piątek, 28 grudnia 2012

97

Posucha. W dziewiątym miesiącu nie-kupowania kończą nam się zapasy rzeczy, bez których teoretycznie można żyć. Płyn do płukania. Folia aluminiowa. Patyczki do uszu. Zmywaki do wycierania blatu. Sezam. Majeranek. Miód. Bez miodu wytrzymujemy tydzień; najpierw R. przynosi do domu słoiczek wielokwiatowego, który wprawiony przez Dzika w ruch zakończony swobodnym spadkiem z kuchennego blatu, zamienia się w słodką, najeżoną potłuczonym szkłem pulpę na podłodze, potem, tuż przed Wigilią, kupujemy słój gryczanego. Szybko znika.

Coraz puściej jest na łazienkowej półce. Wieczorem wyskrobuję najmniejszym palcem resztki kremu z pudełka - wciągam nozdrzami jego nagietkowy zapach i już za nim tęsknię, może dlatego że jest nie do kupienia? Ostatnią porcję pilingu do twarzy dedykuję piętom, które każdą wysuszoną komórką tęsknią za kontaktem z profesjonalną frezarką. Coraz rzadziej dawkuję sobie psiki ulubionego zapachu, pacykuję rzęsy trzema warstwami tuszu. Byle do końca marca.
Tusz musi być słabo widoczny, bo gdy odwiedzam M., ta przygląda mi się z uwagą, po czym stawia na stole flakon z czyniącym cuda koncentratem: - Dr Hauschka. Kup, mówię ci. Nie żałuj sobie, a nie pożałujesz. A. wręcza mi stos opakowanych w folię pudełek. Perfumy Dolce&Gabbana, balsam, krem do rąk, do twarzy, maseczka: - Jakoś dociągniesz do końca marca, co? 

Rzeczywistość się w przyspieszonym tempie przeciera. Zostały mi 2 (dwie) pary całych portek do codziennego zimowego użytku. Jedne z nich to spodnie narciarskie. Tęsknię za zbyt dużymi dżinsami, które latem zamieniłam na szafę do Dzikowego pokoju; naciągnięte na warstwę grubej rajtuzowej izolacji, byłyby idealne.


***

Szykując żarcie na wigilijny stół, chciałabym - podobnie jak B., jedna z mini-wspólniczek - sięgnąć do zapasów gromadzonych przez cały rok. Ale zapasów tych - poza grzybowym suszem w ogromnej ilości - zasadniczo nie posiadam. Niemal wszystko więc kupujemy: kapustę kiszoną, karpia, matjasy i towarzystwo do nich, mąkę na pierogi, susz na kompot, barszcz w kartonie. Plan jest taki, żeby upiec makowiec (i zutylizować makowy zapas z ubiegłego roku), jednak nikt z sąsiadów i znajomych nie ma maszynki do jego mielenia, pieczemy więc proste drożdżowe ciasto. Przykryte ściereczką, wciśnięte między garnek z zakwasem na barszcz a misę z owocami, zapomniane, powoli się petryfikuje, aż osiąga strukturę podobną do pumeksu. Dziś wynoszę je do kosza na śmieci.
Koszt naszej potrójnej Wigilii: 137,5 zł. Z hiszpańskim winem (43 zł), na które decydujemy się impulsowo, w ostatnim momencie. Żadne z nas jednak nie czuje się winne. 

***

Kiedyś, gdy sieć jeszcze nie wplatała się we wszystkie dziedziny życia, M., właścicielka jednej z knajp na warszawskich Fortach Racławickich, urządzała cykliczne anihilowanie niechcianych prezentów. Każdy przynosił to co trzymał w najgłębszych czeluściach szaf, po czym następowało kolektywne unicestwianie. Ulga, zadowolenie, ale też cień poczucia winy - uczucia, które towarzyszyły wysyłaniu niechcianych prezentów na tamten świat, były ambiwalentne.
Być może poczucie anonimowości, które daje internet sprawiło, że w którymś momencie wysiłki w celu darowania niechcianym prezentom drugiego życia przestały być uważane za coś wstydliwego, a stało się jednym z świątecznych zadań do wykonania. Pierwsze efekty wymiatania bajzlu spod choinki trafiają na Tablicę.pl jeszcze w Wigilię. Gdy mija upominkowe moratorium, czyli dzień po zakończeniu Świąt, ich napływ przybiera i rozlewa się szerokim strumieniem. Tylko dziś po południu na moim ulubionym sieciowym bazarze wymiany towarowej pojawiają się skórzane portfele, kosmetyki dla kobiet, zapachy dla mężczyzn, fartuch kuchenny w świąteczny rzucik, albumy, herbaty, czekolady, porcelana i szkło, wieczne pióro, plastikowe klocki Fiszer-Srajs, a nawet stacja meteorologiczna.
Do wymiany niechcianych podarków na chciane namawia Wymiennik, podobnie czyni Thingo. Do oddawania tego, co nam się nie spodobało, zachęca też Jurek Owsiak (upominki przeznaczone na aukcje Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy można deklarować na stronie http://aukcje.wosp.org.pl/), Sklepowisko ze Szmulek oraz paulini z częstochowskiej Jasnej Góry.

Jeśli wśród prezentów, które nie wpasowały się w Wasze oczekiwania, znajduję się przedmioty, które mogą stworzyć nowy dom, oddajcie je tym, przed którymi los postawił właśnie takie zadanie.

niedziela, 23 grudnia 2012

95

Ekomania mnie tu przekierowała. Pomóżmy.

94

Zamek z kartonu. Talony na przysługi, do wykorzystania w dowolnym czasie, wycięte z luks-tektury, pochodzącej z teczki po materiałach prasowych KaDeWe. Koperty na talony z tzw. odzysku.

Choinka za elektrośmieci. Donica na choinkę od A.

Karp z Mazur, śledzie z Karfura, barszcz z kartonu, grzyby w kapuście z kaszubskiego lasu, zbierane dłońmi mej rodzicielki. Czerwone pomarańcze z Sycylii, królik z mięsnej wymiany towarowej; dostał się nam za gęś. Ciasto drożdżowe z przepisu, który moja szefowa rozsyłała zamiast świątecznych życzeń. Mąka orkiszowa, jajka, mleko, cukier - słodki, pyszny banał.

Niekupowanie świąteczne okazało się tak proste, że aż nużące. Nużące do tego stopnia, że wczorajsze arkadyjskie doświadczenie podziałało na nas odświeżająco.

Życzę Wam obfitości i/lub prostoty - do wyboru lub w komplecie, w zależności od aktualnego zapotrzebowania.

Bardzo jestem ciekawa co kupiłby Jezus.

sobota, 22 grudnia 2012

93

Tuż przed 11:00 jeden pojemnik na baterie jest już pełen. Druciany kontener, który stoi na pace kipi elektroszajsem; widać splątane sprężyny kabli, bebechy, które przestały iskrzeć, okaleczone układy scalone. Mróz. Minus osiem. Stajemy w kolejce. - Jedno drzewko się należy. - decyduje strażniczka kwitków na choinkę. Taksuje wzrokiem naszą wypchaną siatkę. W źrenicach ma ultradokładną wagę. - Tutaj nie ma dwóch kilogramów.
Podajemy siatkę mężczyźnie, który organizuje wstępną segregację. Wyciąga po nią rękę, chwieje się, pomaga sobie drugą. Zagląda do środka: na wierzchu jest kilka szczoteczek do zębów, telefon, golarka, ładowarka do akumulatorów, kilka lampek, które przestały spełniać swoją rolę i ukryta na dole, zasypana bateriami, zawodniczka wagi ciężkiej: zepsuta wiertarka, która przysparzała swego czasu T. sporo konstrukcyjnej satysfakcji. Aż się przegrzała. Segregator rzuca strażniczce spojrzenie. Strażniczka wciska mi w rękę drugi kwitek.
Choinki są w jednej z najdalej położonych hal. Dwa tysiące drzewek przyjechało z plantacji pod Lublinem, Fundacja Zielony Horyzont kupiła je za pieniądze Europejskiej Platfrmy Recyklingu. Ich uroda nie jest oczywista; cherlawe, wychudzone, nadmiernie wybujałe albo skarlałe wyglądają jak chorągiew świątecznych niedobitków, kaleki kontyngent, skazany na odrzucenie. Takie drzewka zostają na choinkowych straganach na sam koniec; podczas gdy ich piękne, gęste, pobłogosławione ciemnoszmaragdowym igliwiem siostry szybko znajdują tymczasowe domy, drapaków nikt nie chce.
Szybko wyławiamy naszą; jest szczupła, wysoka, ma jasną, przerzedzoną czuprynę i korzenie owinięte jutowym workiem. Korzeń jest ciężki, igliwie mocne, nie osypuje się. Wyjście drapaka jest dokumentowane przez operatora Polsatu który długim ujęciem odprowadza R. aż do wyjścia. Gdy wnosimy ją do domu, zauważamy, że nasze drzewko składa się z dwóch; jego szczuplutki pień w połowie splata się z bliźniaczym. Dwupienna pika (neologizm Dzika) jest jak świąteczna, czterolistna koniczyna. R. ma na oku ogród, w którym zamieszka, jeśli przeżyje u nas zimę.

***


W Arkadii miniaturowa choineczka upleciona z czubków jodły Nobilis kosztuje od 35 zł wzwyż. Sprzedawczyni mówi, że będzie zielona przez dwa miesiące, potem obsypie się szlachetną siwizną, sama się nie nie osypując. Pytam ją, czy surowiec do plecenia choinek pochodzi z odpadów: - Nie. Z rosnących w lesie drzewek. Którą sobie pani życzy?

Na wyjazd do Arkadii decydujemy się spontanicznie, po rozmowie z A., która opowiada o swojej niedawnej wizycie jak o jednym z bardziej traumatycznych wydarzeń w konsumpcyjnym roku. Robimy symboliczną listę zakupów (m.in. śledzie, koperek, sok buraczano-jabłkowy, bo za późno nastawiłam zakwas), zabieram jakąś przestarzałą receptę, kartki, których nie zdążyłam jeszcze wysłać. Liczę na ekstremalne doznania. Jest w końca ostatnia handlowa sobota przed Świętami, godzina 19.
W Saturnie, aptece, sklepie z herbatą, księgarni, Empiku - ścisk. W niektórych miejscach nie sposób się przecisnąć; trzeba torować sobie drogę wśród gigantycznych opakowań Geriavitu w świątecznych opakowaniach. W Karfurze - tłok umiarkowany. W sklepach z butami, torbami, dżinsami, szmatami - pustki. Mimo obniżek sięgających 50%. Sprzedawczyni koronkowej bielizny siedzi za kontuarem i obgryza paznokcie: - Wszyscy zrobili gigantyczne zakupy w czwartek, tuż przed końcem świata. - przytomnie zauważa R.
Albo właśnie robią je w lokalnej Biedronce. Bogatej w prezenty - jak głosi świąteczny slogan reklamowy.

***

Córka M. napisała list do Św. Mikołaja. Ponieważ lapoński dostarczyciel prezentów zapowiedział, ustami M., że w tym roku dostawy zabawek nie będzie (zbyt wiele wala się ich po podłodze), siedmiolatka skonstruowała listę wg praktycznego klucza: kapcie, sukienka, piżama.

sobota, 15 grudnia 2012

92

Pierwszą z nich otwieram. Nóż, karton, cięcie - cóż, przyzwyczajenie. Dopiero gdy Dziko z okrzykiem wyciąga spod kolorowej bibułki pudło z kręglami, uświadamiam sobie, co zrobiłam. Zamykam więc ostrożnie pokrywę pudła i wkładam je do szafy, żeby odłożyć wyjęcie reszty artefaktów na później. 
Druga, którą przynosi kurier, jest ciężka, oklejona taśmą z nazwą sklepu. Ląduje na podłodze, przesuwam ją dyskretnie nogą do najdalej położonego pokoju. Wpycham pod łóżko. Trzecią, lekką, zawiniętą w szary papier, instaluję - chwilowo - pod poduszkami. Dziko wyłuskuje ją dzień później, przynosi do kuchni. Pocie! wykrzykuje podekscytowany, wyciągając w moją stronę rączki. Pocie, mama, tu jest paczka, o której zapomniałaś! On jeszcze nie wie, czym jest świąteczne oczekiwanie.

Paczki przychodzą od rozproszonych po całej Polsce Mikołajów. Ich zawartość jest przeznaczona głównie do Dzika; nasi bliscy stoicko znoszą naszą niechęć do składania upominkowych deklaracji. O ile sami ćwiczymy się w odmawianiu odpowiedzi na  pytanie "co chcesz dostać?", w upominkowe algorytmy budujące osobiste relacje Dzika ze światem nie chcemy ingerować.  - Przecież to Święta, muszę coś kupić! - mówi moja matka. - Kup mu więc coś co Twoim zdaniem sprawi mu przyjemność.
Sami już mamy połowę prezentu dla naszego chłopczyka; R. ślęczał nad nim, w grupie innych rodziców, przez dwie godziny. Z surowca wyjściowego, skarpetki, powstało dzikie, niesklasyfikowane w żadnych z istniejących bestiariuszy zwierzę. Moim zadaniem jest powołać do życia jego partnerkę.

R. modyfikuje swoje bożonarodzeniowe zamówienie prezentowe. Podczas gdy ja przez trzy dni podglądam jak wygląda życie wewnętrzne największego domu towarowego w Europie, mój życiowy towarzysz, wycieńczony całodniowym ogarnianiem naszego wysokoenergetycznego syna, resetuje się wieczornym zestawem: domowe piwo bez gazu [dygresja nr 1: jeśli chodzi o nasycenie CO2, pierwsza warka wyszła cherlawo. nie jestem w stanie przełknąć niegazowanego piwa, ale R. zaprotestował przeciwko wylaniu zawartości całej kraty do kibla] plus Masterchef na TLC [dygresja nr 2: odkąd nie kupujemy, oglądamy w TV głównie programy o żarciu]. W jego aktualnym zamówieniu widać ślad tej rutyny: - Kupon na stek i kartoflane piure, bejbe. Do wykorzystania w dowolnym momencie.
Uff, stek jest zdecydowanie prostszy niż zaaranżowanie bezgotówkowego spotkania z instruktorem tenisa. Na korcie.

- Dobrze ci. Przez ten swój eksperyment masz idealną wymówkę. - mówi A., która przyjeżdża rano. Przywozi pastrami, doskonały ser z orzechami i kilka kilogramów elektrośmieci. W prezencie. Ponieważ nasz dom został już jakiś czas temu od nich uwolniony, A. przeczesała swoją chałupę, żebyśmy mogli bezgotówkowo wejść w posiadanie choinki*: - Słabo mi, gdy myślę o kupowaniu prezentów.
Mimo że mróz już odpuścił, moja przyjaciółka jest opatulona po uszy. Kurde, naprawdę nieźle wstrzeliłam się z kolorem, myślę chełpliwie, patrząc na splot czerwonych, pomarańczowych, fuksjowych nici, który rósł mi w rękach przez kilkanaście wieczorów, a teraz otula jej policzki. W tym widoku materializuje się to co najcenniejsze w akcie dawania: komunikat, że było warto. A. wie, jak uszczęśliwić obdarowującego.

Wśród prezentów które szykuję pod choinkę jest przede wszystkim czas, a gdy myślę o tym co chciałabym dostać, pierwszą rzeczą, które wyświetla mi się pod czaszką jest... obecność.

* - 2 kg baterii, sześcioro przedstawicieli śmieciowej drobnicy (szczoteczki do zębów, telefony, miksery, golarki, iPody), dwoje wagi średniej (monitor, telewizor, drukarka) albo jeden tzw. gabaryt (lodówka na przykład) - tyle trzeba, aby dostać etycznego świerczka do organizatorów comiesięcznej zbiórki elektroszajsu na Biobazarze.

środa, 5 grudnia 2012

90

Taki weekend zdarza się tylko raz w roku. Cała Warszawa się wymienia, wyprzedaje, recyklinguje, transformuje.

W sobotę na Żoliborzu, gdzie Fortowisko oraz bARTer.
Oraz na Kamionku, na Mińskiej, gdzie Przetwory w Soho Factory, a na nich poza szeroko pojętym przetwórstwem śmieci na sztukę:
- Thingo czyli wymiana dziecięco-rodzicielskich usług oraz gadżetów w realu
- Litfixpol czyli natychmiastowy serwis wszystkiego tego co wydaje się być nienaprawialne.
- zbiórka elektrośmieci (z upominkami)
- oraz akcja Jabłko za Zeszyt - wymiana art. papierniczo-malarsko-rysunkowych na jabłka prosto z sadu.

Na wspólne, darmowe rysowanie podczas Kongresu Rysowników nie starczy już dnia.

W niedzielę kontynuacja Przetworów, a także dorosły SwapMnie czyli bezgotówkowa wymiana ubrań w Kulturalnej. Oraz Ciuchowisko na Smolnej, jeśli niestraszna Wam płatna szatnia.

wtorek, 4 grudnia 2012

89

R. dzieli się dziś ze mną swoją bożonarodzeniową potrzebą: godzina na korcie tenisowym, tete-a-tete z trenerem. Jest zdeterminowany; nie ma miejsca na negocjacje.

Wg badań przeprowadzonych przez Deloitte wynika, że przeciętna polska rodzina wyda na wszystko co związane ze Świętami (przygotowania, przejazdy do rodziny, artykuły spożywcze, prezenty) 1280 zł (312 euro). Więcej niż w ubiegłym roku! Echo kryzysu widoczne jest jednak w deklaracjach dotyczących rozkładu wydatków: Polacy zobowiązują się do zachowania szczególnej wydatkowej uważności w sferze prezentowej. Nie chcą natomiast oszczędzać na jedzeniu.

Badania były częścią ogólnoeuropejskiego projektu, w którym przepytano kilkanaście tysięcy osób w 18 krajach. Tylko Holendrzy deklarowali w nich niewielkie zainteresowanie świątecznymi wydatkami; planując przepuścić nie więcej niż 287 euro na rodzinę. Średnia europejska to 2420 zł (591 euro).

A w Trójce Grażyna Dobroń i Małgorzata Kosowska z WWF opowiadały o mini-prezentach.


poniedziałek, 3 grudnia 2012

88

Ten tekst zrobił na mnie wrażenie.

W internecie poruszam się wydeptanymi ścieżkami. Poczta, forum, FB, kilka blogowych ogródków (w tym produkcja na własne poletko), prasówka, Pudelek. Jakiś czas temu zaprosiłam na swój twardy dysk, za podpowiedzią Leo Babauty, cybernetycznego podglądacza, który na bieżąco sprawdza jak wygląda aktywność mojego komputera w sieci. Wciąż zapominam do niego zajrzeć.

Odkąd M. rok temu wymeldował się (skutecznie!) z Facebooka, docenił wartość pytania, które zadaje się dawno niewidzianemu znajomemu: co u ciebie słychać? Odłączony od generatora nieustannych update'ów, naprawdę jest ciekaw.

niedziela, 2 grudnia 2012

87

Przyszedł mróz; w wiaderku z resztkami październikowej wody do podlewania balkonowego ogródka - zmrożona przezroczysta tafla. Pod nią ruch: suche liście, gałązki, kamienie, miejski pył. Śmieciowe akwarium. Dzik opukuje je z fascynacją, gdy wyrywam z doniczek zeschnięte pnie tegorocznych pomidorów. Trafiają do worka na śmieci - przez chwilę chcę do niego wsypać i ziemię (bo zużyta, czyż nie?  w nowym ogrodniczym sezonie i tak trzeba będzie kupić nową), ale wstrzymuję się. Może strzępy korzeni rozpadną się przed nadejściem wiosny?

***

Moje nie-kupowanie ewoluuje. Administrator osiedla podrzuca nam kartki z dwiema uchwałami, które aktualnie głosuje wspólnota. Obie związane z niespodziewanymi wydatkami, które mają zostać demokratycznie rozłożone na ponad 200 mieszkań. Pierwszy to zlecenie przygotowania warunków zabudowy prywatnych ogródków na naszym osiedlu: kilka tysięcy złotych. Drugi: zamontowanie osiedlowego filtra zmiękczającego wodę: tysięcy kilkadziesiąt.

Rok temu decyzję (tak albo nie) podjęłabym pewnie w pięć sekund, bez zastanowienia się, naskórkowo. Teraz jest inaczej. Najpierw idę do kanciapy administratora. Oglądamy papiery, gadamy:
- Czy przygotowanie dokumentu, który ujednolici warunki zabudowy ogródków da wspólnocie prawne narzędzie do egzekwowania aby były one faktycznie jednolite?
- Nie. 
- No to po co wydawać tę forsę?

Potem wysyłam pytanie do B., której wykształcenie i zawodowe doświadczenie jest kompatybilne z tematem mego konsumpcyjno-wspólnotowego dylematu. B. odpisuje, że osiedlowy filtr nam niepotrzebny, bo nie mamy bardzo twardej wody, a już wkrótce, po modernizacji Warszawskich Filtrów jej jakość jeszcze się poprawi. Manipulowanie twardością lepiej prowadzić na małą skalę, we własnym domu, z pomocą dzbankowego filtra, choćby dlatego, że zbytnie obniżenie twardości wody powoduje większą jej podatność na zanieczyszczenia, także bakteryjno-wirusowe. Lepiej zostawić nadzór nad twardością wody Wodociągom.

Tyle wysiłku, żeby dwa razy powiedzieć "nie". "Tak" jest zdecydowanie łatwiejsze.

 ***

- Myslałaś już o tym, jak będziesz żyć gdy przyjdzie 1 kwietnia? - pyta A., wspólniczka. Stoimy nad wielkim stołem w Mama Cafe, grzebiemy w stertach ubrań dla dzieci, przyniesionych przez uczestniczki dziecięcej wymianki Baby Swap Mnie. Ona szuka ubrań dla dwóch córek, ja dla szybko rosnącego syna: - Będziesz kombinować nową kurtkę dla Dzika czy kupować? Przestaniesz chodzić na wymianki, a zaczniesz do centrów handlowych?
Nie wiem. Nigdy nie byłam entuzjastką kupowania ciuchów z drugiej ręki, jednak korzystając z instytucji ciuchowej wymiany odczuwam trudną do zdefiniowania przyjemność. Gdy prezentuję siedzącemu na parapecie R. miękkie dżinsowe spodnie na 98, które udało mi się wyciągnąć z kotłowaniny mikro-ubranek, chudziutkie, akurat na naszego synka-szczupaka, przechodząca obok matka rzuca : - Moja córka bardzo lubiła je nosić. I to jest to, co daje mi największą przyjemność - poczucie że nie jest się kompletnie anonimowym ogniwem w łańcuchu naturalnej cyrkulacji rzeczy.

Jest jeszcze coś: gdy po blisko trzech godzinach spędzonych na matczynym ple-ple wokół stołu zasypanego stertą dziecięcego przyodziewku, wracam do domu, jestem zmęczona. Ale to inne zmęczenie niż to, które jest efektem klasycznych zakupów. Nie otępia, a dziwnie odświeża.

A korzyść materialna? Moje dziecko pozbyło się dwóch toreb ubrań, których już mu nie potrzeba, a zyskało kilkanaście ładnych rzeczy, w których będzie biegać z pewnością dłużej niż do następnej wymianki dziecięcych łachów, która już 2 marca 2013 roku. Bez Baby Swap Mnie trudno mi byłoby żyć.