sobota, 15 grudnia 2012

92

Pierwszą z nich otwieram. Nóż, karton, cięcie - cóż, przyzwyczajenie. Dopiero gdy Dziko z okrzykiem wyciąga spod kolorowej bibułki pudło z kręglami, uświadamiam sobie, co zrobiłam. Zamykam więc ostrożnie pokrywę pudła i wkładam je do szafy, żeby odłożyć wyjęcie reszty artefaktów na później. 
Druga, którą przynosi kurier, jest ciężka, oklejona taśmą z nazwą sklepu. Ląduje na podłodze, przesuwam ją dyskretnie nogą do najdalej położonego pokoju. Wpycham pod łóżko. Trzecią, lekką, zawiniętą w szary papier, instaluję - chwilowo - pod poduszkami. Dziko wyłuskuje ją dzień później, przynosi do kuchni. Pocie! wykrzykuje podekscytowany, wyciągając w moją stronę rączki. Pocie, mama, tu jest paczka, o której zapomniałaś! On jeszcze nie wie, czym jest świąteczne oczekiwanie.

Paczki przychodzą od rozproszonych po całej Polsce Mikołajów. Ich zawartość jest przeznaczona głównie do Dzika; nasi bliscy stoicko znoszą naszą niechęć do składania upominkowych deklaracji. O ile sami ćwiczymy się w odmawianiu odpowiedzi na  pytanie "co chcesz dostać?", w upominkowe algorytmy budujące osobiste relacje Dzika ze światem nie chcemy ingerować.  - Przecież to Święta, muszę coś kupić! - mówi moja matka. - Kup mu więc coś co Twoim zdaniem sprawi mu przyjemność.
Sami już mamy połowę prezentu dla naszego chłopczyka; R. ślęczał nad nim, w grupie innych rodziców, przez dwie godziny. Z surowca wyjściowego, skarpetki, powstało dzikie, niesklasyfikowane w żadnych z istniejących bestiariuszy zwierzę. Moim zadaniem jest powołać do życia jego partnerkę.

R. modyfikuje swoje bożonarodzeniowe zamówienie prezentowe. Podczas gdy ja przez trzy dni podglądam jak wygląda życie wewnętrzne największego domu towarowego w Europie, mój życiowy towarzysz, wycieńczony całodniowym ogarnianiem naszego wysokoenergetycznego syna, resetuje się wieczornym zestawem: domowe piwo bez gazu [dygresja nr 1: jeśli chodzi o nasycenie CO2, pierwsza warka wyszła cherlawo. nie jestem w stanie przełknąć niegazowanego piwa, ale R. zaprotestował przeciwko wylaniu zawartości całej kraty do kibla] plus Masterchef na TLC [dygresja nr 2: odkąd nie kupujemy, oglądamy w TV głównie programy o żarciu]. W jego aktualnym zamówieniu widać ślad tej rutyny: - Kupon na stek i kartoflane piure, bejbe. Do wykorzystania w dowolnym momencie.
Uff, stek jest zdecydowanie prostszy niż zaaranżowanie bezgotówkowego spotkania z instruktorem tenisa. Na korcie.

- Dobrze ci. Przez ten swój eksperyment masz idealną wymówkę. - mówi A., która przyjeżdża rano. Przywozi pastrami, doskonały ser z orzechami i kilka kilogramów elektrośmieci. W prezencie. Ponieważ nasz dom został już jakiś czas temu od nich uwolniony, A. przeczesała swoją chałupę, żebyśmy mogli bezgotówkowo wejść w posiadanie choinki*: - Słabo mi, gdy myślę o kupowaniu prezentów.
Mimo że mróz już odpuścił, moja przyjaciółka jest opatulona po uszy. Kurde, naprawdę nieźle wstrzeliłam się z kolorem, myślę chełpliwie, patrząc na splot czerwonych, pomarańczowych, fuksjowych nici, który rósł mi w rękach przez kilkanaście wieczorów, a teraz otula jej policzki. W tym widoku materializuje się to co najcenniejsze w akcie dawania: komunikat, że było warto. A. wie, jak uszczęśliwić obdarowującego.

Wśród prezentów które szykuję pod choinkę jest przede wszystkim czas, a gdy myślę o tym co chciałabym dostać, pierwszą rzeczą, które wyświetla mi się pod czaszką jest... obecność.

* - 2 kg baterii, sześcioro przedstawicieli śmieciowej drobnicy (szczoteczki do zębów, telefony, miksery, golarki, iPody), dwoje wagi średniej (monitor, telewizor, drukarka) albo jeden tzw. gabaryt (lodówka na przykład) - tyle trzeba, aby dostać etycznego świerczka do organizatorów comiesięcznej zbiórki elektroszajsu na Biobazarze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz