niedziela, 30 września 2012

68

Dziś minęło pół roku.
- Już? - zapytał M., mój wspólnik w procesie. Wyjątkowo konsekwentny. - Dopiero teraz zaczynam się rozkręcać.

sobota, 29 września 2012

67

Ja w 1997 dostałam pierwszą etatową robotę. Gdy przyszedł dzień wypłaty, pojechałam z plikiem banknotów do Trolla na Krakowskim Przedmieściu i z dziesiątków ometkowanych szmat stłoczonych w ciasnej, ciemnej kanciapie wybrałam spodnie w kratę. Czarno-białą. Minęło 15 lat; wyrosłam i ze spodni, i z Trolla.

One w 1997 roku umówiły się na pierwszą wymianę ciuchów; od tej pory spotykają się regularnie, usypują ciuchową stertę w pokoju, a potem na sygnał ruszają do walki. D. która mówi, że ubiera się niemal wyłącznie dzięki instytucji ciuchowej wymiany (a ubrana jest doskonale) obiecała, że mnie następnym razem zabierze ze sobą. Jestem... podekscytowana?

Tymczasem, w oczekiwaniu na spotkanie z najdłużej prawdopodobnie działającym kołem wzajemnego donaszania swoich szmat, jedziemy z A. do jednodniowego pośredniaka dla ciuchów- urządzonego w pstrokatej przestrzeni 1500 m2 Do Wynajęcia. Do sakwy wrzucam ostatnie dwie pary nienoszonych butów, tiszerta, który jest dla mnie za ciasny, kamizelkę, dwa szaliki - tyle udało mi się wycisnąć z szaf i szuflad. Po letniej czystce właściwie nie mam już niczego niepotrzebnego.
Pośredniak, choć tymczasowy, jest urządzony naprawdę luksusowo. Każda sztuka na osobnym wieszaku; wszystko ładne, świeże, pachnące, czasem nawet wyprasowane, z przyklejonymi identyfikatorami. Lustro. Przebieralnie. Znajduję spodnie, które zdaje się, że były hitem zeszłego lata, fajnego tiszerta. A. każe mi się jeszcze przebrać w brudnoróżowy golf, który okazuje się być wyjątkowo ze mną kompatybilny. Ośmielona przez widok własnego odbicia, upycham w torbie trzy sztuki używanej odzieży, uszytej na zlecenie odzieżowych firm (H&M, Zara, Reserved), które odniosły sukces dzięki umiejętności sprawnego krawieckiego "copy => paste", a czuję się jakbym dostała w prezencie coś, co zostało zaprojektowane przynajmniej przez Junya Watanabego. Jego płaszcz macam* kwadrans później w butiku Love&Trade, znajdującym się piętro nad pośredniakiem. Nic. Zero przyspieszonego tętna, zero pożądania, wewnętrzny wskaźnik zakupowej ekscytacji - obojętny. Kiedyż nastąpiła ta przemiana?

***

Tak naprawdę świeża ciuchowa krew jest mi potrzebna. Zaczynamy (ja i R.) odczuwać konsekwencje rezygnacji z regularnych dostaw nowych ubrań. W szufladach ze skarpetkami panuje stan krytyczny; zmuszamy się więc do przeprowadzenia w nich segregacji. Na komodzie wyrasta skarpetkowy stosik do naprawy. Wyrasta i nic. Jestem dzieckiem epoki, w której nie wyrzucało się poszatkowanych skarpet, tylko je reperowało, teoretycznie technika cerowania nie jest mi obca, jednak chyba nie jestem jeszcze na to gotowa. Ratuję się zwiększeniem częstotliwości prania tych skarpetek, które są jeszcze całe.
Topnieją zapasy niezobowiązujących autfitów w dobrym stanie. Większość naszych ciuchów wygląda jakbyśmy je wyciągnęli z kontenera na czyściwo. Gdy zakładam swój ulubiony codzienny zestaw (zielono-szare płócienne spodnie, 10-letnie turkusowe buty, pozdzierane na czubkach, lekko podgryziony kaszmirowy sweter i coś pod sweter), czuję, że zaczynam osiągać doskonałość w kategorii, jaką jest odzieżowa abnegacja. Bezwiednie.

***

Odchodzi niania Dzika. Sytuacja wciąż najeżona świeżością; jeszcze jej nie oswoiliśmy.
Przychodzi pierwszy mejl z listą ogłoszeń ze stołecznego Wymiennika. Ktoś oferuje naukę gry na gitarze, naukę języka fińskiego, ktoś proponuje poprowadzenie księgowości, strzyżenie, domowy cydr, upieczenie szarlotki. Jest też ogłoszenie dziewczyny z mojej dzielnicy: opieka nad dzieckiem. 15 Alterków za godzinę.

 * Macam też ubranka, które wyszły z głowy Czesława Mozila. Ładne, chorera. Tętno mi zaczyna kłusować; widać obszar odpowiedzialny za konsumenckie decyzje dotyczące Dzika, wciąż jest nieutwardzony. Reguluję się w korytarzu z biżuterią. Wyciszona wkraczam do sali, gdzie rozdają próbki specyfików do pielęgnacji paznokci. Nadal obojętność. Wchodzimy z A. do najdalej położonego pokoiku, gdzie na wyłożonym miękką tkaniną stole leżą gadżety sprawiające nie tylko wzrokową przyjemność. Gdy bardzo fachowe dziewczyny z Pussy Project objaśniają nam ich działania, znów odnotowuję gotowość do konsumpcyjnego (i nie tylko) galopu. Na szczęście mam wybór. Może pójdę sobie na warsztaty? Darmowe.

środa, 26 września 2012

66

Darmowe spotkanie dla kobiet zainteresowanych zagadnieniem Kobiecej Ekonomii Społecznej - odwołane. Uczestniczki się wykruszyły.
Darmowe warsztaty umożliwiające matkom powrót na rynek pracy - odwołane. Nie dość chętnych.
"Bezpłatne Pasmo Kultury", czyli codzienne, dwugodzinne zajęcia dla maluchów (11-13), podczas których rodzice i opiekunowie mogą zająć się swoimi sprawami; dziś korzystaliśmy z nich z Dzikiem sami, w poniedziałek syn mój musiał się podzielić animatorką Agnieszką z jeszcze jednym chłopczykiem.
Czy gdyby za organizowane przez fundację MaMa zajęcia trzeba było zapłacić, chętnych byłoby więcej?

Dwa tygodnie temu zapisałam Dzika i jego nianię na bezpłatne zajęcia organizowane przez mokotowski Klub Mam. Ale gdy nadszedł dzień zabawianek, pamięć operacyjna mi się przegrzała. Nastąpił totalny blackout na synapsach. Niania poszła z Dzikiem do parku, a ja dopiero jakieś pół godziny po jej wyjściu doznałam iluminacji, że nie taki był przecież plan. Przeczuwam, że gdybym za nie zapłaciła, w odpowiednim momencie włączyłoby mi się awaryjne zasilanie.

W Warszawie nie jest trudno znaleźć darmowe zajęcia; większość z nich jest dofinansowywana przez Hankę, ale zdarzają się też hojne dzielnice, które sponsorują swoich najmłodszych obywateli. MaMa Cafe jest moim ostatnim odkryciem, ale regularną bezpłatną rozrywkę (i oddech dla rodzica) oferuje też StoPociech (Figle-Migle, w których wielokrotnie braliśmy udział). Darmowe warsztaty znalazłam też w mokotowskiej Chwili Moment i w Kredkafe na Placu Zbawiciela.

A. opowiedziała mi o kiełkującej inicjatywie - platformie, która będzie kojarzyć partnerów chcących wymienić się rzeczami albo usługami. Tu można dołączyć do Wymiennika.


wtorek, 25 września 2012

65

Był ciepły lipcowy poranek. 1946 rok. Alfred i Anna z czwórką dzieci, Paulina i Eduard z niemowlęciem, dwie rodziny zamieszkujące dom przy gospodarstwie nr 35 we wsi Rienendorf mieli niewiele czasu na spakowanie potrzebnych rzeczy. Na szczęście zdążyli się wcześniej przygotować; najcenniejsze rzeczy ukryli pod deskami podłogi na piętrze domu. 40 ściereczek z lnianego adamaszku, tkanego prawdopodobnie w okolicy (Dolny Śląsk był wówczas tkacką potęgą, a na lnie zbito w okolicy wiele fortun). Odświętny obrus wyszywany w kwiaty. Białe talerze rosenthalowskiej Marii, półmiski Villeroya w żołędzie, liche sztućce z alpaki, tanie fajansowe pudełka na cukier, mąkę i sól, dziecięce butki z cienkiej skórki, łatka na łatce, niemowlęce kaftaniki wydziergane z cieniutkiego jak nić dentystyczna kordonka. Fragmenty wiejskiej codzienności, poddane ostrej selekcji.

Odczytywanie ludzkich historii z materialnych okruchów jest jednym z moich ulubionych zajęć. Czy jednak biorąc w dłonie to, co mieszkańcy Pokrzywnika zdecydowali się zostawić w Polsce, tuż przed przymusową wywózką do Niemiec, czegoś się o nich dowiedziałam? Lubili proste, ładne, niezłe gatunkowo rzeczy. Dbali o nie; Anna, a może Paulina zawinęła szlachetne tkaniny w rulony i owinęła szmatami. Myszy nie dały rady się do nich przegryźć. Odświętne rzeczy były one dla nich równie ważne co drogocenne precjoza, które ich arystokratyczni sąsiedzi chowali w wykutych w piwnicznych ścianach skrytkach. Zostawiając je pod podłogą ukochanego domu, musieli wierzyć, że niebawem do niego wrócą. 
Dobytek przetrwał do 2002 roku; podczas generalnego remontu znaleźli go obecni właściciele - kustosze pamięci, którzy z czułością zajęli się skarbami dwóch wysiedlonych rodzin. Być może nie mogło być inaczej? W końcu małżeńskie inicjały wyhaftowane na jednej ze ściereczek zgadzały się z ich inicjałami.


 Czasem akcja redukcja jest niewykonalna.

***

- Widać, że od dwóch miesięcy nie używam szamponu? - pyta R. - Nie? Czuję się oszukany. Tyle forsy wylądowało w spływie.
Nie widać. Po mnie też nie było widać. Gdy w lipcu skończył nam się szampon, przez prawie 8 letnich tygodni eksperymentowałam z alternatywnymi metodami mycia. Samą wodą, z dodatkiem odrobiny sody oczyszczonej. Włosy nie wyglądały źle (gorąca, spadająca z siłą wodospadu woda radziła sobie z codziennym, ekhm, nalotem), ale poległam, bo nie mogłam się palpacyjnie dogadać z własną czupryną. Najpierw umyłam ją żółtkiem, potem pokornie poszłam do Rossmana po najdelikatniejszy z szamponów.

Mimo porażki na froncie owłosienia, generalnie antykonsumpcyjny eksperyment służy urodzie. Pozbawione kontaktu z tuzinem różnych smarowideł (do twarzy, do oczu, do szyi, do dekoltu, do biustu, do pupy, do paznokci, do stóp i całej reszty) ciało wygląda lepiej niż gdy bywało smarowane, ugniatane i klepane. A to mobilizuje lepiej niż rosnąca suma na koncie.

wtorek, 18 września 2012

64

Z Warszawy do Wlenia jest 469 km.
Autem jedzie się, przy dobrym wietrze na autostradzie, jakieś 7 godzin.
Pociągiem: minimum 17.
Wybieramy wygodę.

Mimo starań nie wychodzi nam konsekwentne minimalistyczne podróżowanie; przeszkód jest mnóstwo. Piwo, knedle ze śliwkami, fish&chips, basen, gorączka, pośpiech, wygoda. Może uda się w październiku, albo na przełomie grudnia i stycznia, gdy doprowadzimy do finału bardzo dobrze zapowiadającą się wymianę domów? Warszawa na wioskę pod Mediolanem. Samodzielny dom, z widokiem na jezioro Como i ośnieżone Alpy. Landszaft doskonały; zimowa bajka. ZaDarmo.

Wymiana domów to dla mnie kompletnie nowe terytorium, poruszam się po nim ostrożnie, po Brukseli, która zgasła tak szybko jak się zapaliła, staram się za mocno nie przywiązywać do kolejnych pomysłów, mimo, że wyobraźnia pracuje. Z Mariną znad jeziora Como jesteśmy po tzw. słowie, ale od słowa do ciała droga daleka - zwłaszcza w dziedzinie, w której decydującym czynnikiem jest wolna wola.

Listonosz przynosi zawiadomienie z sądu. Dzwoni domofonem, pytając czy podpiszę. - Pewnie! - wołam. Wręcza mi białą kopertę z pieczątką komornika z Gdyni. Windykacja, wezwanie do zapłaty (300 PLN, z czego ponad połowę zajmują metodycznie naliczane odsetki) , twardy i autorytarny prawniczo-skarbowy żargon. Zaległość z 2005 rok; przejazd bez bilety trójmiejską eskaemką. Na dowód, który został R. skradziony trzy lata wcześniej, podczas napadu. R. dzwoni do komornika, rozpłaszcza się na ścianie rozciągniętej przez sekretarkę; musi słać wyjaśnienia, gdyż instytucje państwowe, takie jak policja, sąd rejonowy i urząd skarbowy ze sobą nie współpracują. R. spędza resztę wieczoru szukając sądowych dokumentów, tłucze w klawisze, produkując pismo. Późnym wieczorem idzie do Tesko na przedwyjazdowe zakupy. Przynosi pampersy, ciska je na podłogę.

Żałuję, że zapomniałam kupić sobie w sobotę papierową Gazetę; to luksusik na jaki sobie od czasu do czasu pozwalam. W Gazecie Świątecznej Michał Figurski skarżył się, że przestał chodzić na suszi; sieciowa społeczność rozjechała go za to walcem. Na stronie GW widać zaledwie skrawek wywiadu Marcina Kąckiego; większość kryje się za pay-wallem, którym kilkanaście tygodni temu GW przysłoniła większość treści.
Dostępny jest za to tekst o tym, że Chińczycy szturmują japońskie sklepy i palą japońskie auta - w odwecie za zajęcie kilku spornych wysepek. Salony Hondy i Toyoty są efektowniejszym celem niż ambasada?

63

- Stary, są aż trzy rodzaje pampersów! - krzyczy w autobusie jeden mężczyzna do drugiego. Musi krzyczeć, bo jest głośno; trzeszczy przegub, hałasuje skrzynia biegów, wyje silnik. Mężczyźni są rozdzieleni barykadą z dwóch wózków, w których śpią kilkutygodniowe dzieci; balansują nad nimi, trzymając się autobusowych uchwytów z transparentnego plastiku. Jeden z ojców zainwestował w spójny wizerunek; ma ładne buty ze skóry w odcieniu koniaku, spodnie z cienkiej wełny, marynarkę z aksamitnego sztruksu. Drugi jest wyposażony we wszystkie atrybuty szanującego się hipstera: nonszalancki, zapuszczony zarost, wayfarery, wystrzępioną chustę zamotaną wokół szyi, przydeptane trampki. To on tłumaczy koledze różnice między kilkoma typami produktu, którego nazwa stała się synonimem dla jednorazowej pieluchy: - Trzy! My kupujemy te z paskiem co zmienia kolor, gdy się robi mokro. Sucho - pasek jest żółty, siku - robi się zielony.

Podsłuchuję intensywnie. Gdy opowiadam w domu o pampersie, który wyręcza dziecko w sygnalizowaniu tego, że właśnie się zsikało, R. sarkastycznie stwierdza, że kolor nie wystarczy. Musi być sygnał dźwiękowy - najlepiej dwojga rodzajów.

Tak naprawdę jednak brak zaufania do prawidłowej oceny komunikatów wysyłanych przez własne dziecko nie jest nam obcy; towarzyszy pewnie każdemu debiutującemu rodzicowi i jest skwapliwie wykorzystywany przez producentów, którzy oferują urządzenia, które mają tę komunikację czynić łatwiejszą i jednoznaczną. W naszym domu nigdy nie było termometrów; gdy urodził się Dzik, pojawiły się cztery. Do mierzenia temperatury powietrza (wewnątrz i na zewnątrz), ciała oraz wody w wannie. To naturalne - można by powiedzieć, zwłaszcza na początku kontaktu z nowym człowiekiem, że nie ufa się własnym łokciom, dłoniom i odczuciu chłodu na odkrytej skórze. Naturalne?

Najbardziej zadziwiający gadżet rodzicielski, jaki kiedykolwiek widziałam to urządzenie, która tłumaczy co wyraża dany typ płaczu niemowlęcia. Uczucie pewności, że prawidłowo odczytuje się komunikaty wysyłane przez dziecko, kosztuje 200 zł. Jeśli posiada się iPhone'a albo inne urządzenie z rodziny Apple, można ją kupić za 4,99 dolara. Na tyle wyceniona jest działająca w ten sam sposób aplikacja, dostępna w App Store, która na Fejsbuku ma 3500 fanów. Czy to jeszcze potrzeba? Czy już ekstrawagancja?

[I jeszcze w temacie pieluchowym: Dzik od ukończenia 9 miesiąca życia ma z pieluchami jednorazowymi kontakt sporadyczny; w domu jego potrzeby są zabezpieczane z użyciem pieluch wielorazowych, jednorazówki zabieramy jedynie na wyjazdy. Sieć drogerii Rossmann, w której, aby ulżyć przeciążonemu konsumenckiego sumieniu, kupowaliśmy pieluchy częściowo biodegradowalne, wycofała się z ich dystrybucji w Polsce. Rossmann był jedynym sieciowym i stacjonarnym sklepem, w którym można było kupić pieluszki, które nie rozkładają się latami; na dużo mniejszej Litwie widziałam je na półkach supermarketów obok Pampersów, Huggiesów i spółki. Litewski konsument zasługuje na wybór?]

piątek, 14 września 2012

62

Pchli targ wg Władysława Kopalińskiego ma swój źródłosłów we francuskim określeniu "marché aux puces". Pchły (a zapewne i inni przedstawiciele rodziny owadów uskrzydlonych, nie potrafiących żyć samodzielnie) były zapewne gratisem dodawanym do każdego przedmiotu, który zmieniał właścicieli na olbrzymim paryskim targowisku w północnej części Paryża. Biegła w nadsekwańskiej mowie K. pisze mi, że we Francji nazwa ta wciąż ma wydźwięk pogardliwy, pejoratywny i używa jej się w odniesieniu do przestrzeni handlowych na których operuje się towarami z drugiej ręki o wyjątkowo kiepskiej jakości. W Polsce: wręcz przeciwnie.

Na sobotnim żoliborskim Pchlim Targu Projektów dla Dzieci widziałam w jednym miejscu tak dużo ładnych rzeczy o rękodzielniczym rodowodzie, jak nigdy wcześniej w Polsce. Pod oszklonym dachem Fortu Sowińskiego stanęło ponad 40 stoisk z ciuchami, zabawkami, książkami, gadżetami - produkowanymi przez polskich rodziców, w polskich okolicznościach, z tam-gdzie-się-da-polskich surowców. Kolektywne rodzinne kalendarze, lalki z wadą wzroku, spódniczki tutu, ręcznie robione szczotki do włosów - każda nisza niezagospodarowana przez koncern jest szansą na rozwój dla małego wytwórcy. Jeśli rozwój ten jednak zacznie wydawać dorodne owoce, koncern się o nie z pewnością upomni. Wyłuska je z niszy i wyeksponuje w honorowej loży. Opatrzonej tabliczką "masthew".

A. podesłała mi ostatnio linka. "To na nie miałam ostatnio ochotę" - dopisała. "Ale się powstrzymałam.". Wzorzyste, połyskujące leginsy to w sumie nic nowego. Te akurat, charakterystyczne, bo dość odważne wizualnie, są produkowane przez firmę należącą do Jamesa Lillisa, przedsiębiorczego Australijczyka, który gdy startował z szyciem ciuchów, nie miał dość forsy, żeby zainwestować w dobrą jakościowo bawełnę, więc zdecydował się na poliester. Gacie kosztują 75 AUD. Transport do Polski: dodatkowe 20 AUD. Drogo? Jest alternatywa. Na zdjęciach pokazujących jesienną kolekcję odzieżowego koncernu H&M  Lana del Rey ma na swych zgrabnych nogach coś, co podobnie jak gacie zaprojektowane przez Jamesa Lillisa wygląda jakby zostało wycięte z galaktycznego portretu zrobionego przez stację kosmiczną NASA. Przypadek? Czy może przemyślana rynkowa gra? Import idei może się wszak odbywać w obu kierunkach; z loży na bruk i z niszy do loży.


sobota, 8 września 2012

61

Dwa portale: gumtree.co.uk i tablica.pl, dwa działy: "freebies" kontra "oddam za darmo". Dwa konsumenckie kosmosy.

Tam zmywarka Boscha, tu lodówka Szron.
Tam sprawny projektor ścienny Pioneera i 32-calowy telewizor LCD, tu kineskop dla konesera. Zepsuty.
Tam sprawny Ford Fiesta z 2001 roku z ubezpieczeniem do końca miesiąca (właścicielowi się spieszy z oddaniem swego pierwszego auta, bo wyjeżdża z Londynu na kontynent), tu części karoserii Mercedesa 901.
Tam pocięte drewno kominkowe (oferent deklaruje pomoc przy załadowaniu), tu suche świerki na opał - w całości, z korzeniami mocno trzymającymi się ziemi, do samodzielnej wycinki przez beneficjenta
Tam porcelanowy serwis do herbaty, tu tuzin pojemników po lodach Algida. Pustych.
Tam darmowe strzyżenie, waxowanie, depilacja laserowa w salonie (w zamian za bycie królikiem pokazowym podczas szkolenia dla uczniów), tu instrukcja domowego manikiuru.
Tam nowiutkie meble z Ikei, stół z Habitatu, piękne duńskie fotele z lat 60., tu materac, który choć brudny i zniszczony, jeszcze się może przydać - na przykład na budowie.
Tam ziemia ogrodowa, żwirek do wysypywania alejek, tu potłuczone szkło z okien, zdarty ze ścian siding i gruz. Duuużo gruzu.
Tam błyszcząca nowością wanna akrylowa, tu cieknące akwarium.
Tam torebka Gucci, tu resztka lakieru do paznokci. 
Tam rower, tu ogłoszenie o skradzionym rowerze.

Wiem, że można oddać wszystko i potrzebować wszystkiego - gdy niegdyś sprzedawałam na Allegro archaiczny monitor od stacjonarnego komputera, zgłosił się po niego konstruktor rzeźb z elektrośmieci. Ale to co przekazuje się z rąk do rąk tam, znacząco różni się od tego, co zmieni właścicieli tu. Tam można, dzięki hojności anonimowych darczyńców umeblować mieszkanie tak, że będzie wyglądać jak z wnętrzarskiego żurnala. Tu: zaspokoić podstawowe mieszkaniowe potrzeby. Jeśli przekona się ofiarodawcę, że jest się najbardziej potrzebującym w gronie ubiegających się o dany przedmiot. I jeśli wcześniej tego samego nie zrobi zawodowy handlarz. Gdy zajrzałam kilka tygodni temu, w poszukiwaniu łóżka dla Dzika, na gratyzchaty.pl, po przeczytaniu kilku słupków próśb, dałam sobie siana z zamieszczaniem własnego zapytania.
"Potrzebuję tego łóżka, bo śpię z bliźniakami i jest nam ciasno".
"Bardzo proszę je ofiarować mojej córce, gdyż jej łóżko zostało zniszczone przez starszą osobę, która nie trzymała moczu".
"Ładnie proszę o łóżeczko, nie stać mnie na zakup". 

Kiedyś, gdy niemal symultanicznie meblowaliśmy z M. nasze świeżo nabyte mieszkania, znaleźliśmy w polskim necie sklep z retro meblami i akcesoriami. Vitra, Starck, Verner Panton, Arne Jacobsen z odzysku, ale też dużo anonimowego skandynawskiego wzornictwa z lat 60. i 70. Ponieważ akurat wróciłam z wizyty na największym pchlim targu w Europie, czyli z Braderie w Lille, naiwnie sądziłam, że pozyskałam wiedzę o antykwarycznych cenach w Zachodniej Europie. Piękno i solidna robota musi tyle kosztować - zapewnialiśmy się nazwajem, gdy spoconymi dłońmi klikaliśmy na bankowe zlecenia przelewów za zamówione w sklepie meble. M. kupił wtedy wyściełany gołębioszarą wełną fotel o retro-linii, ja - palisandrowy kredensik. Dziś, bogatsza w wiedzę o rynku sieciowych wystawek, zainwestowałabym raczej w polowanie na londyńskim Gumtree i prywatny fracht na kontynent. Albo otwarcie własnego okienka w necie z vintage-umeblowaniem.

A ceny wyszukanych mebli z historią można podejrzeć m.in. tu oraz tu. I jeszcze tutaj.

środa, 5 września 2012

60

- Nie chcesz loda? No daj spokój, kupię ci. - pyta A. Akurat przechodzimy pod Europejskim, łypię okiem na szybę lodziarni należącej do imperium braci Gesslerów. Kręcę głową. Upycham w ustach resztkę chrupiącej bagietki, która dopiero co wyjechała z pieca, rozgrzana,  przywrócona do życia, przeniesiona ze stanu głębokiego zamrożenia na wiklinową półkę. W moim żołądku nie ma już miejsca na nic więcej.
- Na pewno nie chcesz? - A. przewraca oczami. - Ech, ty...
Tak, wiem. Ja i mój projekt - ciężko się czasem połapać, kto podejmuje decyzję.

Od 10 dni nie kupiliśmy chleba; dzisiejsza bagietka to rezultat dziury w zaopatrzeniu. Skończył się zapas z poprzedniego pieczenia, a kolejny jeszcze nie zdążył dojrzeć. Mąka wciska się w szpary naszego stołu, nie nadążam z praniem utytłanych w cieście ścierek, a na dolnej półce w lodówce stoi bateria słoików z zakwasem na różnych etapach życia. To nie jest moje pierwsze podejście do wypieku domowego chleba, ale ze względu na to, że potrafię doprowadzić do śmierci z głodu nawet najbardziej wytrzymały zakwas, dotychczasowe próby wprowadzenia chlebowego rytmu w naszym domu kończyły się na fanfarach towarzyszącym pierwszemu bochenkowi. Może tym razem będzie inaczej?

Piekarnik i zmywarka, na którą spada zadanie doczyszczenia umazanych ciastem mis i haków do miksera, chodzą non stop, kolejne torby po mące lądują w koszu na śmieci (niektóre, ku mego rozczarowaniu, z zawartością - oto konsekwencja konsumenckiej łapczywości, przeceniona o 80% mąka chlebowa, którą R. przyniósł w sobotę do domu, okazała się być bogata również w białko pochodzenia zwierzęcego) - zastanawiam się czy pieczenie chleba w domu w ogóle ma szansę być ekonomiczne?

Intryguje mnie Projekt Gospodarni - czy kampania tego typu jest w stanie wpłynąć na sprzedaż środków czystości i szamponów produkowanych przez jej sponsora?



wtorek, 4 września 2012

59

Decyzja podjęta. Kilka dni temu zarejestrowaliśmy się na portalu HomeExchange. Koszt (jakieś 165,09 zł) uznaliśmy za roboczy haracz.
Choć nasza oferta nie jest jeszcze kompletna, dziś przyszła pierwsza propozycja. Bruksela. Fajna lokalizacja, blisko parku. Końcówka września. Małżeństwo z dwuletnią córeczką, które przyjeżdża do Warszawy, żeby wziąć udział w otwarciu wystawy w galerii, o której nigdy nie słyszałam.
Ryanair lata z Modlina do Brukseli za tak zwaną złotówkę, która pomnożona przez trzy i powiększona o wszystkie dopłaty zamienia się w okrągłe sześć stówek. Za naszą trójką. Interpretuję to jako sprzyjającą okoliczność i zaczynam szukam przewodnika po Brukseli.


poniedziałek, 3 września 2012

58

Sierpień miesiącem rozpusty. Żarcie: 965, zapasy higieniczne: 122, zdrowie: 527, przyjemności: 21, tygodniowe słowackie wakacje (bez dojazdu): 1560. Pustka w lodówce i zamrażarce, naprawa auta, naprawa zęba, coś tam, coś tam  i znów pod koniec miesiąca rachunek krzyczy na czerwono.

Zdemaskowani i zainspirowani przez D., zaczynamy wspinaczkę po kolejnych stopniach wtajemniczenia w zakresie domowych żywnościowych procesów technologicznych. Ta drabina nie ma końca. Makaron, lody, kukurydziane nachos - tyle wyzwań przed nami.

Rzeczywistość wciąż jest równie niesforna co kiedyś; mimo przeczyszczenia, które zaordynowałam chałupie w czerwcu, wciąż nie kontroluję tego co się w niej dzieje i nic nie zanosi się na to, aby miało się to zmienić. Gdy jednak przez kilka dni nie mogę znaleźć żadnego z moich trzech pilników do paznokci, nie idę kupić czwartego. Przemawiam do niego czule, aż w końcu chłopak się znajduje. Nie, nie w zamrażarce, ale na jednym ze swoim licznych miejsc.

Zupełnie przypadkowo odkrywam granicę swojej własnej antykonsumpcji. Jest usypana z piasku, zmiennokształtna, porośnięta bujnym poszyciem o kędzierzawych, mocno pachnących liściach, owocującym na czerwono. Leży jakieś kilkanaście km w linii prostej od mojego mieszkania. Na Wisłą, tuż za ujściem młocińskiego kolektora. To Pomidorowa Wyspa. Choć obfitość, swoboda i determinacja kolonizujących ją psiankowatych budzi mój respekt, ich pochodzenie sprawia, że nie potrafię o nich myśleć w kategoriach spożywczych.

niedziela, 2 września 2012

57

Jedna z moich przyjaciółek opowiadała mi ostatnio, że w przymusowym ZaDarmo najtrudniejsza jest świadomość, że ma się - z powodówpermanentnego finansowego niedoboru - bardzo ograniczony dostępu do tej części miejskiego (współ)życia, za którą trzeba płacić. Koncertów, kina, teatru, kręgli, basenów, piwa tu, a wina ówdzie.

O dziwo, odkąd dobrowolnie przestawiliśmy się na tryb ZaDarmo, aktywniej uczestniczymy w życiu miasta. Raz, że ponieważ nie przeznaczamy weekendów na zakupy (poza sobotnim obskoczeniem sklepów na dzielni), faktycznie mamy więcej czasu. Dwa, że strategia ZaDarmo sprawia, że jesteśmy bardziej pomysłowi.

Gdyby nie ZaDarmo, nie dowiedziałabym się o istnieniu "koszyków ze sztuką", które można wypożyczyć w łazienkowskiej Starej Kordegardzie. Plastikowy kosz w neonowym kolorze jest wypełniony wszystkim, co się może przydać podczas weekendowego piknikowania na trawie. Kserówkami z przewodnika po Łazienkach, rozkładanym stołeczkiem, karimatą, skakanką, mazakami i kredkami. Wystarczy zajrzeć do Kordegardy, wylegitymować się i można na cały dzień wejść w posiadanie kosza.

Gdyby nie ZaDarmo nie odkryłabym nadwiślańskiej plaży z darmowymi leżakami, stołami do pingponga, boiskiem do siatkówki i genialną ścieżką spacerową, wyciśniętą w ponad 100-letnim lesie łęgowym. Przeprawa promowa z plaży na drugą stronę, pod Centrum Kopernika też jest za darmo! Sponsorowana przez ZTM.
 
Gdyby nie ZaDarmo, jedna A. nie podpowiedziałaby mi, że w upalny dzień dobrze jest się ochłodzić w wodzie na patio budynku Normana Fostera, a druga A. nie zabrałaby mnie pewnego wieczoru pod Centralny Koszyk, czyli nasz nowy stadion narodowy. Kilkadziesiąt miesięcy temu kwitł tam Jarmark Europa. Dziś w chwytającej za serce miejskiej przestrzeni (dworzec Stadion, ach), na asfaltowej obręczy zapiętej wokół gigantycznego, wysypanego żwirem parkingu spotykają się rowerzyści, rolkarze i deskarze.

Dzięki ZaDarmo przypomniałam sobie o obowiązku, jaki nakłada Ustawa o Muzeach na obiekty kulturalne. Dzień darmowego zwiedzania w Wilanowie wypada w niedzielę, w Muzeum Chopina - we wtorek, w Centrum Sztuki Współczesnej - w czwartek, w Muzeum Powstania Warszawskiego - w poniedziałek. Moja ulubiona ulubiona miejscówka, czyli Dom Spotkań z Historią nigdy nie pobiera opłat za wstęp.

Wreszcie, gdyby nie ZaDarmo, nie odkryłabym sadowniczego bogactwa na Siekierkach. Pojechaliśmy dziś tam w trójkę; tylko spod jednego drzewa zebraliśmy tyle soczystych, chrupkich, nie skolonizowanych przez robale jabłek, że starczyło na szarlotkę, gar kompotu i jeszcze zostało kilka kilogramów. - Może cydr? - rzucił nonszalancko R. Chyba jeszcze nie jestem gotowa na takie wyzwanie. Ale sok, dlaczego nie?



sobota, 1 września 2012

56

Zaczynamy 6. miesiąc. Doszłam do etapu, że codzienne ogarnianie nie-kupowania przestało zajmować mi całość pamięci operacyjnej, którą dysponuję. W głowie: spokój. Decyzje zapadają automatycznie; coraz mniej kwestii wymaga roztrząsania, coraz mniej konsumpcyjnych wyborów budzi emocje. Robi się... nudno?