wtorek, 20 listopada 2012

82

"Being a good host is an important part of the home exchange process" - mówi instrukcja postępowania zamieszczona na portalu HomeExchange. Ponieważ chcę być jak najlepszą gospodynią, dzień przed przyjazdem Jaany szoruję kuchenne deski na kolanach, zdrapując zaschnięte okruchy tego, co kiedyś było częścią składową obiadów serwowanych naszemu dziecku, a które ono ma zwyczaj wklepywać, wcierać, wklejać w podłogę. Składam równo ręczniki. Pucuję ekspres do kawy. Porządkuję sztućce w szufladzie. Robię miejsce w lodówce; wyrzucam wszystko co straciło świeżość i wdzięk. Na dolnej półce stawiam pudełko z domową kiszoną kapustę, obok kładę pętko kiełbasy z dzika. Piekę chleb - orkiszowy, bo ten najlepiej mi wychodzi.
Schodzę do wózkarni. na kierownicy jednego z naszych zbitych w stadko rowerów zawiązuję żółtą wstążkę; Finkom będzie łatwiej je wyłuskać z gromady bicykli sąsiadów.
Z kartograficznej szuflady wyciągam rowerową mapę Warszawy, zaznaczam na niej miejsca które lubię, kładę na stole album o stołecznych neonach, piszę długi list. Najpierw ręcznie, ale gdy po raz kolejny skreślam błędnie zbudowane zdanie, na komputerze. Rozgośćcie się, jedzcie, pijcie, używajcie. Koniecznie przypinajcie rowery, gdy będziecie je zostawiać na zewnątrz.

"Basically, staying in someone else's home is like living in your own household"

Jaana zostawia nam w lodówce baterię pudełek z wypisanymi ręcznie etykietami z srebrnej taśmy (tej samej, której na filmach używa się do kneblowania): domowy dżem rabarbarowy, domowa musztarda. W lodówkowych drzwiach, zgodnie z zaleceniami HomeExchange, chłodzi się mały szampan. Jedna z szaf w przedpokoju jest pusta; czeka na nasze rzeczy. Na stole, przykrytym nowym obrusem z kultowym, kwiatowym wzorem od Marimekko, leży list, prywatny bilet sieciowy na okaziciela, dzięki któremu zaoszczędzamy ponad pół euro na każdym przejeździe, instrukcja obsługi pralki i stos świeżych ulotek, folderów i map. - A ja, kurde zostawiłam jej jedną mapę. Z 2004 roku. - mówię do R. - I nie oczyściłam dla niej ani jednej szuflady. Wstyd.
Jaana mieszka pod Helsinkami, na osiedlu niskich bloków z prefabrykatów, które jednak, dzięki wkomponowaniu go w młody lasek, robi dużo lepsze wrażenie niż wielka płyta w polskim wydaniu. Na placu między ustawionymi w kwadrat blokami jest plac zabaw i stanowisko do barbecue, przed wejściem na klatkę stoi szczotkowa maszyneria do oczyszczania butów, na parterze, drzwi do wózkowni sąsiadują z wejściem do sauny, z której mogą korzystać mieszkańcy. Gdy w sobotni wieczór mijamy siedzącego na dworze mężczyzny, który zawinięty tylko w ręcznik delektuje się papierosem, wysyłam do Jaany esemesa z zapytaniem czy też możemy skorzystać z sauny. - Niestety, nie zrobiłam rezerwacji.

"The Golden Rule of home exchange is to treat your host's home as if it were your own and leave it the way you found it (if not better)".

Mieszkanie w domu obcej osoby jest osobliwym doświadczeniem. Przez pięć dni obecności w należącej do Jaany przestrzeni dowiaduję się o niej więcej niż pewnie udałoby mi się podczas normalnego spotkania - gdzieś na neutralnym gruncie. Zauważam, że jest kolekcjonerką kruchych przedmiotów; wyjmujemy je, jeden po drugim, z ciekawskich rączek Dzika i układamy na najwyższej półce. Lubi kurtki w strażackich kolorach, odważną sztukę i ekologiczne kosmetyki. Słodzi kawę stewią, dla gości ma cukier muscovado. Jak każda fińska menadżerka domowego ogniska, wykazuje się ceramicznym patriotyzmem; w jej szafkach widać głównie skorupy i szkła Iittali*. Przywiązuje się do przedmiotów i nie zmienia ich gdy wykażą pierwsze objawy zużycia. Gdy R. próbuje umyć przed wyjazdem podłogę, a ja naczynia, Dziko wchodzi w kontakt w deską do prasowania, którą wyjmujemy na czas sprzątania z szafy i łapie za kawał oderwanego pokrycia. Trzask i po pokryciu. Trzeba będzie uruchomić Paypal.

Jeszcze wiele lekcji do odrobienia przed nami, barbarzyńcami. Ale już się szykujemy na kolejną wymianę.


* - w helsińskim Muzeum Designu oglądamy fajną wystawę zdjęć, zrobionych przez sprzątaczkę, która przez kilkanaście miesięcy zajmowała się doprowadzaniem do ładu kilkunastu fińskich mieszkań. W każdym z nich natrafiła na te same naczynia - sygnowane małą literą "i". Trudno o bardziej wymowny przykład konsumenckiego patriotyzmu.

3 komentarze:

  1. Genialnie. Inspirujesz mnie przeogromnie.
    Od jakiegoś czasu zastanawiałam się nad couchserfingiem, home exchange jakoś mi na myśl nie przyszedł.
    Może jednak warto spróbować...
    Teraz tylko jeszcze podziel się pomysłami na zwiedzanie Helsinek za darmo!

    OdpowiedzUsuń
  2. Aube, home exchange jest dla mnie rozwiązaniem optymalnym; nie jestem ekstremalnie towarzyską osobą:-)

    Magda, masz mnie:-)

    OdpowiedzUsuń