sobota, 22 grudnia 2012

93

Tuż przed 11:00 jeden pojemnik na baterie jest już pełen. Druciany kontener, który stoi na pace kipi elektroszajsem; widać splątane sprężyny kabli, bebechy, które przestały iskrzeć, okaleczone układy scalone. Mróz. Minus osiem. Stajemy w kolejce. - Jedno drzewko się należy. - decyduje strażniczka kwitków na choinkę. Taksuje wzrokiem naszą wypchaną siatkę. W źrenicach ma ultradokładną wagę. - Tutaj nie ma dwóch kilogramów.
Podajemy siatkę mężczyźnie, który organizuje wstępną segregację. Wyciąga po nią rękę, chwieje się, pomaga sobie drugą. Zagląda do środka: na wierzchu jest kilka szczoteczek do zębów, telefon, golarka, ładowarka do akumulatorów, kilka lampek, które przestały spełniać swoją rolę i ukryta na dole, zasypana bateriami, zawodniczka wagi ciężkiej: zepsuta wiertarka, która przysparzała swego czasu T. sporo konstrukcyjnej satysfakcji. Aż się przegrzała. Segregator rzuca strażniczce spojrzenie. Strażniczka wciska mi w rękę drugi kwitek.
Choinki są w jednej z najdalej położonych hal. Dwa tysiące drzewek przyjechało z plantacji pod Lublinem, Fundacja Zielony Horyzont kupiła je za pieniądze Europejskiej Platfrmy Recyklingu. Ich uroda nie jest oczywista; cherlawe, wychudzone, nadmiernie wybujałe albo skarlałe wyglądają jak chorągiew świątecznych niedobitków, kaleki kontyngent, skazany na odrzucenie. Takie drzewka zostają na choinkowych straganach na sam koniec; podczas gdy ich piękne, gęste, pobłogosławione ciemnoszmaragdowym igliwiem siostry szybko znajdują tymczasowe domy, drapaków nikt nie chce.
Szybko wyławiamy naszą; jest szczupła, wysoka, ma jasną, przerzedzoną czuprynę i korzenie owinięte jutowym workiem. Korzeń jest ciężki, igliwie mocne, nie osypuje się. Wyjście drapaka jest dokumentowane przez operatora Polsatu który długim ujęciem odprowadza R. aż do wyjścia. Gdy wnosimy ją do domu, zauważamy, że nasze drzewko składa się z dwóch; jego szczuplutki pień w połowie splata się z bliźniaczym. Dwupienna pika (neologizm Dzika) jest jak świąteczna, czterolistna koniczyna. R. ma na oku ogród, w którym zamieszka, jeśli przeżyje u nas zimę.

***


W Arkadii miniaturowa choineczka upleciona z czubków jodły Nobilis kosztuje od 35 zł wzwyż. Sprzedawczyni mówi, że będzie zielona przez dwa miesiące, potem obsypie się szlachetną siwizną, sama się nie nie osypując. Pytam ją, czy surowiec do plecenia choinek pochodzi z odpadów: - Nie. Z rosnących w lesie drzewek. Którą sobie pani życzy?

Na wyjazd do Arkadii decydujemy się spontanicznie, po rozmowie z A., która opowiada o swojej niedawnej wizycie jak o jednym z bardziej traumatycznych wydarzeń w konsumpcyjnym roku. Robimy symboliczną listę zakupów (m.in. śledzie, koperek, sok buraczano-jabłkowy, bo za późno nastawiłam zakwas), zabieram jakąś przestarzałą receptę, kartki, których nie zdążyłam jeszcze wysłać. Liczę na ekstremalne doznania. Jest w końca ostatnia handlowa sobota przed Świętami, godzina 19.
W Saturnie, aptece, sklepie z herbatą, księgarni, Empiku - ścisk. W niektórych miejscach nie sposób się przecisnąć; trzeba torować sobie drogę wśród gigantycznych opakowań Geriavitu w świątecznych opakowaniach. W Karfurze - tłok umiarkowany. W sklepach z butami, torbami, dżinsami, szmatami - pustki. Mimo obniżek sięgających 50%. Sprzedawczyni koronkowej bielizny siedzi za kontuarem i obgryza paznokcie: - Wszyscy zrobili gigantyczne zakupy w czwartek, tuż przed końcem świata. - przytomnie zauważa R.
Albo właśnie robią je w lokalnej Biedronce. Bogatej w prezenty - jak głosi świąteczny slogan reklamowy.

***

Córka M. napisała list do Św. Mikołaja. Ponieważ lapoński dostarczyciel prezentów zapowiedział, ustami M., że w tym roku dostawy zabawek nie będzie (zbyt wiele wala się ich po podłodze), siedmiolatka skonstruowała listę wg praktycznego klucza: kapcie, sukienka, piżama.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz