wtorek, 15 stycznia 2013

101


Najtańszy pojedynczy bilet komunikacji miejskiej w Helsinkach kosztuje 1,8 euro (ok. 7,5 zł). Fakt posiadania dziecka w wózku zwalnia z opłaty. Za podobny bilet w Mediolanie trzeba zapłacić 1,5 euro (ok. 6 zł), w Berlinie 2,4 euro (ok. 10 zł), a w Lizbonie: 0,81 euro (3,3 zł).

W Bratysławie jeździ się za 0,9 euro (ok. 3,7 zł). W Wilnie pojedynczy przejazd komunikacją miejską kosztuje 2 lity (ok. 2,4 zł), w Budapeszcie: 250 forintów (ok. 3,5 zł). Mieszkańcy estońskiego Tallina od stycznia tego roku jeżdżą za darmo.

W Warszawie, od stycznia tego roku porównywalny pojedynczy bilet na autobus, tramwaj lub metro kosztuje 4,4 zł. Dodatkowo: od 10 lutego metro zacznie w weekendy szybciej kończyć pracę.

Średnie wynagrodzenie w Polsce w 3. kwartale 2012 roku wyniosło 3510,22 zł*, czyli ok. 2512 zł netto. Przeciętnie zarabiający Polak mógłby więc swoją wypłatę przeznaczyć na 570 nowych biletów warszawskiej komunikacji miejskiej.
W tym samym okresie mieszkaniec Finlandii zarobił przeciętnie 2320 euro na rękę**. Stać go więc było na 1300 przejazdów stołecznymi środkami transportu. O ile nie posiadał wózka z dzieckiem.

R., który codziennie dojeżdża z Mokotowa na bliską Wolę, jest właścicielem sieciówki, ja, która z komunikacji korzystam sporadycznie - nie. Żeby odebrać Dzika z odległego o 10 km żłobka, muszę zainwestować 8.8 zł w bilety. Chyba, że chcę sobie, korzystając z metra, skrócić podróż. Kupuję wówczas bilety czasowe, za które płacę, w zależności od wiatrów, różnie: od 9,2 do 13,6 zł za wyprawę. Gdy jadę po chłopczyka autem, płacę za benzynę trochę więcej niż 10 zł.

***

Kilka dni temu mój syn-eksperymentator najpierw rozkręcił, a potem wyrzucił do kibla jedyny tusz do rzęs, jaki mi został. Tusz był wprawdzie lekko już przyschnięty, ale wciąż dawał radę. Być może jego sentymentalno-arystokratyczne pochodzenie (Hela Rubinstein - prezent od A.) sprawiło, że przyszła mi do głowy brawurowa myśl, aby go wyłowić, osuszyć i zdezynfekować. Pozwoliłam jej rozsiąść się w mojej głowie, a potem (s)puściłam ją wolno. Zwłaszcza że w dziedzinie w której dopiero co rozpłaszczyłam się na kolejnej (anty)konsumpcyjnej ścianie, tusz kompletnie nie zdaje egzaminu.


* GUS
** stat.fi


36 komentarzy:

  1. Na poprawę nastroju po stracie tuszu:)
    http://kacper854.wrzuta.pl/audio/73PsaqSqKHe/pan_kazimierz_-_helena_rubinstein

    Ale mam dziś głupawę-minimalistyczną, bez wspomagaczy:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dlatego wydaje mi się, że ten minimalizm w warunkach polskich, to hmm... coś bardzo przyszłościowego - najpierw trzeba się nasycić, żeby potem sobie fundować dietę/post.
    A piosnka dobra :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bilety są drogie. Wypad do Wawy to dla nas w tej chwili prawie 20 zł. Każde wyjście do kina, na koncert albo spotkanie ze znajomymi obarczone jest taką opłatą.
    Mamy też pociąg podmiejski, ale jego ceny to już w ogóle kosmos (chyba, że ktoś wycygani jakąś promocję - to się zdarza). Przejazd 2 stacji w jednej strefie - 5,20 zł. Dojazd do centrum - ponad 10 zł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak można wycyganić promocję na pociąg podmiejski?

      A z innej strony: podliczamy właśnie z chłopem koszt 2 tygodniowych zimowych wakacjach przeżytych tak bardzo antykonsumpcyjnie jak się dało i wychodzi nam na to, że koszt samochodowego transportu (Warszawa-Lombardia-Podhale-Warszawa) zeżarł nam jakieś 70% budżetu.
      Zimowego autostopowania z dwulatkiem sobie nie wyobrażam:-) A czy ktoś z Was korzystał kiedykolwiek z car-pooling?

      Usuń
    2. O promocję w pociągu po prostu trzeba zapytać. Kiedyś np. konduktor sprzedał mi tańszy bilet, bo było po 18 (u nas nie ma kasy, kupuje się u konduktora). Warto się dowiadywać o te promocje, czasem wychodzi 2 razy taniej.
      Koszty przejazdu - to normalne, że są najwyższą pozycją, gdy jedzie się gdzieś dalej. Podczas naszych wyjazdów w Alpy (zawsze 4-5 osób w aucie), łącznie z winietami i opłatami za autostrady to największy koszt. Poza tym śpimy na dziko, albo na tanich kempingach albo gdzieś w górach, a jedzenie mamy własne.

      Usuń
    3. Źle policzyłam. Dojazd do centrum to 4 bilety na głowę, czyli dla naszej dwójki 8 biletów. Wychodzi co najmniej 27,20 zł na biletach czasowych. W razie korków 20-minutowe nie wystarczają i potrzebujemy 35,20 zł.

      Usuń
    4. a nie macie czegoś takiego, że przy bilecie liczy się czas według rozkładu a nie rzeczywisty? np. na rozkładzie jest że z punktu a do punktu b jedzie się 20 min. to kupuje się bilet na 20, nawet jesli się jedzie 30...

      Usuń
    5. To ciekawe, o czym piszesz, dość, ekhm rewolucyjne:-) odkąd świadomie korzystam z komunikacji miejskiej, wydaje mi się, że liczy się czas, który upłynął od skasowania biletu, wybitego przez kasownik na kartoniku.

      Usuń
    6. Też mi się tak wydaje. To problem pasażera, że stoi w korku, w końcu może kupić droższy bilet jednorazowy i się nie przejmować. Szkoda gadać nawet. :(

      Usuń
    7. wydaje mi się że tak było na początku jak wprowadzili bilety czasowe we wro, ale jak patrzę teraz na regulamin to faktycznie liczy się czas od skasowania.

      a w ogóle we wro jest jeden totalnie absurdalny przepis, który mówi, że jak przesiądziesz się z wagonu do wagonu w tym samym tramwaju (czasem się zdarza, jak jada jakieś agresywne osobniki, ktoś śmierdzi itp.) to musisz skasowac nowy bilet :/

      Usuń
    8. U nas też tak kiedyś było, każdy wagonik miał swój wzór kasownika. Jak jest teraz - nie wiem, w końcu są elektroniczne, może są zakodowane jednakowo?

      Usuń
  4. Lo, dzięki za osłodzenie straty!
    Pelasia, chodzi Ci o nieadekwatne ceny biletów? Bo ja widzę inny problem: trudno namówić ludzi, żeby przesiadali się z aut do autobusów, skoro jest to, w porównaniu z korzystaniem z własnego auta, zwyczajnie mało opłacalne.
    Jeśli hipotetyczna warszawska rodzina (2 + 2, dzieci w wieku szkolnym, jedno kompaktowe auto) staje przed wyborem: 300 zł miesięcznie na benzynę albo na bilety sieciowe dla wszystkich, to co wybiera?
    Ekonomia wygrywa z ekologią.

    I jeszcze coś: internetowy komunikat ZTM poświęcony zmianom cen zaczyna się od festiwalu inwestycji - nowe autobusy, tramwaje, buspasy, pętle, kasowniki, biletomaty. Ponad 4 mld złotych wydane w dwa lata - no to teraz trzeba, pasażerze, za to zapłacić.

    OdpowiedzUsuń
  5. Wiesz co, nie tylko o ceny biletów, ale raczej o stosunek wysokości zarobków do kosztów życia, choćby i najskromniejszego.

    To, że ceny komunikacji nie są konkurencyjne dla własnego auta, to swoją drogą. Chociaż nie wiem, czy tak do końca, bo cena posiadania własnego auta to nie tylko benzyna.

    Średnie wynagrodzenie ma to do siebie, że jest średnie, pytanie, jaki procent osób takie ma, jaki poniżej, a jaki powyżej. Nie znam danych statystycznych, ale na mój "zdrowy rozum" to jest trochę bogatych, trochę średniozamożnych i cała masa tych poniżej. I ci poniżej to mają po prostu niedosyt, i nie w głowie im minimalizm, tylko wydostanie się z ograniczającej (realnie lub w ich mniemaniu) perspektywy niezamożności/biedy/ubóstwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne. Masz rację. Średnie wynagrodzenie to tylko czynnik statystyczny. Nie ucieknie się od piramidy potrzeb. Koszt amortyzacji samochodu może przekraczać koszt benzyny wlewanej do baku. To wszystko prawda, nie zmienia to jednak faktu, że są w Europie miasta (bardziej i mniej zamożne), które tak operują cenami biletów, żeby zachęcić ludzi do korzystania z komunikacji miejskiej (przykład: Helsinki albo Tallin) i są takie, które mimo deklaracji zaangażowania, nie potrafią się do tego zabrać (przykład: Warszawa).

      Usuń
  6. zawsze unikałam komunikacji miejskiej jak tylko sie dało (rower, napęd nożny) bo mi było szkoda kasy, ale od kiedy nie mam legitymacji studenckiej koszty są wręcz PRZERAŻAJĄCE. pkp i innych przewoźników z resztą też.

    OdpowiedzUsuń
  7. Jeźdżę na gaz.Dziennie pokonuję ok 60 km tam i spowrotem to miesięcznie daje 1200km. Przyjmując cenę gazu na poziomie 2,70 miesięcznie paliwo kosztuje mnie 250zł czyli 1km ok 0,21 groszy.
    Przejazd tramwajem na bilecie czasowym 20 min 5 km kosztuje 2,80zł czyli 0,56 groszy. Więcej km na tym bilecie chyba się nie da, a i tak ilość km jest chyba zawyżona.
    Nikt mnie nie zachęci do jeżdżenia środkami komunikacji miejskiej.

    OdpowiedzUsuń
  8. Twoje wyliczenie jest bardzo obrazowe.

    OdpowiedzUsuń
  9. Już nie mówiąc o terenach wybrakowanych transportowo. Przykład: żeby przejechać komunikacją publiczną z Piaseczna do Grodziska Mazowieckiego (30 km), trzeba jechać przez Warszawę. Zajmuje to, w zależności od układu szanownych pociągów w rozkładzie, 1,5-2 h. Policzcie, ile czasu zajmuje samochodem.

    OdpowiedzUsuń
  10. No, ale właśnie - a koszty amortyzacji auta, parkingi, ubezpieczenia, naprawy, a nawet... mandaty? Nie jestem przekonana co do tego, że naprawdę wychodzi taniej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, o kosztach eksploatacji nie należy zapominać. Uśrednionych, bardziej lub mniej. Innych w zależności od tego jak paliwożerne i awaryjne jest auto, jaki jest dystans do pokonania, czy punkt docelowy jest w strefie płatnego parkowania. Nie biorę się za uśrednianie (choć chętnie bym przeczytała jakieś opracowanie na ten temat), piszę o swoim osobistym doświadczeniu. 10-letnie auto, chwilowo nie awaryjne, średnio żarte, które niezależnie od tego czy zostanie wykorzystane do transportowania dziecia ze żłoba czy nie, musi zostać ubezpieczone, technicznie sprawdzone, olejem namaszczone. Gdy znajduję się więc w sytuacji tu i teraz, przed konkretną trasą do pokonania, z konkretną forsą do wydania, przed wyborem: auto czy autobus, widzę, że rozsądniej (z ekonomicznego punktu widzenia) jest wybrać auto.

      Usuń
    2. Hm, chodziło mi bardziej o długodystansowe myślenie. Bo rozumiem, że nie bierzesz pod uwagę ubezpieczenia, parkometrów i ogólnie tego, co mieści się w pod pojęciem "eksploatacja auta", tylko samą benzynę, którą spalisz na konkretnej trasie? Jakoś trudno mi uwierzyć, że nawet średnio żrący samochód kosztuje miesięcznie mniej niż 100 zł, czyli tyle, ile bilet miesięczny. Miejski, na jeną strefę, już po podwyżce.

      Usuń
    3. Też mi trudno w to uwierzyć. Toteż piszę że w średnio żrący samochód, przeciętnie eksploatowany w Warszawie, trzeba miesięcznie wlać jakieś 250-300 zł w benzynie (w gazie mniej). Jeśli auto jest używane do transportowania jednej osoby, która kursuje 5 razy w tygodniu z Tarchomina na Ursynów (skrajny przykład, tak) to z pewnością tej osobie bardziej będzie opłacać się zakup sieciówki.
      Ale ja nie jestem taką osobą. Przy moim trybie życia, sporadycznym kursowaniu po mieście, kupowanie biletów się słabo kalkuluje. Ale i tak je uparcie kupuję:-)

      Usuń
    4. A czy wiecie, że komunikacja miejska jest dotowana z budżetu miasta. Tak naprawdę jednorazowy bilet miejski kosztuje ponad 10 PLN, 4 PLN płaci pasażer, a 6 jest z podatków. Zamęt jaki chcę sasiać jest taki: realny koszt przejazdu komunikacją miejską jest większy niż przejazdu samochodem. Skoro chcemy uwzględnić ubezpieczenie samochodu, olej, płyn do spryskiwaczy itp. itd, to rzetelnie przyjrzyjmy się ile kosztuje nas komunikacja miejska jako pasażerów i podatników.

      Usuń
    5. Racja. Przyglądamy się:-)

      Usuń
  11. Szast, bilety w Lizbonie są takie "tanie" też np. chociażby z tego powodu, że jest tam bardzo słabo rozwinięta komunikacja. Zdaję sobie sprawą - jako stały użytkownik wszelkich pojazdów jeżdżących w Warszawie - że bywa mało komfortowo, ale jednak tramwajów i autobusów jest masa (metro dyplomatycznie przemilczę ;)) i autentycznie zazwyczaj turyści z zagranicy są tym miło zaskoczeni.

    OdpowiedzUsuń
  12. hihi, a ja właśnie piszę (powoli) o absolutnie odwrotnych spostrzeżeniach dla mojej osoby...Dodaję do tego również wyliczenia, więc ciekawie będzie sprawdzić jak to wychodzi w porównaniu.

    OdpowiedzUsuń
  13. Jestem bardzo ciekawa, ale tak rzeczywiście z uwzględnieniem wszystkiego?
    Ja naprawdę przepraszam wszystkich bardzo, bardzo, ale mam takie wrażenie dość często jako obserwator, że sporo rzeczy jest tutaj takich niby-minimalistycznych - tzn. odczuwam to tak, że niemożność wyjścia poza strefę komfortu tłumaczy się tym, że właściwie jest taniej pozostać przy starych przyzwyczajeniach. A jak eksperyment, to eksperyment ;) Chciałabym zobaczyć, jak to jest naprawdę tanio wakacjować z dzieckiem, bo nie bardzo przekonuje mnie jedynie wymiana domów, skoro jedzie się daleko i w drogi rejon, jak tanio żyć w mieście, ale tak, żeby to oznaczało nie tylko niekupowanie i wymiankowanie. Może się czepiam, ale przestało mnie to przekonywać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gosia, nie jestem specjalistką ani od minimalizmu, ani od taniego życia. Najbardziej interesuje mnie świadoma konsumpcja. Dlatego przyglądam się temu jak właśnie nie-kupowanie wpływa na moje życie, decyzje i myślenie. Poznaję swoje ograniczenia. I tak, komfort bywa jednym z nich.

      Aube, bardzo jestem ciekawa Twoich wyliczeń.

      Usuń
  14. OK, przyjmuję :) Widzisz, jako obserwator eksperymentu pragnę krwi ;) Rzecz jasna.
    I tak mnie naszła refleksja - czym ten minimalizm jest? Czy założenie jest takie, że może być czym innym dla każdego? Każdy ma rzeczywiście inne granice? Z mojej perspektywy są jakieś rzeczy, które są dość uniwersalne - albo mogłyby być - w minimalistycznym życiu. Dlatego się wtryniam w bloga. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Minimalizm zakupowy w wydaniu moje rodziny i w wydaniu moich wspólników, to próba ograniczenia klasycznej konsumpcji - do tego co niezbędne. Każdy z nas po swojemu definiuje kategorię "niezbędności", do tego żadna z tych definicji nie jest stała. Różnimy się, niewątpliwie, zmieniamy się, też - jak bardzo? dlaczego? To jest ciekawe.

      A Ty? Myślisz, że wszyscy ludzie mają takie same granice? Czego dotyczą te uniwersalne zasady o których wspominasz? To też ciekawe.

      Usuń
  15. Nie, właśnie nie - i to jest najciekawszy, moim zdaniem, aspekt eksperymentu. Bo każdy startuje z innego pułapu. Ale są według mnie rzeczy, które, żyjąc w mieście, pominąć - kiedy podejmujemy eksperyment minimalistyczny - trudno.
    I to jest to, o czym pisałam wyżej - czyli przede wszystkim próba przejścia na transport miejski, pieszy albo rowerowy. Ale tak zupełnie, chociaż na jakiś czas. Mam szefową, która z Gocławia chodzi na piechotę na Mokotów, i kolegę, który codziennie przemierza dystans z pl. Hallera do Blue City - to opcja ekstremalna, ale pokazuje, że się da nawet tak ;) Gdyby ktoś chciał - również w Warszawie. To zakorkowane, zadymione miasto wyglądałoby inaczej, gdyby ludzie zechcieli się przesiąść z dwóch aut na rodzinę. Nawet w tych niezamożnych za bardzo jest to dość zauważalny trend.
    Dwa to dotarcie na wakacje - i teraz pytanie, co jest najbardziej mini, zarówno pod względem ekonomicznym, jak i ekologicznym. Czy zabranie dodatkowego pasażera do auta? Czy przelot? Czy może podróż koleją? Wybierałabym chyba spośród trzech opcji.

    A jak widzisz - jeśli mamy dzieci - ekonomiczne spędzanie z nimi czasu? Mam tu dylemat - Warszawa oferuje masę zajęć, ale to wszystko kosztuje. Nawet głupie wyjście do dziecięcej knajpki to 10-12 zł za latte czy coś w tym stylu, co kupić wypada, skoro już wchodzisz. Więc może jakieś organizowanie się w małe grupy i robienie sobie zimą takich placów zabaw u siebie w mieszkaniu?
    I opieka nad dziećmi, kiedy już trzeba pracować. Bo to mi np. zjada sporo pieniędzy.

    Tak naprawdę zastanawia mnie najbardziej nie to, czy pójdę do sklepu i kupię sobie ciuch, czy go nie kupię, tylko skupienie się na tych większych rzeczach, które zjadają najwięcej kasy i są mało eko. Bo ta ekologia w minimalizmie jest, no jest.

    OdpowiedzUsuń
  16. Tak, rezygnacja na rok z ciuchowego szopingu to banał. Wyzwania są gdzie indziej – do tego o czym piszesz, dorzuciłabym jeszcze dwie dziedziny: zdrowie i życie towarzyskie.

    Transport po mieście - dużo już w temacie napisałam. Ale powtórzę: jestem za zostawieniem auta w garażu i przesiadką na transport publiczny albo rower. Od 10 miesięcy próbuję to robić, dyskutując ze swoją wewnętrzną potrzebą komfortu (oraz niezorganizowaniem, - pośpiech, obok komfortu, to kolejny czynnik dezorganizujący). Wiosną szło mi to opornie, latem i jesienią - dużo lepiej. Gdy przesiadłam się na rower, byłam onieśmielona, ale z czasem poczułam się na tyle swobodnie, że śmigałam niemal wszędzie z chłopakiem w siodełku. Teraz jest różnie. Ostatnio rozmawiam z sobą o zimowym rowerowaniu.

    Transport długodystansowy - wciąż się przez tę kwestię przegryzam. Przy każdym wyjeździe. Jeżdżę, jeździmy - biorąc pod uwagę średnią krajową - dość sporo i za każdym razem odbywamy długą rozmowę na temat tego jak to zorganizować (i czy w ogóle organizować).
    Przerabialiśmy różne opcje: tani samolot+kolej+wynajęte auto, kolej solo, kolej+PKS, autobus długodystansowy, własne auto w Polsce i zagranicą. Załapaliśmy się nawet na OLT - było to ekonomiczne (finansowo i czasowo), ale czy ekologiczne? Nie sądzę.
    Planując podróż do Helsinek, sprawdziliśmy połączenia promowe. Były droższe niż rejsowe połączenie LOTu, więc wybraliśmy samolot.
    Jadąc do Włoch, zrobiliśmy dokładny research. Autokar odpadł w przedbiegach. Tani przelot w interesującym nas terminie nie był wcale tani. Dodatkowo, gdybyśmy chcieli zabrać własny narciarski sprzęt, musielibyśmy dopłacić za nadbagaż. Bardzo ciekawie wyglądała podróż pociągiem. Dojazd sypialnym z Warszawy do Mediolanu (z przesiadką w Bazylei) kosztowałby jakieś 2500 zł za naszą trójkę, ale trzeba by do niego doliczyć koszt dotarcia z Mediolanu do naszej wsi, no i poruszania się na miejscu. Wybierając auto, przez 2 tygodnie na benzynę, opłaty autostradowe, olej i wymianę jakiejś części układu hamulcowego, która się nam zużyła tuż przed dojazdem do Bratysławy, wydaliśmy mniej więcej właśnie tyle. To nie był jakiś super deal i powiem Ci, że do tej pory żal mi, żeśmy tej rodzinnej, 20-godzinnej pociągowej podróży nie odbyli. Jednocześnie jednak wciąż mam w pamięci zeszłoroczną transkontynentalną podróż z niespokojnym Dzikiem na jednym fotelu, pamiętam też niewygodny romantyzm wspólnego nocowania na wąskiej schroniskowej pryczy. Wolałabym tego doświadczenia na razie nie powtarzać. Zarówno PKP, jak i Szwajcaria nie pobierają opłat za bilety dla małych dzieci - PKP do 4 roku życia, Szwajcaria do 3 roku, no ale oznacza to, ze przez całą podróż trzymasz bąka na kolanach, w ramionach, ew. bierzesz go na klatę. Na obecnym etapie jest to mówiąc oględnie, trudne doświadczenie. Ponieważ jednak jestem łasa na kulturowe klisze (a romantyczna podróż pociągiem przez Europę jest jedną z nich), gdy syn podrośnie, z pewnością będę lobbować za pociągami. Mimo, że ekologiczny aspekt pociągowych podróży jest również dość dyskusyjny.

    Jest jeszcze coś: wyjeżdżając z dzieckiem na wakacje, które mają z założenia być antykonsumpcyjne, zabiera się mnóstwo rzeczy. Po to żeby nie musieć niczego kupować na miejscu. Mamy auto z niewielkim bagażnikiem, dlatego, choć jadąc do Włoch, rozważaliśmy carpooling, faktycznie nie mieliśmy gdzie tego dodatkowego pasażera upchnąć. Jak więc widzisz, decyzja jest wypadkową wielu czynników, nie ma tu jednoznacznie "dobrych" rozwiązań, a szlachetna idea ograniczenia konsumpcji może stać się w pewnym momencie pułapką.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ciąg dalszy, bom przekroczyła odpowiedzią limit:

      Czas z dziećmi - szukam darmowych zajęć, umawiam się z rodzicami innych dzieci na dworze, uprawiam to co nazywasz "wspólnym robieniem domowych placów zabaw", albo często po prostu zapominam o tym, że Warszawa oferuje masę zajęć i zamiast nich oferuję Dzikowi swoją obecność. Wciąż myślę czule o idei zawiązania koła wzajemnej opieki nad dziećmi:-), choćby w podgrupach. Święta minęły, warto by się znów spotkać.

      Co do związku ekologii z nie-kupowaniem, nie zawsze jest on tak oczywisty. To szeroki temat, przyglądam mu się.

      Usuń
  17. Dzięki, szast, za tak długą odpowiedź! Rzeczywiście dużo w tym racji. Ja jestem bardzo mało odważna w temacie podróżowania z dzieckiem, dlatego na razie jeździmy oddzielnie. Ciekawe, kiedy nastąpi taki moment, kiedy zabranie dzieciaka do pociągu okaże się komfortowe? Kiedy ma 5 lat? 6?
    Ja zawsze zapraszam w nasze progi. Jeśli chcesz się spotkać mamowo, może jakaś pizza na Praszce, co? W każdym razie ja również bardzo ciepło myślę o wymianie mamowego czasu i chętnam na spotkanie. :) Absolutnie - jeśli są chętnie - warto ruszyć temat.
    Co do innych dziedzin - fakt, zdrowie, a szczególnie... dentysta. Życie towarzyskie - też. Gdzie te homingi?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ proszę, specjalnie dla Ciebie się postarałam:-)

      Dylematów jest mnóstwo, nie tylko takich, w których wybór oznacza przejście z jednej strefy do drugiej. Teraz na przykład stoję przez wyborem:
      a. pociąg do Zakopanego, a potem partyzantka z przedzieraniem się transportem publicznym (autobus + but + wyciąg narciarski:)). wartość dodana: towarzystwo kogoś, kogo lubię.
      b. pociąg do Krakowa, samochód pod próg w ramach carpoolingu, z przyjaciółką za kierownicą.

      i tak dobrze, i tak mądrze, i tu ekonomicznie, i tam ekologicznie. czuję się jak ośmiornica po zejściu z karuzeli:-)

      Spotkanie - bardzo chętnam. Ruszenie tematu - postaram się coś zrobić w tym zakresie. Dobrze by było, gdyby z grupy roboczej wyłoniła się liderka. Może Ty?

      Usuń
  18. OMG, nie, nie, ja się na lidera nie nadaję. Mogę, jeśli nikt naprawdę nie chce. Jeśli ma nie wyjścia, bo właśnie nie chce nikt, to luz, biorę na klatę. Ale tabelki excelowe są dla mnie nie do ogarnięcia zupełnie, potrzebuję technicznego wsparcia.
    Ja mogę zaprosić w swoje progi, ugotować, napoić, alkohol - jeśli trzeba, bardzo eko, jeszcze z morawskiej wyprawy nawet, jest.
    Carpooling - mam znajomego z Peru, który tak objechał całą Europę. Przyjechał na stypendium czy coś takiego. Cudna osoba. Gdybyś potrzebowała kogoś obeznanego z tematem, służę kontaktem. Może ci się kiedyś przyda, więc zajawiam.

    OdpowiedzUsuń