środa, 23 stycznia 2013

105

Nasz samochód zaczyna właśnie 11. rok życia. Służy nam głównie do transportu po Polsce i Europie; rocznie przejeżdżamy nim (razem i osobno) jakieś 25-30 tysięcy km. I to się nie zmieni; moje podstawowe życiowo-zawodowe zajęcie opiera się na byciu w drodze.

Fordka mamy od tzw. nowości. Gdyby wartość nowego, porównywalnego modelu Focusa pomniejszyć o sumkę jaką byśmy dostali w tej chwili za sprzedaż naszego, a różnicę rozłożyć na 120 miesięcznych, nieoprocentowanych rat, jedna rata wyniosłaby ok. 420 zł. Każdy następny rok naszej wzajemnej relacji odrobinę by ją jeszcze obniżył. Ale zapewne wyrównałaby to eksploatacja.
Za roczne utrzymanie auta płacimy niemało: w 2012 na same naprawy, przeglądy techniczne, olejowanie (z wiekiem coraz częstsze) poszło przynajmniej 4000 zł. Ubezpieczenie kosztowało 733 zł. Zabiegi higieniczne: pewnie ze 150-200 zł rocznie. Z płatnego parkowania korzystamy sporadycznie (200 zł rocznie?), za to co miesiąc płacimy na rzecz wspólnoty administracyjny haracz za miejsce postojowe w garażu - jakieś 30 zł.  Codzienne użytkowanie kosztowało więc nas w zeszłym, dość awaryjnym roku, jakieś 450 zł miesięcznie. Zdarzały się lepsze lata, ale to se pewnie ne vrati.

Od zeszłej wiosny, samochód, gdy jesteśmy w mieście, coraz rzadziej opuszcza miejsce parkingowe. R., który zainwestował w trzymiesięczny bilet sieciowy, jeździ komunikacją do pracy, często przy okazji odwożąc Dzika do żłoba. Mi, odkąd przyszły mrozy, przeszła ekscytacja związana z łatwością rowerowego przemieszczania się po mieście, i raz wsiadam w auto, a raz w autobus. Te hipotetyczne, uśrednione 870 zł to więc - w naszym wypadku - miesięczna cena dostępu do komfortowego tranzytu przez Polskę i Europę. Wydalibyśmy je i tak.

Ile się płaci za pojedynczy bilet na autobus lub metro - wiadomo. To jednak tylko część faktycznego kosztu pojedynczej podróży. Ten, wg danych przytoczonych w tym tekście wynosi ok 11 zł. To co więc dziś płaci pasażer (po podwyżce) to ok. 40% faktycznego jednostkowego kosztu transportu. Na resztę, czyli jakieś 60% wartości przejazdu, forsę wykłada miasto - redystrybuując w ten sposób podatkowe bogactwo, pobrane od wszystkich obywateli rozliczających się w warszawskich urzędach skarbowych. Tych co regularnie korzystają z komunikacji miejskiej i tych, co do omijają ją szerokim, samochodowym łukiem.

Mam świadomość jak niepotrzebna jest porcja spalin, którą osobiście pompuję w warszawskie powietrze (zwłaszcza, że mieszkam niedaleko jednej z głównych miejskich przelotówek, w dolinnej części miasta i czyste, wtłoczone przez zachodnie wiatry powietrze, które dociera do nas, gdy zbierze spaliny z Żoliborza, Woli, Śródmieścia i części Mokotowa, bywa tu zauważalnie spalinami przesycone), miła jest mi wizja szerokich chodników i nie rozjeżdżonych trawników, ale czasem zdarza się, że i ona nie daje rady w starciu z moją potrzebą komfortu. Takich ludzi jak ja, sytych, ale niespokojnych, na pewno jest więcej - z pewnością mamy jakiś potencjał (ekonomiczny? ekologiczny? społeczny?). Ale pewnie równie sporo jest tych, którzy wklejeni w siedzenia własnych aut, nawet nie wyobrażają sobie innego sposobu na funkcjonowanie w Warszawie. W nich też jest potencjał (być może ekonomiczny?), ale miasto, fundując podwyżkę biletów (a w perspektywie zapowiadając kolejne), nie pomaga im go uaktywnić. 

I ja to rozumiem. Związek z samochodem bywa opłacalny. Dorzucając bowiem nawet z grubsza wyliczony koszt dotychczasowej amortyzacji i eksploatacji naszego auta do tego co wydaję na benzynę, odbierając Dzika ze żłobka, wychodzi że 10-kilometrowa samochodowa podróż tam i z powrotem kosztuje mnie niecałe 18 zł. Dużą część te sumy wydałam dawno temu, kupując auto. Jeśli w tym samym celu wchodzę w jednorazową relację z komunikacją miejskiej, koszt transportu wynosi przynajmniej 22 zł, a gdy zapragnę się przesiąść, prawie dwa razy tyle. Płacę go na bieżąco - wyciągając forsę z portfela i odprowadzając comiesięczny podatek.

Zgadzam się z tezą tekstu Joanny Erbel, że komunikacja publiczna przestaje być dobrem publicznym, a staje się luksusowym. Idea solidarności społecznej jest mi bliska. Z przyjemnością się podzielę. Ale niechże realna polityka miasta, które deklaruje, że dąży do zachęcenia jak największej ilości osób do przesiadania się z aut do autobusów, będzie spójna z tą deklaracją.
 
Tu można się podpisać pod obywatelskim wnioskiem uchwały zmieniającej podwyżkową uchwałę Rady m. st. Warszawy.

wtorek, 22 stycznia 2013

104

Współczesny plastik z Allegro nijak się nie ma do oryginalnego zelmerowskiego plastiku z końca lat 90. Oryginalny komplet zębatek w mikserze przetrwał ponad 12 lat, zmiennicy (instalowani dwukrotnie) nie wytrzymali nawet jednego chlebomiksowania. Chałupniczy serwis wyczerpał się; pora na profesjonalny.

***

- Czy to nie oszustwo? - pyta O. przy kolacji (placki ziemniaczano-cukiniowe z domową, smażoną tego lata ljutenicą i cacykiem, sałata, wino, dużo wina; O. i K., świadomi naszych ograniczeń, przynieśli dwie butelki.) - Przecież cały czas wykorzystujecie zapasy.
To prawda; w czwartym trymestrze wciąż mamy niewiele deficytów, a co za tym idzie, okazji do konfrontowania się z potrzebą ich zapełnienia. Nieustannie zadziwia mnie ile surowca mamy poupychane w chałupie: kończy się proszek do prania, daję szansę zasuszonym ze starości orzechom, których wcześniej nie miałam odwagi wypróbować. Nie ma czym uzupełnić puszki z kawą; R. przerzuca się na inkę. Kilka miesięcy temu, gdy wyschła butelka z oliwą, nie kupiłam nowej. Dziś odkorkowuje ostatnią butelkę balsamico.

Życie bez oliwy jest łatwe. Bez alkoholu - niemożliwe.

***

Gdy patrzę na Dzika, który w ciągu kwadransa układa złożoną z ponad 30 elementów układankę i woła "jecie!", w mojej głowie wyświetla się stara ścieżka dostępu. Ścieżka prowadzi do internetowego sklepu z zabawkami, kroczę nią śmiało, z kartą kredytową w dłoni.
"Naklejam obrazek na tekturę. Tnę nożyczkami. Puzzle gotowe" - pisze B., którą wypytuję o to, czym się bawi jej syn, który świadomie uczestniczy w nie-kupowaniu.  
- Wymieńmy coś, czego Dzik już nie lubi, na układankę. - mówi R., gdy opowiadam mu o rosnącej we mnie potrzebie. Kręcę głową. Chwilowo nie chcę się wymieniać. Nie chcę wytwarzać. Chcę Kupić. Chcę Czegoś Nowego.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

103

Żłobek do którego chodzi Dziko, nie postawił przed nami jeszcze żadnego konsumpcyjnego wyzwania*. Świąteczne prezenty (od dzieci dla rodziców i vice versa) zostały wykonane własnymi ręcami. Katering na imprezę integrującą żłobkowe rodziny był składkowy; podzieliśmy się zadaniem z O. i K. znajomymi rodzicami. Oni zrobili pasty do chleba, ja upiekłam chleb. Kilka dni temu wychowawczyni poprosiła nas o adresy pocztowe dziadków Dzika. Za wysyłkę prezentów (ślady dziecięcych łapek na kartonikach) zapłacił żłobkowy fundusz reprezentacyjny. - A u nas był fotograf. - mówi A.

W ostatnich dniach, niemal w każdej stacji radiowej słyszę reklamę witaminowego syropu dla seniorów. Ciekawe, czy w styczniu, który jest tradycyjnie czasem poświątecznej posuchy zakupowej (także w aptekach), sprzedaż suplementów około-babcio-i-dziadko-dniowych może tę posuchę zniwelować? Sądząc po widoku, który zarejestrowałam w grudniu w arkadyjskiej aptece: jest to możliwe.
Geriavit i koledzy to jednak drobiazg, nawet jeśli bywają kontrowersyjni w roli symbolicznych posłańców wnuczkowych uczuć, to ich zawartość szybko znika. Ewentualnie da się gdzieś ukryć. Maciej Samcik, dziennikarz Gazety Wyborczej pisze o prezentach dla babć i dziadków, które mogą być jak wyrok. Dożywotni.

* - Wróć. Parking - żeby postawić auto na wewnętrznym, należącym do okolicznych budynków placyku, trzeba wykupić pilot do szlabanu. 70 zł. Jednorazowo. I pewnie rok temu bym się na takie rozwiązanie zdecydowała - choćby dla zaoszczędzenia czasu który traci się na szukaniu w okolicznych uliczkach wolnego miejsca. W tym roku z przyjemnością pokonuję dystans dzielący mnie od auta. Ulica. Dwie. Czasem park. Rączka chłopczyka w mojej. Śnieg.

czwartek, 17 stycznia 2013

102


Forum internetowe. Dyskusja o wyższości/niższości kreski autorstwa małżeństwa Mizielińskich nad kreskami innych rysowników - kreatorów dziecięcych wszechświatów do opowiadania. "Może Ulica Czereśniowa?". "Mamy wszystkie części. Oprócz zimowej. Za mało szczegółów. Nie będę płacić za pustą przestrzeń".

Z coraz krótszymi, chaotycznie emitowanymi dobranockami w publicznej TV jest na pozór podobnie. Rodzice, którzy każdego dnia na nowo próbują zsynchronizować się z początkiem emisji dobranocki (raz jest to 19:00, raz 19:13, albo i 19:18, jak pisze Metro), wściekają się, bo posadzone przez telewizorem dzieci, zamiast oczekiwanej bajki, oglądają reklamy. Ci, którzy płacą abonament, wściekają się jeszcze bardziej. Ale w tym wypadku chodzi nie tylko o zachwianie proporcji między bajką a towarzyszącym jej reklamowym tałatajstwem, ale o pozbawienie rodziców kontroli. Chcesz, żeby twoje dziecko wkleiło się na 7 minut w odbiornik? Ustaw się w blokach startowych i czekaj. Obserwuj. Może coś cię po drodze zainteresuje?

wtorek, 15 stycznia 2013

101


Najtańszy pojedynczy bilet komunikacji miejskiej w Helsinkach kosztuje 1,8 euro (ok. 7,5 zł). Fakt posiadania dziecka w wózku zwalnia z opłaty. Za podobny bilet w Mediolanie trzeba zapłacić 1,5 euro (ok. 6 zł), w Berlinie 2,4 euro (ok. 10 zł), a w Lizbonie: 0,81 euro (3,3 zł).

W Bratysławie jeździ się za 0,9 euro (ok. 3,7 zł). W Wilnie pojedynczy przejazd komunikacją miejską kosztuje 2 lity (ok. 2,4 zł), w Budapeszcie: 250 forintów (ok. 3,5 zł). Mieszkańcy estońskiego Tallina od stycznia tego roku jeżdżą za darmo.

W Warszawie, od stycznia tego roku porównywalny pojedynczy bilet na autobus, tramwaj lub metro kosztuje 4,4 zł. Dodatkowo: od 10 lutego metro zacznie w weekendy szybciej kończyć pracę.

Średnie wynagrodzenie w Polsce w 3. kwartale 2012 roku wyniosło 3510,22 zł*, czyli ok. 2512 zł netto. Przeciętnie zarabiający Polak mógłby więc swoją wypłatę przeznaczyć na 570 nowych biletów warszawskiej komunikacji miejskiej.
W tym samym okresie mieszkaniec Finlandii zarobił przeciętnie 2320 euro na rękę**. Stać go więc było na 1300 przejazdów stołecznymi środkami transportu. O ile nie posiadał wózka z dzieckiem.

R., który codziennie dojeżdża z Mokotowa na bliską Wolę, jest właścicielem sieciówki, ja, która z komunikacji korzystam sporadycznie - nie. Żeby odebrać Dzika z odległego o 10 km żłobka, muszę zainwestować 8.8 zł w bilety. Chyba, że chcę sobie, korzystając z metra, skrócić podróż. Kupuję wówczas bilety czasowe, za które płacę, w zależności od wiatrów, różnie: od 9,2 do 13,6 zł za wyprawę. Gdy jadę po chłopczyka autem, płacę za benzynę trochę więcej niż 10 zł.

***

Kilka dni temu mój syn-eksperymentator najpierw rozkręcił, a potem wyrzucił do kibla jedyny tusz do rzęs, jaki mi został. Tusz był wprawdzie lekko już przyschnięty, ale wciąż dawał radę. Być może jego sentymentalno-arystokratyczne pochodzenie (Hela Rubinstein - prezent od A.) sprawiło, że przyszła mi do głowy brawurowa myśl, aby go wyłowić, osuszyć i zdezynfekować. Pozwoliłam jej rozsiąść się w mojej głowie, a potem (s)puściłam ją wolno. Zwłaszcza że w dziedzinie w której dopiero co rozpłaszczyłam się na kolejnej (anty)konsumpcyjnej ścianie, tusz kompletnie nie zdaje egzaminu.


* GUS
** stat.fi


piątek, 11 stycznia 2013

100


Najładniejsze prywatne posiadłości i ogrody nad lombardzkim jeziorem Como są ukryte za wysokimi murami. Gdy chcemy boczną uliczką dojść do spacerowego traktu nad jeziorem, zatrzymuje nas zakopana w ziemi tabliczka "posiadłość prywatna". 3 metry za spłachetkiem gołej, oznaczonej nią ziemi spacerują ludzie. Nie da się przeskoczyć. Mając w pamięci wskazówki autorów "Walking and Eating in Tuscany and Umbria", z których korzystaliśmy kilka lat temu, chodząc skrótami przez toskańskie gaje oliwne, wdzieramy się na prywatny teren. Na kilka sekund.

Dzień po Nowym Roku w Lecco zaczyna się sprzątanie po świątecznym wyprzedażach, szykujące teren do wyprzedaży noworocznych. Sprzedawcy w butikach przy głównej handlowej uliczce myją szyby, zdrapują naklejone przez Świętami gwiazdki śniegu, ściągają plakaty z zachętą do świątecznej szczodrości. Na jednej z wystaw wiszą dziecięce kurtki. Pchana impulsem (Dziko niedługo wyrośnie z tej, którą nosi), zatrzymuję się. To głównie puchówki - małe rozmiary, ładne odcienie, indygo, grafit, burgund. Wszystkie przecenione. Patrzę na ceny: 253 EUR na 177 EUR, 274 na 191 EUR, 230 na 131 EUR. Przecieram oczy. I patrzę raz jeszcze: Gucci, Armani Junior, Il Gufo. To nie jest mój pierwszy kontakt z dziecięcym pret-a-porter, ale fakt jego istnienia za każdym razem podobnie mnie zadziwia.

Wyciągam aparat, przystawiam go do oka. Ze sklepu energicznym krokiem wychodzi sprzedawczyni (piękna, wysoka, powłóczyście i luksusowo odziana), macha palcem: - No! No! No foto! Proprieta privata.

Nasi gospodarze wracają tuż przed naszym wyjazdem. Spotykamy się na podjeździe do domu, wymieniamy uściski i pocałunki, poznajemy całą rodzinę i rodzinę rodziny, próbujemy zmieścić w kwadransie, który został nam do wyjazdu jak najwięcej nie-formalności. Konwersacja jest dziurawa z powodu językowego niedopasowania: udaje nam się jednak osiągnąć porozumienie w jednym z tematów. Zakupów. A właściwie polowania - na biało-niebieski, stempelkowany fajans z Bolesławca. Sklep firmowy na Prostej, który kilka dni wcześniej wyguglowywałam na prośbę Mariny, okazał się zamknięty. Nasi partnerzy w wymianie znaleźli upragniony dzbanek w... internecie. Z dostawą prosto do domu.

***

Z Lombardii nie wracamy do siebie, ale jedziemy do gościnnego domu S. i S. na jednej z tatrzańskich polan. Śpimy w starej chałupie z 1953 roku. Dom trzeszczy, stęka i pachnie życiem mieszkańców jego gospodarskiej części. Na parterze mieszkają gospodarze i ich matka, na piętrze trzej synowie S. i S., no i goście, którzy zajmują pięć pokoi umeblowanych sprzętami z rożnych bajek. Łazienki są dwie, wspólne. Choć S. i S. kilka lat temu wybudowali koło chałupy drugi dom, nowoczesny, z pokojami z łazienkami, z podłogami wykładanymi panelami, a nie zmęczoną beżową wykładziną, z dużą jadalnią z nowoczesnym telewizorem, część gości (są wśród nich rodzice A., którzy spędzają w starym domu każdą zimę od prawie 40 lat) nie wyobraża sobie porzucenia starej chałupy na rzecz nowej. Stary dom jest zarezerwowany niemal na całą obecną zimę. Na Święta i Sylwester 2013 też.

Dom stoi na uboczu, na łysinie wydeptanej na czole łagodnego tatrzańskiego wierchu. Z zaśnieżonej polany widać granitowe sztachety Wysokich Tatr, droga, którą się tu dociera, kilkadziesiąt metrów dalej wbija się w las, oznakowany tabliczką "Tatrzański Park Narodowy". Czasem, gdy wpada się tu z biegu, daje nura prosto z codzienności, trzeba się kilka dni aklimatyzować. Bo wysoko, sucho i tak cicho. Tym razem jest inaczej; przeczołgani przez dwudniowy tranzyt przez kilka krajów Unii Europejskiej, zasypiamy szybko i bezboleśnie. Przez uchylone okno wciska się mroźne powietrze, świeży, miękki śnieg sypie się na nasz utytłany drogą samochód. Grubo po północy wyrywa mnie ze snu wysokoobrotowy skowyt. Jeden brutalnie dociskany silnik, drugi, trzeci, kolejny. Na polanie jest jasno jak na scenie sylwestrowego koncertu Polsatu, światło wbija się do naszego pokoju. Podhalańscy wielbiciele mocnych silników Subaru urządzają właśnie cykliczną rejzę przez śpiący las.
Przy śniadaniu młody, pokraśniały mężczyzna robi wyrzuty swojej partnerce: - Szkoda, że się nie obudziłaś. Zaje.ista parada. 

W karczmie przy stoku, w której co roku zostawiamy mniej więcej tyle samo forsy ile płacimy S. za śniadania i obiady, na słupie wisi informacja: "Zakaz spożywania własnego prowiantu oraz napojów". W tym roku perwersyjnie odmawiamy sobie pierogów z jagodami, smażonych rydzów, kwaśnicy, grzańca. Siadamy z A. przy stole, ona zamawia herbatę, ja - sok jabłkowy dla Dzika. Kelnerka podchodzi kilka razy, dopytuje, czy to wszystko. - Tak, dziękujemy. W końcu trafia na R., przyszedł prosto ze stoku, kilkanaście minut wcześniej zaliczyliśmy sytuację z klasycznej serii pt. "małe związkowe spięcia": - Nie. Poproszę piwo.
Gdy patrzę na niego ze zdziwieniem, mówi: - Chciałbym się przekonać, jak smakuje piwo doprawione twoją dezaprobatą.
- Jak?
- Słabo.

czwartek, 3 stycznia 2013

99

Chwilowo - dzięki noworocznej szczodrości mego zleceniodawcy - można czytać za darmo.

98

Strefa komfortu - obijam się wciąż o nią. I odbijam.
Gdy wychodzę z niej, idąc za antykonsumpcyjnym wezwaniem, na ogół odnajduję coś zaskakującego. Bywa, że gorzkiego. Zawsze związanego z kawałkiem wiedzy o samej sobie.
Gdy w niej zostaję, proces uczenia się ulega zamrożeniu. Ale nie zawsze.

Strefa komfortu łomocze mi w głowie, gdy wjeżdżamy w kolejny kilkukilometrowy tunel na trasie autostrady, prowadzącej do lombardzkiego Como, gdzie mamy spędzić Sylwestra i cały pierwszy tydzień 2013 roku. Jedziemy nie autostopem, nie autobusem, nawet nie samolotem, tylko własnym, świeżo na tę okazję umytym autem (za trzy wyskrobane z dna szuflady, zakupione wieki temu żetony do Niebieskiego Słonia; to było wyjątkowo błyskawiczne i ekonomiczne mycie). "Mówisz, że antykonsumpcję uprawiasz?" - uprzejmie pyta dr socjologii, z którym kilka dni wcześniej robię wywiad o mechanizmach sterujących przysługą, a w drzwiach wyjściowych, już na endorfinowym rauszu zwierzam się z narciarskiego planu. 1567 km w jedną stronę. Przez parapet zamontowany na dachu: jakieś 140 litrów bezołowiowej. Odcisk węglowy głęboki jak kopalnia odkrywkowa w Bełchatowie. Antykonsumpcja, hę?

- Dlaczego nie udało nam się zrezygnować w tym roku z nart?
- Dlaczego ty nie zrezygnowałaś - nie wiem. Ja nie jestem w stanie zrezygnować z wszystkiego. Odpuściłem tenisa, siatkówkę, nie poszedłem na kurs jazdy motocyklem.
- A czy wyobrażasz sobie, że przejeżdżamy te półtora tysiąca kilometrów i odpuszczamy? Nie odpinamy sprzętu, zamiast na stok idziemy nad jezioro?
- Oszalałaś, kobieto.

Wślizguję się z powrotem do strefy komfortu; najwyraźniej nie da się z niej wyślizgnąć na parapecie.

Marina i Claudio, nasi obecni gospodarze zdecydowanie zadbali o to, abyśmy na tydzień mogli zapomnieć o dylematach związanych z wchodzeniem i wychodzeniem z gastronomicznej strefy komfortu. Ich dom jest tak wyczyszczony z przedmiotów, że wygląda jakby nikt w nim nie mieszkał. Poza kuchnią. Nigdy nie widziałam tak uporządkowanej, a jednocześnie obfitej - pod każdym względem - kuchennej przestrzeni. Szuflady są pełne kuchennych utensyliów, po których widać, że nie próżnują, kredensy - talerzy, waz i filiżanek, lodówka i szafki są załadowane poligonowymi zapasami żarcia. Na stole stoi owinięty w folię kosz z lombardzkimi przysmakami. Obok list: "Wszystko, co co znajdziecie w lodówce i szafkach, jest wasze".

Oprócz kosza, nasi gospodarze zostawili nam też kalendarz na 2013 rok, z widokami znad jeziora Como. Pewnie nie zdają sobie sprawy, że nieświadomie rozwiązali największy z mych aktualnych dylematów konsumpcyjnych.

 (zródło: Fun & run)