piątek, 11 stycznia 2013

100


Najładniejsze prywatne posiadłości i ogrody nad lombardzkim jeziorem Como są ukryte za wysokimi murami. Gdy chcemy boczną uliczką dojść do spacerowego traktu nad jeziorem, zatrzymuje nas zakopana w ziemi tabliczka "posiadłość prywatna". 3 metry za spłachetkiem gołej, oznaczonej nią ziemi spacerują ludzie. Nie da się przeskoczyć. Mając w pamięci wskazówki autorów "Walking and Eating in Tuscany and Umbria", z których korzystaliśmy kilka lat temu, chodząc skrótami przez toskańskie gaje oliwne, wdzieramy się na prywatny teren. Na kilka sekund.

Dzień po Nowym Roku w Lecco zaczyna się sprzątanie po świątecznym wyprzedażach, szykujące teren do wyprzedaży noworocznych. Sprzedawcy w butikach przy głównej handlowej uliczce myją szyby, zdrapują naklejone przez Świętami gwiazdki śniegu, ściągają plakaty z zachętą do świątecznej szczodrości. Na jednej z wystaw wiszą dziecięce kurtki. Pchana impulsem (Dziko niedługo wyrośnie z tej, którą nosi), zatrzymuję się. To głównie puchówki - małe rozmiary, ładne odcienie, indygo, grafit, burgund. Wszystkie przecenione. Patrzę na ceny: 253 EUR na 177 EUR, 274 na 191 EUR, 230 na 131 EUR. Przecieram oczy. I patrzę raz jeszcze: Gucci, Armani Junior, Il Gufo. To nie jest mój pierwszy kontakt z dziecięcym pret-a-porter, ale fakt jego istnienia za każdym razem podobnie mnie zadziwia.

Wyciągam aparat, przystawiam go do oka. Ze sklepu energicznym krokiem wychodzi sprzedawczyni (piękna, wysoka, powłóczyście i luksusowo odziana), macha palcem: - No! No! No foto! Proprieta privata.

Nasi gospodarze wracają tuż przed naszym wyjazdem. Spotykamy się na podjeździe do domu, wymieniamy uściski i pocałunki, poznajemy całą rodzinę i rodzinę rodziny, próbujemy zmieścić w kwadransie, który został nam do wyjazdu jak najwięcej nie-formalności. Konwersacja jest dziurawa z powodu językowego niedopasowania: udaje nam się jednak osiągnąć porozumienie w jednym z tematów. Zakupów. A właściwie polowania - na biało-niebieski, stempelkowany fajans z Bolesławca. Sklep firmowy na Prostej, który kilka dni wcześniej wyguglowywałam na prośbę Mariny, okazał się zamknięty. Nasi partnerzy w wymianie znaleźli upragniony dzbanek w... internecie. Z dostawą prosto do domu.

***

Z Lombardii nie wracamy do siebie, ale jedziemy do gościnnego domu S. i S. na jednej z tatrzańskich polan. Śpimy w starej chałupie z 1953 roku. Dom trzeszczy, stęka i pachnie życiem mieszkańców jego gospodarskiej części. Na parterze mieszkają gospodarze i ich matka, na piętrze trzej synowie S. i S., no i goście, którzy zajmują pięć pokoi umeblowanych sprzętami z rożnych bajek. Łazienki są dwie, wspólne. Choć S. i S. kilka lat temu wybudowali koło chałupy drugi dom, nowoczesny, z pokojami z łazienkami, z podłogami wykładanymi panelami, a nie zmęczoną beżową wykładziną, z dużą jadalnią z nowoczesnym telewizorem, część gości (są wśród nich rodzice A., którzy spędzają w starym domu każdą zimę od prawie 40 lat) nie wyobraża sobie porzucenia starej chałupy na rzecz nowej. Stary dom jest zarezerwowany niemal na całą obecną zimę. Na Święta i Sylwester 2013 też.

Dom stoi na uboczu, na łysinie wydeptanej na czole łagodnego tatrzańskiego wierchu. Z zaśnieżonej polany widać granitowe sztachety Wysokich Tatr, droga, którą się tu dociera, kilkadziesiąt metrów dalej wbija się w las, oznakowany tabliczką "Tatrzański Park Narodowy". Czasem, gdy wpada się tu z biegu, daje nura prosto z codzienności, trzeba się kilka dni aklimatyzować. Bo wysoko, sucho i tak cicho. Tym razem jest inaczej; przeczołgani przez dwudniowy tranzyt przez kilka krajów Unii Europejskiej, zasypiamy szybko i bezboleśnie. Przez uchylone okno wciska się mroźne powietrze, świeży, miękki śnieg sypie się na nasz utytłany drogą samochód. Grubo po północy wyrywa mnie ze snu wysokoobrotowy skowyt. Jeden brutalnie dociskany silnik, drugi, trzeci, kolejny. Na polanie jest jasno jak na scenie sylwestrowego koncertu Polsatu, światło wbija się do naszego pokoju. Podhalańscy wielbiciele mocnych silników Subaru urządzają właśnie cykliczną rejzę przez śpiący las.
Przy śniadaniu młody, pokraśniały mężczyzna robi wyrzuty swojej partnerce: - Szkoda, że się nie obudziłaś. Zaje.ista parada. 

W karczmie przy stoku, w której co roku zostawiamy mniej więcej tyle samo forsy ile płacimy S. za śniadania i obiady, na słupie wisi informacja: "Zakaz spożywania własnego prowiantu oraz napojów". W tym roku perwersyjnie odmawiamy sobie pierogów z jagodami, smażonych rydzów, kwaśnicy, grzańca. Siadamy z A. przy stole, ona zamawia herbatę, ja - sok jabłkowy dla Dzika. Kelnerka podchodzi kilka razy, dopytuje, czy to wszystko. - Tak, dziękujemy. W końcu trafia na R., przyszedł prosto ze stoku, kilkanaście minut wcześniej zaliczyliśmy sytuację z klasycznej serii pt. "małe związkowe spięcia": - Nie. Poproszę piwo.
Gdy patrzę na niego ze zdziwieniem, mówi: - Chciałbym się przekonać, jak smakuje piwo doprawione twoją dezaprobatą.
- Jak?
- Słabo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz