niedziela, 2 grudnia 2012

87

Przyszedł mróz; w wiaderku z resztkami październikowej wody do podlewania balkonowego ogródka - zmrożona przezroczysta tafla. Pod nią ruch: suche liście, gałązki, kamienie, miejski pył. Śmieciowe akwarium. Dzik opukuje je z fascynacją, gdy wyrywam z doniczek zeschnięte pnie tegorocznych pomidorów. Trafiają do worka na śmieci - przez chwilę chcę do niego wsypać i ziemię (bo zużyta, czyż nie?  w nowym ogrodniczym sezonie i tak trzeba będzie kupić nową), ale wstrzymuję się. Może strzępy korzeni rozpadną się przed nadejściem wiosny?

***

Moje nie-kupowanie ewoluuje. Administrator osiedla podrzuca nam kartki z dwiema uchwałami, które aktualnie głosuje wspólnota. Obie związane z niespodziewanymi wydatkami, które mają zostać demokratycznie rozłożone na ponad 200 mieszkań. Pierwszy to zlecenie przygotowania warunków zabudowy prywatnych ogródków na naszym osiedlu: kilka tysięcy złotych. Drugi: zamontowanie osiedlowego filtra zmiękczającego wodę: tysięcy kilkadziesiąt.

Rok temu decyzję (tak albo nie) podjęłabym pewnie w pięć sekund, bez zastanowienia się, naskórkowo. Teraz jest inaczej. Najpierw idę do kanciapy administratora. Oglądamy papiery, gadamy:
- Czy przygotowanie dokumentu, który ujednolici warunki zabudowy ogródków da wspólnocie prawne narzędzie do egzekwowania aby były one faktycznie jednolite?
- Nie. 
- No to po co wydawać tę forsę?

Potem wysyłam pytanie do B., której wykształcenie i zawodowe doświadczenie jest kompatybilne z tematem mego konsumpcyjno-wspólnotowego dylematu. B. odpisuje, że osiedlowy filtr nam niepotrzebny, bo nie mamy bardzo twardej wody, a już wkrótce, po modernizacji Warszawskich Filtrów jej jakość jeszcze się poprawi. Manipulowanie twardością lepiej prowadzić na małą skalę, we własnym domu, z pomocą dzbankowego filtra, choćby dlatego, że zbytnie obniżenie twardości wody powoduje większą jej podatność na zanieczyszczenia, także bakteryjno-wirusowe. Lepiej zostawić nadzór nad twardością wody Wodociągom.

Tyle wysiłku, żeby dwa razy powiedzieć "nie". "Tak" jest zdecydowanie łatwiejsze.

 ***

- Myslałaś już o tym, jak będziesz żyć gdy przyjdzie 1 kwietnia? - pyta A., wspólniczka. Stoimy nad wielkim stołem w Mama Cafe, grzebiemy w stertach ubrań dla dzieci, przyniesionych przez uczestniczki dziecięcej wymianki Baby Swap Mnie. Ona szuka ubrań dla dwóch córek, ja dla szybko rosnącego syna: - Będziesz kombinować nową kurtkę dla Dzika czy kupować? Przestaniesz chodzić na wymianki, a zaczniesz do centrów handlowych?
Nie wiem. Nigdy nie byłam entuzjastką kupowania ciuchów z drugiej ręki, jednak korzystając z instytucji ciuchowej wymiany odczuwam trudną do zdefiniowania przyjemność. Gdy prezentuję siedzącemu na parapecie R. miękkie dżinsowe spodnie na 98, które udało mi się wyciągnąć z kotłowaniny mikro-ubranek, chudziutkie, akurat na naszego synka-szczupaka, przechodząca obok matka rzuca : - Moja córka bardzo lubiła je nosić. I to jest to, co daje mi największą przyjemność - poczucie że nie jest się kompletnie anonimowym ogniwem w łańcuchu naturalnej cyrkulacji rzeczy.

Jest jeszcze coś: gdy po blisko trzech godzinach spędzonych na matczynym ple-ple wokół stołu zasypanego stertą dziecięcego przyodziewku, wracam do domu, jestem zmęczona. Ale to inne zmęczenie niż to, które jest efektem klasycznych zakupów. Nie otępia, a dziwnie odświeża.

A korzyść materialna? Moje dziecko pozbyło się dwóch toreb ubrań, których już mu nie potrzeba, a zyskało kilkanaście ładnych rzeczy, w których będzie biegać z pewnością dłużej niż do następnej wymianki dziecięcych łachów, która już 2 marca 2013 roku. Bez Baby Swap Mnie trudno mi byłoby żyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz