czwartek, 3 stycznia 2013

98

Strefa komfortu - obijam się wciąż o nią. I odbijam.
Gdy wychodzę z niej, idąc za antykonsumpcyjnym wezwaniem, na ogół odnajduję coś zaskakującego. Bywa, że gorzkiego. Zawsze związanego z kawałkiem wiedzy o samej sobie.
Gdy w niej zostaję, proces uczenia się ulega zamrożeniu. Ale nie zawsze.

Strefa komfortu łomocze mi w głowie, gdy wjeżdżamy w kolejny kilkukilometrowy tunel na trasie autostrady, prowadzącej do lombardzkiego Como, gdzie mamy spędzić Sylwestra i cały pierwszy tydzień 2013 roku. Jedziemy nie autostopem, nie autobusem, nawet nie samolotem, tylko własnym, świeżo na tę okazję umytym autem (za trzy wyskrobane z dna szuflady, zakupione wieki temu żetony do Niebieskiego Słonia; to było wyjątkowo błyskawiczne i ekonomiczne mycie). "Mówisz, że antykonsumpcję uprawiasz?" - uprzejmie pyta dr socjologii, z którym kilka dni wcześniej robię wywiad o mechanizmach sterujących przysługą, a w drzwiach wyjściowych, już na endorfinowym rauszu zwierzam się z narciarskiego planu. 1567 km w jedną stronę. Przez parapet zamontowany na dachu: jakieś 140 litrów bezołowiowej. Odcisk węglowy głęboki jak kopalnia odkrywkowa w Bełchatowie. Antykonsumpcja, hę?

- Dlaczego nie udało nam się zrezygnować w tym roku z nart?
- Dlaczego ty nie zrezygnowałaś - nie wiem. Ja nie jestem w stanie zrezygnować z wszystkiego. Odpuściłem tenisa, siatkówkę, nie poszedłem na kurs jazdy motocyklem.
- A czy wyobrażasz sobie, że przejeżdżamy te półtora tysiąca kilometrów i odpuszczamy? Nie odpinamy sprzętu, zamiast na stok idziemy nad jezioro?
- Oszalałaś, kobieto.

Wślizguję się z powrotem do strefy komfortu; najwyraźniej nie da się z niej wyślizgnąć na parapecie.

Marina i Claudio, nasi obecni gospodarze zdecydowanie zadbali o to, abyśmy na tydzień mogli zapomnieć o dylematach związanych z wchodzeniem i wychodzeniem z gastronomicznej strefy komfortu. Ich dom jest tak wyczyszczony z przedmiotów, że wygląda jakby nikt w nim nie mieszkał. Poza kuchnią. Nigdy nie widziałam tak uporządkowanej, a jednocześnie obfitej - pod każdym względem - kuchennej przestrzeni. Szuflady są pełne kuchennych utensyliów, po których widać, że nie próżnują, kredensy - talerzy, waz i filiżanek, lodówka i szafki są załadowane poligonowymi zapasami żarcia. Na stole stoi owinięty w folię kosz z lombardzkimi przysmakami. Obok list: "Wszystko, co co znajdziecie w lodówce i szafkach, jest wasze".

Oprócz kosza, nasi gospodarze zostawili nam też kalendarz na 2013 rok, z widokami znad jeziora Como. Pewnie nie zdają sobie sprawy, że nieświadomie rozwiązali największy z mych aktualnych dylematów konsumpcyjnych.

 (zródło: Fun & run)

2 komentarze:

  1. Nie konsumujesz przeżywasz to dobrze! A komfort warto mieć w głowie.. Spłycam czy nie rozumiem? Nie wiem, jestem bardzo na początku z minikonsumpcjonizmem. Tak czy owak dobrze Cię czytać.

    OdpowiedzUsuń