wtorek, 27 listopada 2012

85

Zgasła bez trzasku, bez dymu, po cichutko. Po prostu nagle przestała świecić; może wysiadły korki? - pomyślałam. Przeżyła jakieś 2 i pół roku, zdecydowanie nie była eksploatowana, pracowała zrywami, na nocne zmiany, po których przychodziło długie lenistwo - dużo to na żarówkę czy mało? Dziś rano wykręciłam ją z nocnej lampki; odpocznie, nieboszczka, gdzieś wśród elektrośmieci.

W elektrowni wodnej w Soszycy od prawie stu lat świecą dwie szklane bańki, wyprodukowane w latach 20. XX wieku przez niemiecką firmę Osram. Kruche klosze kryją dwa pręciki z węglowego włókna, które rozjarzają się gdy do aparatury, kontrolującej pracę elektrowni, dojdzie sygnał o jakiejś nieprawidłowości: wyłączy się generator, pojawi przepięcie albo gdzieś walnie piorun. Praca żarówek-seniorek jest więc dość nerwowa i biorąc pod uwagę to, że mówi się, iż częste włączanie i wyłączanie skraca żarówkowe życie, niebezpieczna. Mimo to siostry-żarówki wciąż trwają na stanowisku - są niczym mityczni przedwojenni ludzie, najwidoczniej ulepione z innej gliny, wydmuchane z innego szkła, sklecone z innego żarowego drucika. To dwie najstarsze działające żarówki w Polsce, jakie udało mi się znaleźć. Palą się od ponad 90 lat. Być może zeszły z taśmy produkcyjnej w ostatnim momencie przed podpisaniem nieformalnego paktu największych producentów żarówek na świecie, którzy w wigilię 1924 roku, tuż przez wybuchem Wielkiego Kryzysu uzgodnili że dołożą wszelkich starań, żeby obniżyć cykl życia przeciętnej żarówki do 1000 godzin?

Dziewczyny z Soszycy są więc odrobinę młodsze od najstarszej żarówki świata, która pracuje nieprzerwanie od 1901 roku. Film, którego jest jedną z głównych bohaterek, sprawił, że uważniej przyglądam się cyklowi życia przedmiotów, które mnie otaczają.

O planowanym postarzaniu rzeczy po raz pierwszy usłyszałam gdzieś w 1998 roku; gdy Daewoo rozpoczęło ostrą kampanię reklamową  trzech nowych modeli samochodów. Leganza, Nubira i Lanos - jako jedyne nowe auta dostępne na polskim rynku - były sprzedawane z trzyletnią gwarancją. - To dla naiwniaków. - mówił Dobrze Zorientowany Kolega - Po trzech latach się mają rozpadać. Lanosów sprzedawało się w Polsce i 50 tysięcy rocznie; wielu z nabywców nigdy nie miało z nimi większych problemów. Kolega wieszcz nie miał więc racji? A może nie miał racji jedynie w wypadku Lanosa?

Z planowanym postarzaniem produktów jest tak, jak z każdym zjawiskiem z katalogu "spiskowa teoria dziejów" - każdy o nim słyszał, każdy z niego coś dla siebie wyłuskał, oficjalnie nie traktuje się go poważnie, ale dokonując konsumpcyjnych wyborów, pozostaje się pod jego wpływem. Jedna z moich przyjaciółek, urządzając swoje mieszkanie dała się namówić na zakup wyprodukowanego w Niemczech, więc teoretycznie mniej usterkowego sprzętu AGD. Dwa razy droższy sprzęt psuł się jednak tak samo ochoczo jak ten sam, dostępny w polskim markecie. Tyle, że po upływie gwarancji. Pamiętam nasz zachwyt, gdy 3 dni po odesłaniu do serwisu nowiutkiej Motoroli, w której pękła szybka, kurier przyniósł nam jeszcze nowszą, pachnącą chińską fabryką. I frustrację, gdy okazało się że koszt naprawy laserowej drukarki HP miał według szacunków serwisanta kosztował tyle co nowa drukarka. R. się wtedy, podobnie jak bohater "Spisku" zawziął i nie odpuścił, tak długo grzebał w drukarce i w necie, że w końcu znalazł powód awarii. Znalazł brakującą część w sieci, kupił ją, wymienił - to było 8 lat temu. Drukarka wciąż działa.

Dla mnie "Spisek żarówkowy" nie jest filmem o spisku. Jest za to filmem o drodze do wyboru, którą my, jako konsumenci, musimy sami sobie wyrąbywać. Bo wybór, jaki oferują nam producenci (gwarancja roczna albo rozszerzona, chińszczyzna kontra porządna niemiecka robota, Amica kontra Miele) to wybór pozorny. To nie my podejmujemy w nim decyzję.

***

Mikserowi przed śmiercią trafił się radiowy epizod. Tutaj można posłuchać jak dawał czadu zanim padł:-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz