poniedziałek, 3 grudnia 2012

88

Ten tekst zrobił na mnie wrażenie.

W internecie poruszam się wydeptanymi ścieżkami. Poczta, forum, FB, kilka blogowych ogródków (w tym produkcja na własne poletko), prasówka, Pudelek. Jakiś czas temu zaprosiłam na swój twardy dysk, za podpowiedzią Leo Babauty, cybernetycznego podglądacza, który na bieżąco sprawdza jak wygląda aktywność mojego komputera w sieci. Wciąż zapominam do niego zajrzeć.

Odkąd M. rok temu wymeldował się (skutecznie!) z Facebooka, docenił wartość pytania, które zadaje się dawno niewidzianemu znajomemu: co u ciebie słychać? Odłączony od generatora nieustannych update'ów, naprawdę jest ciekaw.

5 komentarzy:

  1. My wakacje spędzamy bez dostępu do sieci, K bez telefonu, ja sprawdzam raz dziennie czy z rodziny nikt nie dzwonił w ważnej sprawie. Nie wyobrażam sobie nawet psucia innych, wczasowych rytuałów. Leniwych śniadań na tarasie czy wieczornych małżeńskich posiadówek przy sporej ilości wina. Ostatnio ktoś nawet zapytał: o czym Wy tak długo rozmawiacie sami po prawie 10latach małżeństwa?;)
    Trochę jak z niekupowaniem...i trochę w parze. Bez narzucania sobie ograniczeń ostatnio coraz mniej komputera i telewizji w domu. Może gdyby zmniejszyć etat w pracy też byłoby podobnie;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobry tekst.
    I jakże przerażający - kiedy uświadamiam sobie jak zaśmieciłam już sieć swoją osobą. Nie żebym przestała pisać, tam gdzie piszę aktualnie.
    Ale chyba czas uwolnić serwery od miejsc gdzie zostawiłam po sobie ślad a już nie zaglądam.
    Takie wirtualne porządki.
    Dziękuję za inspirację.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pod wpływem Twojego tekstu zaczęłam się zastanawiać, kiedy mocniej "wsiąknęłam" w sieć. Przyczyniło się do tego kilka osób. Jedna namówiła na założenie czatu (bo nie wystarczała jej wymiana myśli przez maile), ktoś inny namówił na bloga... Generalnie - te początki to było pójście w stronę konkretnych osób, bliskich przyjaciół. A potem lawinowo poszło - tu jakieś forum, tu kolejne blogi, subskrypcje, serwisy społecznościowe. W sumie nie mam jednak problemu z tym, żeby wyjechać nawet na miesiąc i być całkowicie offline. A nawet sieć później bardziej cieszy.
    A to o czym pisze Lominia - fantastyczna rzecz te długie wieczory na rozmowach, płaczu, śmianiu, głupawce, piciu wina, wspólnych projektach... po 15 latach znajomości!

    OdpowiedzUsuń
  4. To ja jestem jednak sieciową śmieciarą; łatwiej mi przeczyścić ścianę z książkami niż własną skrzynkę na gmailu, w której wciąż mam komplet wiadomości z 2007 roku. Niezarchiwizowanych.

    OdpowiedzUsuń
  5. Maile ogarniam na bieżąco, ale za to na dysku... "czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal", zatem w starych zapomnianych katalogach mam cuda na kiju. ;)

    OdpowiedzUsuń