej 11-letnią córką, jest ciężkie od wilgoci parującej z przepoconych ubrań. W jednym z jej zakamarków małżeństwo dojrzałych himalaistów gotuje na maszynce owsiankę: - Pamiętasz kto miał w towarzystwie pierwszy polar? - Pamiętam, kochanie. - A szalik z tecu, który mi mama uszyła? Pamiętasz? - Pamiętam.

Siadamy przy długim stole, otoczone ładnymi, atletycznymi, profesjonalnie odzianymi ludźmi.- To co? Wybieramy się w przyszłym roku pod Annapurnę? - A. puszcza do mnie oko. - Kupię sobie nowe buty, spodnie i kurtkę. Wciętą w pasie. O tak, kurtkę też sobie kupię.

***

W domu - wiosna. Choinka z elektrośmieci właśnie puściła świeże, zielone pędy.

poniedziałek, 4 lutego 2013

107

11. miesiąc, a konsumpcyjny detoks wciąż trwa. Przerzuca mnie co jakiś czas na stare, wygodne tory, wyłożone uniwersalnym środkiem płatniczym. Decydując się na rozwiązanie, które ma określoną cenę, prześlizguję się gładko nad własnym zmęczeniem, niepunktualnością, kreatywną blokadą. W poszukiwaniu bezpłatnej przestrzeni do pracy, która nie będzie moim własnym domem, wypełnionym energiczną obecnością dwuipółletniego chłopczyka, od ponad 10 miesięcy tułam się po parkach, ławkach,  zaprzyjaźnionych redakcjach, znajomych mieszkaniach i biurach, moszczę się z laptopem na dworcach, lotniskach, w środkach publicznego (długodystansowego) transportu i we własnym, zaparkowanym w bezpłatnej strefie aucie. Testuję każde rozwiązanie, jakie mi przyjdzie do głowy. Ponieważ jednak żadne z nich mnie nie satysfakcjonuje, pierwszym pomysłem, który niezmiennie do mnie puka, gdy mam popracować poza domem, jest kawiarnia. Sio, kawo ze spienionym mlekiem sojowym! Sio, herbato darjeeling! Gdzie jest moja włosiennica?
Wciskam się w nią dziś, gdy mam do zagospodarowania trzy godziny - rozciągnięte w szpagacie między Mokotowem a Żoliborzem. Powrót do domu jest nieergonomiczny; przystanek u M., która mieszka niedaleko dzikowego żłobka, dziś niemożliwy. Gdy w desperacji dochodzę do wniosku, że czas się przeprosić z darmową przestrzenią któregoś z warszawskich centrów handlowych (jedno z krakowskich już pod tym względem oswoiłam), doznaję iluminacji. W 11. miesiącu nie-kupowania przypominam sobie o istnieniu cichych i przyjaznych przestrzeni do pracy, czynnych do 20:00, wyposażonych w wi-fi, gniazdko z prądem, a nawet stół do cichego spotkania z ewentualnym partnerem w pracy. Darmowych. Eureka. Nowa ścieżka w głowie otwarta - dlaczego tylko tak długo trwało jej wytyczanie?

Ostatni raz korzystałam z czytelni jakieś 10 lat temu, gdy ani zasoby dostępnej w sieci wiedzy, ani prędkość jej transmisji nie były oszałamiające. Amazon odstraszał od zakupów gigantycznymi opłatami za wysyłkę do Polski, nikt nie słyszał o elektronicznym atramencie, a twórcy serwisu chomikuj.pl nie mieli jeszcze dowodów osobistych. Wpadałam wówczas dość często do Biblioteki Narodowej i mimo, że proces zamówienia książki i dostarczenia jej z magazynu ukrytego w podbrzuszu gmaszyska na wyłożony zielonym suknem stół zajmował nieraz i 40 minut, nie czułam, że marnuję czas.

Dziś dostęp do drukowanego słowa, potrzebnego w pracy, zapewnia mi sieć. Wystarczy odpalić Paypal, a mogę zassać, z pomocą Kundelka, niemal każde opublikowane kiedyś zdanie. Mogę to zrobić legalnie, korzystając z oferty dużych i małych wydawców, księgarń, portali aukcyjnych, archiwów albo piracko - bynajmniej nie darmo (fakt, że Chomikuj.pl pobiera forsę za dostęp do treści, do których nie ma praw, nieustannie mnie zadziwia).
Dziś jednak dostęp do ogromu ogólnoświatowej myśli nie jest, mówiąc oględnie, moim priorytetem. Bunkruję się w Czytelni Naukowej na Woli z innego powodu. Potrzebuję miejsca dla siebie i swojego laptopa. Wnętrze na pierwszy rzut oka wygląda oldskulowo, ale to pozory. Procedura uzyskania dostępu jest banalnie prosta, rewers - tak skromny, że wypełnia się go w kilka sekund, sieciowy katalog przejrzysty, książki wyjeżdżają z magazynu w ciągu 5 minut. Gdy przepraszam bibliotekarkę, że zapomniałam wpisać swojego imienia i nazwiska do zbiorczego rewersu, ta mówi: - Nie szkodzi. To nieistotne.
Rewolucja?

Po powrocie opowiadam R. o jednej z książek, którą zamówiłam, żeby zamaskować swoje rzeczywiste intencje. "Skonsumowani" zaczyna się sugestywnym opisem marketingowej tresury, której są poddawani coraz młodsi użytkownicy produktów współczesnej kapitalistycznej gospodarki. - Ten trening ma też dobre strony. - mówi R. - W Gazecie przeczytałem, że moda na aifony sprawiła, że w niemieckich miastach spadła ilość samochodów. Rower się lepiej komponuje z ajfonem.

Kusząca jest myśl, że konsumpcja mogłaby być drogą do lepszego życia.

niedziela, 3 lutego 2013

106

Styczeń mija spokojnie.

Na odbudowanie żywieniowo-higienicznych zapasów wydajemy ok. 1100 zł - razem ze składnikami do kolejnego domowego nastawu piwnego.
Wyprawy do apteki kosztują nas 80 zł. Benzyna w mieście, bilety (kwartalny R. i moje pojedyncze przejazdy): 560 zł.
Zakupów rzeczowych - wciąż brak. Poza jednym incydentem. W połowie miesiąca oglądamy dokumentalny film o Colinie Beavanie i jego rodzinie, która przez rok starała się zminimalizować swój wpływ na środowisko - chwytając się wszystkich możliwych rozwiązań. Łącznie z wyłączeniem prądu w swoim położonym na 9. piętrze apartamencie na nowojorskiej Piątej Alei, praniem przez ugniatanie oraz rezygnacją z kawy i srajtaśmy. Po seansie dopadam do komputera i czeszę net w poszukiwaniu książki. Znajduję używkę, na ibeju - w kuszącej cenie 0.99 funta (normalne wydanie kosztuje ok. 16 dolarów). Biorę. Razem z wysyłką płacę 24 zł. To moja druga, zakupiona w tym roku książka (po ciężkostrawnym socjologicznym eseju o darze, autorstwa Marcela Maussa). Nie odnotowuję wyrzutów sumienia.

Wyjazd, rata obowiązkowego rocznego ubezpieczenia, półroczny rachunek za prąd, który reguluję z dezynwolturą, nadgryza nasz ustabilizowany miesięczny budżet. Znów nurkujemy; rachunek świeci na czerwono. Biorę nadprogramowe zlecenie.

***

M. urządza imieniny. Spotykamy się przy okrągłym stole na Żoliborzu, w kobiecym gronie. Talie, włosy, rzęsy, pachnące zagłębienia za uszami. Bransoletki, obcasy, tatuaże. Wino. Gdy przed wyjściem wygładzam na udach ulubione zielone rajstopy, zauważam jak bardzo są pozaciągane. Staram się schować pod pudrem przednówkowe zmęczenie. Rezygnuję z kresek na powiekach - dziwnie wyglądają z niewytuszowanymi rzęsami. Tuż przed wyjściem wpinam w uszy jedne z najładniejszych kolczyków, jakie mam. - Ostatnio, podczas jakiejś sesji z modelkami, spojrzałam na siebie w lustrze. - opowiada M., szefowa działu w znanym kobiecym tytule. - I zobaczyłam jaka jestem szara. Od razu zapisałam się na migdałowy peeling.
O tak, mi też przydałby się peeling - najlepiej dwa w jednym, zewnętrzny i wewnętrzny, polerujący zwoje. Są bardzo zmęczone. A jakie zwoje, taka (anty)konsumpcja.