poniedziałek, 15 października 2012

74

W dniu, w którym Felixowi Baumgartnerowi udaje się wykonać stratoskok, wstaję rano. Wsiadam na rower, jadę pod Stadion.
Jest rześko, słońce wysysa wilgoć z powietrza.
Zdrętwiałe po niespokojnym sobotnim śnie miasto zaczyna się przeciągać, na wysypanej białymi kamieniami parkingowej przestrzeni pod Koszykiem okutany mężczyzna ustawia się z kijem golfowym. Mrużę oczy. To musi być trudne, myślę, trafić w białą piłeczkę, leżącą wśród białych otoczaków. Z terenowego auta wysiada inny mężczyzna, ubrany w przylegający do ciała uniform, zakłada na nogi letnie, treningowe płozy na kółkach. Bierze kijki i zaczyna trening. W arkadzie po kolejowym wiaduktem kolejny miejski sportowiec atakuje ścianę piłką tenisową. Niesie się energiczne serwisowe echo. 


A. zajeżdża z fasonem, w chmurze białego pyłu, wyciśniętego oponami,. Zakładamy rolki, kręcimy kółka, kreślimy obwody na pustej przestrzeni. Upadam na tyłek, ocieram ręce, jadę dalej. Szu-szu pod koszykiem to mój wkład w poranną gimnastykę miasta.

Dotleniona, wracam do domu Poniatowszczakiem, zjeżdżam Alejami Ujazdowskimi w Gagarina. Z boku, na zrudziałej murawie, pod drzewem, stoi doniczka z geranium. Najpierw przejeżdżam obok, rejestrując jej obecność. Potem zawracam, zatrzymuję się. Delikatnie instaluję sierotę w sakwie, intensywny, cytrynowo-żywiczny zapach ciągnie się za mną jak wstęga. Zawsze chciałam mieć w domu geranium. (I mirt też).

***

Gdy oglądam na Jutubie zestawienie 10 najbardziej niezwykłych skoków, wykonanych przez przedstawicieli naszego gatunku, widzę, że nie wszystkim skrzydeł dodaje Red Bull. Josephowi Kittingerowi, który w 1960 roku wykonał równie imponujący skok co Baumgartner, oficjalnie sponsorowany przez Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych, a nie producenta aromatyzowanego roztworu kofeiny, tauryny i cukru w wodzie.

Na Facebooku czytam komentarze: - Felix, brawo, już nigdy nie wezmę do ust Tigera!

Red Bull nie mógł sponsorować Kittingera z powodów czysto technicznych - został wymyślony 27 lat później. Jeśli jednak austriacki koncern poszedłby krok dalej i zaangażował się nie tylko w finansowanie wydarzeń, podczas których jest przekraczana prędkość dźwięku, ale i światła, to może byłby w stanie to jeszcze nadrobić.
Kwestia naukowego mecenatu to (po)ważna sprawa, pewnie. Jednak mnie najbardziej w tym momencie frapuje kwestia tego, jak on to, do cholery zrobił, że wylądował na terytorium USA, a nie - na przykład - Korei Północnej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz