niedziela, 25 listopada 2012

83

Sobota nie jest ortodoksyjnie bezzakupowa. Idę rano do sklepu na dzielni po schab, schabu nie ma, został rozdrapany przez dzielnicowych amatorów nie przerośniętej świniny. Zastygam przy ladzie, pod którą sery z Wiżajn, z Gołdapi, z Korycina, z Litwy. Zawieszam się, skanuję w myślach domową lodówkę. Ser - jest. Ale jak to tak? Zainwestować czas w wyprawę do sklepu i wyjść z niego bez niczego? Na ladzie ląduje paczka chrupków z melasą i żelki owocowe. - Daj, daj. - Dziko wyciąga rączkę, bierze dwa naraz, kwadrans później, gdy dojeżdżamy do Ronda Daszyńskiego, słyszę z tylnego siedzenia podejrzany chlupot. Zwrot.

- Kupiłaś coś dziś?- zagajam A., z którą spędzam jej urodzinowy dzień.

A. pokazuje mi brytfannę wyłożoną świeżo wymytą marchwią, pietruszką, kartoflami: - A jak myślisz?

Mój świat nie jest zainteresowany jednodniowym zakupowym postem. - Kiedyś przecież muszę zrobić te zakupy - odpowiadają znajomi, gdy pytam ich o plany na sobotę.

Gdy wracam wieczorem spod Warszawy, słyszę w radiu wypowiedź przewodniczącego ogólnopolskiego stowarzyszenia kupców:  - Dzień bez zakupów? W zwykłą handlową sobotę? Niemożliwe. Może powinien wypadać w dzień świąteczny, gdy zakupy można zrobić tylko na stacji benzynowej?

W Helsinkach supermarkety w soboty są czynne do 18, a w niedziele - jeszcze krócej albo w ogóle.

***

- Jakiś krótki ten tekst, poprzycinany. Jak teaser. Będzie ciąg dalszy? - mówią ci, którzy czytali w Polityce.

Będzie. I dalszy, i grubszy.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz