sobota, 13 października 2012

73

"Październik miesiącem oszczędzania" - jak to się stało, że akurat ten jesienny pan został obciążony taką odpowiedzialnością? Ano nie miał w najbliższym sąsiedztwie konkurencji. 
Nie może miesiącem oszczędzania być przecież wrzesień, gdy dygocząc jeszcze post-wakacyjną konsumpcyjną czkawką, trza wywalić kilka stów na wyprawkę szkolną/przedszkolną/żłobkową. Dziko zaczął w tym tygodniu eksperyment ze żłobkiem. I natychmiast pojawiły się konsumpcyjne imperatywy: - Może warto by oznaczyć jakoś ubrania na zmianę? - nieśmiało podpowiedziała żłobkowa niania. Trzy sztuki każdego elementu. 20 lat temu pewnie wzięłabym igłę i kordonek, i biorąc przykład z mej matki, która znaczyła w ten sposób pościel noszoną do magla, zostawiłabym na każdej sztuce identyfikacyjny ścieg. Dziś jedna ze mini-wspólniczek podrzuca mi adres strony internetowej, na której można zamówić full zestaw indywidualnie zaprojektowanych metek z imieniem i nazwiskiem dziecka. Do błyskawicznego zintegrowania z odzieżą. Oglądam, podziwiając wyczucie rynku. Nie kupuję.

Listopad także się do tego zadania nie nadaje. To rozbiegówka dla grudnia, który jest kulminacją rocznego cyklu konsumpcyjnego. Łuna nad miastem wciąż jeszcze jest podbita cmentarną iluminacją, gdy w sklepowych oknach pojawiają się sznury świątecznych lampek. Tymczasem październik to miesiąc bez przeznaczenia, którego nie daje się nijak podstymulować. Idealny moment na zebranie sił, przegrupowanie, ponowne rozstawienie szyku - by w listopadzie przystąpić znów do ofensywy.

W październik wślizgujemy się bez wysiłku. Udaje się nam po raz kolejny z rzędu odłożyć trochę ponad 10% wartości raty kredytu hipotecznego oraz - wreszcie - wyrównać debetową wyrwę na koncie. Wrzesień jest pierwszym miesiącem od kilku lat, który nie drażni czerwoną dziurą na koncie. Zamknąć tę linię czy przytrzymać ją (na mityczny wszelki wypadek), do wytyczonego roczną umową końca w grudniu?

***

W piątek minął ustawowy tydzień na złożenie zażalenia do sądu na decyzję komornika, który postanowił obarczyć R. finansową odpowiedzialnością za działanie na szkodę gdyńskiego ZTM. R. sprawcą szkody (konkretnie: bezbiletowej podróży) nie jest. Jest za to ex-właścicielem dowodu osobistego, którym się legitymował pasażer na gapę. Dowód nie zmienił właściciela w sposób pokojowy. R. ma na to kwity: z policji, która przyjmowała zgłoszenie o napadzie, z sądu.
Komornika kwity nie interesują, zapowiada, że zajmuje pensję. R. może wnieść zażalenie (podparte opłatą sądową: 100 zł) i liczyć na to, że ktoś reprezentujący gdyński wymiar sprawiedliwości sięgnie do odpowiedniej teczki i znajdzie w niej dokumenty, z którego wynika, że dowód, którym posłużył się tajemniczy pasażer, został skradziony. 5 lat przed próbą darmowej przejażdżki.

R. próbuje ugryźć sprawę bezgotówkowo, korzystając z pomocy prawników pracujących pro bono. W warszawskiej Izbie Radców Prawnych odmawiają mu darmowej konsultacji. Za dużo zarabia. Stowarzyszenie Parasol Prawny nie pyta o zarobki, za to deklaruje, że pomoże - rzecz jasna, za darmo - napisać R. pismo do sądu. R. wysyła całą dokumentację. Dopytuje przez tydzień. Głucho - i w sieci, i w telefonie. Ja ślę zapytanie do jednej z warszawskich fundacji dla matek, oferujących darmową pomoc prawną. Wyłuszczam sprawę w mejlu, pytam, czy mój mąż może liczyć na poradę. Cisza. Przed upływem ostatniego ustawowego dnia pytam ponownie. Przychodzą przeprosiny i informacja, że moje zapytanie zostało przekierowane do prawniczki. Cisza.

Termin tyka. W piątek R. kleci sam pismo, pomagają nam wyedukowani prawnie przyjaciele. My mamy przyjaciół, mieszkańcy Kunowa mają Zbigniewa Choroszyńskiego, który pisze pisma procesowe za darmo. Bo takie ma hobby. A kogo masz ty?

***

W piątek jadę do Kołudy Wielkiej. 300 km autostradą. Szykuję sobie bogatą oprawę muzyczną: Kings of Leon, Keren Ann, Jezus Maria Peszek, którą dostałam z okazji 2 rocznicy wkroczenia na rodzicielską drogę (dziękuję Ci, przyjaciółko), zaparzam herbatę w temokubku, przekładam rozkrojoną na pół bułkę plastrem koziego sera, który przyjechał dwa dni wcześniej - jako część kooperatywnego zamówienia - z Łomnicy. Wrzucam do torby dwa jabłka o ciemnomalinowej skórce, które dostaliśmy od O. Jabłka z rodowodem, zerwane z jabłonki w Komorowie, rosnącej tuż koło stajni, w której O. trzyma swojego konia. Choć jestem zaprowiantowana po kokardę, widok żółtych łuków, które raz po raz wyrastają po obu stronach A-Dwójki sprawia, że niemal krztuszę się własną śliną.

Do Kołudy jadę jako kurierka. Transportuję 17 gęsi owsianych - zamówionych w nieformalnej towarzyskiej kooperatywie. Piątek jest rześki: - Do Warszawy? - dopytuje pracownik Instytutu Zootechniki, który pomaga sprzedawczyni taszczyć kolejne pojemniki wypełnione opakowanym w worki mięsem. - Da pani radę! Temperatura prawie lodówkowa, much nie ma. 
Dojeżdżam do domu tuż przed porą wyznaczoną na odbiór. Dzwonek terkoce co kilka minut. Wychodzę na balkon po kolejne ptaszyska, liczę, wydaję. Gęsio-konspiracja. Ostatni odbiorca przychodzi tuż przed 21: - Dobry wieczór, tu inspekcja sanitarna. Czy ma pani pozwolenie na handel mięsem?

***

Blaszany syk. Lekkie uderzenie powietrza. Łaskocząca słodycz na języku. Moja pierwsza od ponad pół roku samodzielnie* zakupiona puszka kokakoli. Dziś.

* - co powie R.?

2 komentarze:

  1. Już nie wiem czy piszesz poważnie czy żartujesz...wpadł do Ciebie Sanepid?

    OdpowiedzUsuń