piątek, 30 listopada 2012

86


"Dzień dobry, kilka lat temu kupiłam w Ikei lampkę którą bardzo lubię. Ostatnio popsuł się w niej mechanizm ściemniający, nie można jej też wyłączyć, świeci się non stop. Stało się to przy okazji przepalenia żarówki.
Czy mogę przywieźć ją do Ikei i oddać do serwisu, w którym ściemniacz i włącznik zostaną naprawione?"


Odpowiedź przyszła błyskawicznie:
"Z przykrością informuję, że w sklepach IKEA nie prowadzimy serwisu pogwarancyjnego, nie mamy również punktu naprawczego."
 
R. wyciągnął z szuflady swoje pudełeczko ze śrubokrętami i rozkręcił ściemniacz. Może jego przeznaczeniem nie jest nadzorowanie procesu powstawania skomplikowanych systemów informatycznych, ale Zwykłe Naprawianie?

***

Przyszła paczka z plastikowymi zębatkami do miksera. W samą porę; bo bardzo już mi się chce szarlotki.

wtorek, 27 listopada 2012

85

Zgasła bez trzasku, bez dymu, po cichutko. Po prostu nagle przestała świecić; może wysiadły korki? - pomyślałam. Przeżyła jakieś 2 i pół roku, zdecydowanie nie była eksploatowana, pracowała zrywami, na nocne zmiany, po których przychodziło długie lenistwo - dużo to na żarówkę czy mało? Dziś rano wykręciłam ją z nocnej lampki; odpocznie, nieboszczka, gdzieś wśród elektrośmieci.

W elektrowni wodnej w Soszycy od prawie stu lat świecą dwie szklane bańki, wyprodukowane w latach 20. XX wieku przez niemiecką firmę Osram. Kruche klosze kryją dwa pręciki z węglowego włókna, które rozjarzają się gdy do aparatury, kontrolującej pracę elektrowni, dojdzie sygnał o jakiejś nieprawidłowości: wyłączy się generator, pojawi przepięcie albo gdzieś walnie piorun. Praca żarówek-seniorek jest więc dość nerwowa i biorąc pod uwagę to, że mówi się, iż częste włączanie i wyłączanie skraca żarówkowe życie, niebezpieczna. Mimo to siostry-żarówki wciąż trwają na stanowisku - są niczym mityczni przedwojenni ludzie, najwidoczniej ulepione z innej gliny, wydmuchane z innego szkła, sklecone z innego żarowego drucika. To dwie najstarsze działające żarówki w Polsce, jakie udało mi się znaleźć. Palą się od ponad 90 lat. Być może zeszły z taśmy produkcyjnej w ostatnim momencie przed podpisaniem nieformalnego paktu największych producentów żarówek na świecie, którzy w wigilię 1924 roku, tuż przez wybuchem Wielkiego Kryzysu uzgodnili że dołożą wszelkich starań, żeby obniżyć cykl życia przeciętnej żarówki do 1000 godzin?

Dziewczyny z Soszycy są więc odrobinę młodsze od najstarszej żarówki świata, która pracuje nieprzerwanie od 1901 roku. Film, którego jest jedną z głównych bohaterek, sprawił, że uważniej przyglądam się cyklowi życia przedmiotów, które mnie otaczają.

O planowanym postarzaniu rzeczy po raz pierwszy usłyszałam gdzieś w 1998 roku; gdy Daewoo rozpoczęło ostrą kampanię reklamową  trzech nowych modeli samochodów. Leganza, Nubira i Lanos - jako jedyne nowe auta dostępne na polskim rynku - były sprzedawane z trzyletnią gwarancją. - To dla naiwniaków. - mówił Dobrze Zorientowany Kolega - Po trzech latach się mają rozpadać. Lanosów sprzedawało się w Polsce i 50 tysięcy rocznie; wielu z nabywców nigdy nie miało z nimi większych problemów. Kolega wieszcz nie miał więc racji? A może nie miał racji jedynie w wypadku Lanosa?

Z planowanym postarzaniem produktów jest tak, jak z każdym zjawiskiem z katalogu "spiskowa teoria dziejów" - każdy o nim słyszał, każdy z niego coś dla siebie wyłuskał, oficjalnie nie traktuje się go poważnie, ale dokonując konsumpcyjnych wyborów, pozostaje się pod jego wpływem. Jedna z moich przyjaciółek, urządzając swoje mieszkanie dała się namówić na zakup wyprodukowanego w Niemczech, więc teoretycznie mniej usterkowego sprzętu AGD. Dwa razy droższy sprzęt psuł się jednak tak samo ochoczo jak ten sam, dostępny w polskim markecie. Tyle, że po upływie gwarancji. Pamiętam nasz zachwyt, gdy 3 dni po odesłaniu do serwisu nowiutkiej Motoroli, w której pękła szybka, kurier przyniósł nam jeszcze nowszą, pachnącą chińską fabryką. I frustrację, gdy okazało się że koszt naprawy laserowej drukarki HP miał według szacunków serwisanta kosztował tyle co nowa drukarka. R. się wtedy, podobnie jak bohater "Spisku" zawziął i nie odpuścił, tak długo grzebał w drukarce i w necie, że w końcu znalazł powód awarii. Znalazł brakującą część w sieci, kupił ją, wymienił - to było 8 lat temu. Drukarka wciąż działa.

Dla mnie "Spisek żarówkowy" nie jest filmem o spisku. Jest za to filmem o drodze do wyboru, którą my, jako konsumenci, musimy sami sobie wyrąbywać. Bo wybór, jaki oferują nam producenci (gwarancja roczna albo rozszerzona, chińszczyzna kontra porządna niemiecka robota, Amica kontra Miele) to wybór pozorny. To nie my podejmujemy w nim decyzję.

***

Mikserowi przed śmiercią trafił się radiowy epizod. Tutaj można posłuchać jak dawał czadu zanim padł:-)

poniedziałek, 26 listopada 2012

84

Zelmer Turbo 181.7 - ciężkawy, kompletnie nie ergonomiczny, z plastikową obudową wyprodukowaną w Polsce, z mechanizmem nie do zarżnięcia, nawet przez ekspansywne ciasto chlebowe oblepiające zębatki. Jest pierwszym sprzętem zakupionym do naszego wspólnego z R., świeżo odpalonego gospodarstwa domowego. Gdzieś w drugiej połowie lat 90. Zaczyna się psuć kilka tygodni temu; najpierw posłuszeństwa odmawia mechanizm kręcący jednym z mieszadeł, potem, podczas zagniatania niedzielnego chleba - drugie.

R. który regularnie serwisuje oblepione ciastem wnętrzności naszego miksera, rozkręca go, ogląda bebechy, orzeka: - Tym razem załatwiony na amen. Nic z tym nie zrobię. Przetarły się plastikowe zębatki. 

Wytresowani przez producentów sprzętu zaprojektowanego tak aby odwalić kitę w momencie, w którym jego właściciel kompletnie się tego nie spodziewa (a następnie porazić go kosztem serwisowej reanimacji) najpierw uznajemy, że to koniec ery miksera. I tak długo z nami był, bo prawie 15 lat.
Potem jednak zaglądamy na Allegro. Nowa plastikowa zębatka, sprzedawana przez pana Józia, którym jakimś cudem wszedł w posiadanie worka części zamiennych do wyprodukowanego w latach 90. sprzętu, kosztuje 4,5 zł. Plus przesyłka. Ciekawe co usłyszę w serwisie, gdy jutro do niego zadzwonię? Nie opłaca się naprawiać, lepiej kupić nowy?



niedziela, 25 listopada 2012

83

Sobota nie jest ortodoksyjnie bezzakupowa. Idę rano do sklepu na dzielni po schab, schabu nie ma, został rozdrapany przez dzielnicowych amatorów nie przerośniętej świniny. Zastygam przy ladzie, pod którą sery z Wiżajn, z Gołdapi, z Korycina, z Litwy. Zawieszam się, skanuję w myślach domową lodówkę. Ser - jest. Ale jak to tak? Zainwestować czas w wyprawę do sklepu i wyjść z niego bez niczego? Na ladzie ląduje paczka chrupków z melasą i żelki owocowe. - Daj, daj. - Dziko wyciąga rączkę, bierze dwa naraz, kwadrans później, gdy dojeżdżamy do Ronda Daszyńskiego, słyszę z tylnego siedzenia podejrzany chlupot. Zwrot.

- Kupiłaś coś dziś?- zagajam A., z którą spędzam jej urodzinowy dzień.

A. pokazuje mi brytfannę wyłożoną świeżo wymytą marchwią, pietruszką, kartoflami: - A jak myślisz?

Mój świat nie jest zainteresowany jednodniowym zakupowym postem. - Kiedyś przecież muszę zrobić te zakupy - odpowiadają znajomi, gdy pytam ich o plany na sobotę.

Gdy wracam wieczorem spod Warszawy, słyszę w radiu wypowiedź przewodniczącego ogólnopolskiego stowarzyszenia kupców:  - Dzień bez zakupów? W zwykłą handlową sobotę? Niemożliwe. Może powinien wypadać w dzień świąteczny, gdy zakupy można zrobić tylko na stacji benzynowej?

W Helsinkach supermarkety w soboty są czynne do 18, a w niedziele - jeszcze krócej albo w ogóle.

***

- Jakiś krótki ten tekst, poprzycinany. Jak teaser. Będzie ciąg dalszy? - mówią ci, którzy czytali w Polityce.

Będzie. I dalszy, i grubszy.



wtorek, 20 listopada 2012

82

"Being a good host is an important part of the home exchange process" - mówi instrukcja postępowania zamieszczona na portalu HomeExchange. Ponieważ chcę być jak najlepszą gospodynią, dzień przed przyjazdem Jaany szoruję kuchenne deski na kolanach, zdrapując zaschnięte okruchy tego, co kiedyś było częścią składową obiadów serwowanych naszemu dziecku, a które ono ma zwyczaj wklepywać, wcierać, wklejać w podłogę. Składam równo ręczniki. Pucuję ekspres do kawy. Porządkuję sztućce w szufladzie. Robię miejsce w lodówce; wyrzucam wszystko co straciło świeżość i wdzięk. Na dolnej półce stawiam pudełko z domową kiszoną kapustę, obok kładę pętko kiełbasy z dzika. Piekę chleb - orkiszowy, bo ten najlepiej mi wychodzi.
Schodzę do wózkarni. na kierownicy jednego z naszych zbitych w stadko rowerów zawiązuję żółtą wstążkę; Finkom będzie łatwiej je wyłuskać z gromady bicykli sąsiadów.
Z kartograficznej szuflady wyciągam rowerową mapę Warszawy, zaznaczam na niej miejsca które lubię, kładę na stole album o stołecznych neonach, piszę długi list. Najpierw ręcznie, ale gdy po raz kolejny skreślam błędnie zbudowane zdanie, na komputerze. Rozgośćcie się, jedzcie, pijcie, używajcie. Koniecznie przypinajcie rowery, gdy będziecie je zostawiać na zewnątrz.

"Basically, staying in someone else's home is like living in your own household"

Jaana zostawia nam w lodówce baterię pudełek z wypisanymi ręcznie etykietami z srebrnej taśmy (tej samej, której na filmach używa się do kneblowania): domowy dżem rabarbarowy, domowa musztarda. W lodówkowych drzwiach, zgodnie z zaleceniami HomeExchange, chłodzi się mały szampan. Jedna z szaf w przedpokoju jest pusta; czeka na nasze rzeczy. Na stole, przykrytym nowym obrusem z kultowym, kwiatowym wzorem od Marimekko, leży list, prywatny bilet sieciowy na okaziciela, dzięki któremu zaoszczędzamy ponad pół euro na każdym przejeździe, instrukcja obsługi pralki i stos świeżych ulotek, folderów i map. - A ja, kurde zostawiłam jej jedną mapę. Z 2004 roku. - mówię do R. - I nie oczyściłam dla niej ani jednej szuflady. Wstyd.
Jaana mieszka pod Helsinkami, na osiedlu niskich bloków z prefabrykatów, które jednak, dzięki wkomponowaniu go w młody lasek, robi dużo lepsze wrażenie niż wielka płyta w polskim wydaniu. Na placu między ustawionymi w kwadrat blokami jest plac zabaw i stanowisko do barbecue, przed wejściem na klatkę stoi szczotkowa maszyneria do oczyszczania butów, na parterze, drzwi do wózkowni sąsiadują z wejściem do sauny, z której mogą korzystać mieszkańcy. Gdy w sobotni wieczór mijamy siedzącego na dworze mężczyzny, który zawinięty tylko w ręcznik delektuje się papierosem, wysyłam do Jaany esemesa z zapytaniem czy też możemy skorzystać z sauny. - Niestety, nie zrobiłam rezerwacji.

"The Golden Rule of home exchange is to treat your host's home as if it were your own and leave it the way you found it (if not better)".

Mieszkanie w domu obcej osoby jest osobliwym doświadczeniem. Przez pięć dni obecności w należącej do Jaany przestrzeni dowiaduję się o niej więcej niż pewnie udałoby mi się podczas normalnego spotkania - gdzieś na neutralnym gruncie. Zauważam, że jest kolekcjonerką kruchych przedmiotów; wyjmujemy je, jeden po drugim, z ciekawskich rączek Dzika i układamy na najwyższej półce. Lubi kurtki w strażackich kolorach, odważną sztukę i ekologiczne kosmetyki. Słodzi kawę stewią, dla gości ma cukier muscovado. Jak każda fińska menadżerka domowego ogniska, wykazuje się ceramicznym patriotyzmem; w jej szafkach widać głównie skorupy i szkła Iittali*. Przywiązuje się do przedmiotów i nie zmienia ich gdy wykażą pierwsze objawy zużycia. Gdy R. próbuje umyć przed wyjazdem podłogę, a ja naczynia, Dziko wchodzi w kontakt w deską do prasowania, którą wyjmujemy na czas sprzątania z szafy i łapie za kawał oderwanego pokrycia. Trzask i po pokryciu. Trzeba będzie uruchomić Paypal.

Jeszcze wiele lekcji do odrobienia przed nami, barbarzyńcami. Ale już się szykujemy na kolejną wymianę.


* - w helsińskim Muzeum Designu oglądamy fajną wystawę zdjęć, zrobionych przez sprzątaczkę, która przez kilkanaście miesięcy zajmowała się doprowadzaniem do ładu kilkunastu fińskich mieszkań. W każdym z nich natrafiła na te same naczynia - sygnowane małą literą "i". Trudno o bardziej wymowny przykład konsumenckiego patriotyzmu.

81

Już.

80

Najpierw zauważam spódniczkę, z wyjątkowo cienkiej jak na tę porę roku, tkaniny. Kawowa, w śmietankowy rzut. Potem musztardowe rajtuzy na zgrabnych nogach. Wreszcie buty. Mają, zdaje się, że najmodniejsze w tym sezonie obcasy (pamiętam swoje zdziwienie, gdy jakieś 10 lat temu odkryłam, że butowy obcas przechodzi transformację z każdą zimą), cholewki ze skóry w kolorze whisky, mankiety z kożuszka. - Panna muszkieterka. - rzuca R. On też zwraca uwagę na fińską dziewczynę dziarsko wystukującą obcasami rytm na kolejowym peronie. - Biegnij za nią, zapytaj gdzie kupiła! - droczy się ze mną - Kup sobie. Kup. Poekscytuj się trochę. Wygeneruj napięcie. Twoja antykonsumpcyjna konsekwencja staje się nudna.

Asceza jest nudna, fakt. Ale też - na nowo - trudna. Od kilku dni telepie mną niemal codziennie. M., jedna ze wspólniczek w minimalistycznym doświadczeniu (będzie można o nim przeczytać już jutro) opowiadała mi, jak na początku eksperymentu każdego dnia przed zaśnięciem wyświetlała sobie w głowie obraz, na którym idzie ulicą, w nowej kiecce, w nowych butach, z rozwianym włosem i delikatną muzyczką w tle. Też tak mam; tylko że zamiast kiecki wizualizuję sobie drewniany moździerz z Muji.
Może to brak światła? Może to gęsta przedświąteczna atmosfera, rozcieńczone w powietrzu zakupowe feromony? Oddycham, więc kupuję. Albo: nie jestem w stanie uciec od myślenia o kupowaniu.

Rzeczywistość to ciągła próba. Dostaję wiadomość od A.: Wspólne zakupy? Do mojej mejlowej skrzynki, którą w kwietniu w pocie czoła owinęłam antyspamowym drutem kolczastym, znów zaczynają wpełzać niuslettery - zachęcające do zakupów. Kup jedną parę butów, drugą dostaniesz za 50% (Pediped), Już czas poszukać prezentów! (Allegro), Amerykańskie święto przecen już w Polsce! (Li Parie). Black Friday doczołgał się w końcu i do nas. Moje ulubione forum puchnie od handlowych ogłoszeń; wśród stu najświeższych wątków połowa ma jawnie merkantylny charakter (sprzedam, kupię, wymienię, specjalna świąteczna oferta!), a kolejne dwa tuziny to dyskusje na temat tego co, gdzie i jak kupić. My, matki z różnych stron Polski i świata, zebrane pod wirtualnym sztandarem bliskości z naszymi dziećmi, partnerami, światem, umawiamy się tu na nocne zakupy w Tesco, skarżymy na wysokie ceny przesyłek w Pieluszkarni, rozkminiamy czym jest feed deposit w Amazonie, dyskutujemy o wyższości chrupek nad innymi materiałami do wysyłkowego pakowania kruchych przedmiotów. Niby już jesteśmy syte, a wciąż głodne.

A., która jest moim prywatnym wzorcem rozważnej, acz zaangażowanej antykonsumpcji, wysyła mi linka do wywiadu o m.in. Loli, najmłodszej ambasadorce odzieżowej marki na świecie.

Black Friday czyli Czarny Piątek to początek weekendu tuż po amerykańskim Święcie Dziękczynienia, w trakcie którego supermarkety i centra handlowe w Stanach notują rekordowe obroty. To również oficjalny start świątecznego sezonu zakupowego. Ekstaza nie dotyczy jednak wszystkich; dla tysięcy obywateli USA Czarny Piątek jest dniem, w którym powstrzymują się z premedytacją od jakiejkolwiek konsumpcji. Buy Nothing Day jest również obchodzony w Europie oraz w Polsce - święto antykonsumcpji przypada u nas w sobotę po Czarnym Piątku. Czyli 24 listopada. Czy stać cię na to, żeby się powstrzymać?

czwartek, 15 listopada 2012

79

15 listopada, Helsinki
Na golych galeziach drzew przy Esplanadzie wisza gwiazdki, rozjarzaja sie okolo 15, zimnym kobaltowym swiatlem. W oknie wystawowym Aarriki stoja dwie szczuple choinki o bialych iglach. Tlok (zadziwiajacy) na ulicach. A oficjalne odpalenie swiatecznej iluminacji dopiero za tydzien.

9 listopada, Neustift
Pod oknami hotelu w ktorym nocuje, stoi gigantyczny trojwymiarowy jelen; caly upleciony z bialych swiatelek.

21 pazdziernika, internet
Odswiezenie zeszlorocznego watku na moim ulubionym forum: "Czy myslicie juz o prezentach swiatecznych?".

A Wy? Myslicie juz? Bo ja mysle wyjatkowo intensywnie, co i rusz nadziewajac sie na kolejne wyzwania. Tegoroczna Europejska Stolica Designu nie sprzyja konsumpcyjnemu minimalizmowi. Jestem na razie twarda, zostaly jednak jeszcze trzy dni.

¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤

Gdy odwazylam sie wyslac do Jaany, naszej helsinskiej gospodyni mejla z pytaniem o darmowe atrakcje stolicy Finlandii, odpowiedz przyszla blyskawicznie: parki, koscioly, niektore muzea, esplanada, no i... sklepy.




czwartek, 8 listopada 2012

78


Gdyby spojrzeć na ostatnie dwa tygodnie z boku, można by je uznać za kompletną porażkę. Trzy kawy ze spienionym mlekiem sojowym, pięć herbat, kawałek ciasta (na kruchym spodzie, z rabarbarem, dla natychmiastowego cukrodoładowania umęczonej Pani Weny). Wszystko, o zgrozo, nie we własnym domu, ale w kawiarni w budynku, prowadzonej przez sąsiadkę.

Kolejna z prób niezaliczona. Upadek więc. Bezsprzecznie. I to na takim podłożu; mój prywatny Rubikon wypełniony jest spienionym w kawiarnianym ekspresie mlekiem! Ale efektem jego przekroczenia jest relacja z życia 10 rodzin, które tak i my, dobrowolnie poddały się doświadczeniu półrocznego auto-ograniczenia; zapis będzie można za czas jakiś przeczytać w jednym z tytułów. Prasowych.

Kawiarnia okazała się być nie tylko sprawdzianem, moim zastępczym własnym pokojem; ciężko pracować w tym właściwym, gdy się dzieli się go z wymagającym kontaktu dwulatkiem. Oblizując piankę i tłukąc w klawisze, zastanawiałam się czy dałabym radę robić to na laptopie na ławce w listopadowym parku? Pianka z termosu, paluchy w mitenkach, klawisze podświetlone czołówką? Nie sprawdziłam tego, wybrałam Brak Wysiłku.

Gdy tekst był już zesłany, pojechałam do A, która położyła na stole trzy wyłuskane ze sreberka czekolady. Z morską solą, z chilli, z wasabi. - Niekupowanie niekupowaniem, ale ty weź zobacz, jakie fajne rzeczy można czasem w tych sklepach dostać.

W skrzynce znalazłam mapę Helsinek, z wklejonym między kartki kluczem do mieszkania Jaany. Bezgotówkowa wymiano domów, witaj!