niedziela, 7 października 2012

71

Jedzenie (jego zdobywanie oraz przygotowywanie) to obecnie rdzeń naszego konsumpcyjnego życia.
Zredukowaliśmy to, co egzotyczne, ekscentryczne, wysokoprzetworzone. Staramy się omijać Kuchnie Świata (udaje się), Piccolę Italię (nie zawsze się udaje), ale też małe sklepiki prowadzone przez śniadoskórych sprzedawców, w których pachnie kminem, chilli i tłustą solanką (udaje się). Nie kupujemy kokakoli, miśków haribo, ptasiego mleczka, tapenady z zielonych oliwek, parmezanu, krewetek, ale też oliwy. Kilka tygodni temu wkropiłam do sałaty ostatnią kroplę.

Jednocześnie nie żałujemy sobie niczego co wyrosło albo zostało wyprodukowane w Polsce. Maliny prosto z suwalskich krzaczków, olej rzepakowy z Góry Św. Wawrzyńca, mąka z podwarszawskiego młyna, mascarpone z Piątnicy, filet z sandacza od Pana Sandacza z Olsztyna, który rozkłada się na biobazarowym stoisku w starej fabryce Norblina, kozi twarożek, pachnący kozieradką, dynie, gruszki, ostatnie gruntowe pomidory. Wrzesień to nieustająca uczta. Zakupowa fiesta. Rozpusta. Dziś podliczyłam jej koszt: 1680 zł. Omatko.


2 komentarze:

  1. Czyli taki bardziej minimalizm geograficzny niż finansowy. Ekologiczna i fajna idea, ja też lubię wspierać nasze, bezpośrednie i fairtradeowe produkty. Tylko jak to się ma do projektu ograniczenia wydatków w ogóle? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. jak widać - ma się wspak oraz pod górkę:-)
    ale ciekawi mnie ile faktycznie trzeba by wydawać miesięcznie, jeśli chciałoby się jeść wyłącznie lokalnie, zdrowo i fertrejdowo. chyba się pokuszę o sprawdzenie tego.
    określenie: minimalizm geograficzny - bdb!

    OdpowiedzUsuń