środa, 31 października 2012

77

R. z telefonem, ze zmarszczonym czołem szuka, niczym operator zaangażowanego dokumentu, odpowiednio ekspresyjnego kadru. W roli głównej występują: termometr z Muji, zaangażowany do roli strażnika trzydniowej warki, plastikowy kocioł z warką oraz radośnie rozbulgotany gaz, regularnie przeciskający się przez wodny korek.

R. z ołówkiem, cierpliwie zaznacza kształty rzuconych na ścianę, z pomocą mocnej lampy w projektorze multimedialnym BenQ, pożyczonym na tę okazję od przyjaciół, łodyżek wodnych roślin, zaprojektowanych kiedyś przez grafików pracujących dla francuskiej firmy Djeco. Czy samodzielne przekopiowanie i zmultiplikowanie wymyślonego przez kogoś ornamentu na własną ścianę to już kradzież intelektualnych dóbr czy jeszcze nie?

Z nożem, z posiniaczonymi przedstawicielami najnowszego kontyngentu trudnych* jabłek na blacie: - Skończył się kompot.

Przez większość czasu antykonsumpcja nam zdecydowanie służy.



Dzikowi również.

* - Dlaczego akurat ten kontyngent jabłek jest trudny? Bo odbierając je, odebrałam też lekcję - jak (nie) powinno wyglądać dawanie.

sobota, 27 października 2012

76

Tydzień na A. Angina. Amotaks. Analiza. Anemia.

Mobilizacja. Przegrupowanie żywieniowe; R. idzie do sklepu z listą, na której mleko migdałowe, amarantus, buraki, suszone morele, antrykot na rosół i polędwica. Przynosi nutellę: - To dla Dzika. - tłumaczy najpierw, ale chwilę później wyciąga oskarżycielski palec w stronę leżącego na okapie, zgniecionego niebieskiego opakowania po mlecznym ritterze. - Też sobie jakoś radzisz, co?

Państwowa służba zdrowia fachowo zaciąga krew z żyłki w zgięciu małego łokcia. Trzy ampułki erytrocytów, wiadro łez. - Z paluszka? Nie u nas, może prywatnie? - życzliwie podpowiada pielęgniarka.

Wszędzie gdzie się pojawiamy, Dziko dostaje do rączki okrągłą naklejkę. Wysypują mi się z torby, jak konsumpcyjne drogowskazy, rozsypane ręką farmaceutów w lesie okruszki, które doprowadzą nas do zdrowia; elektrolity, witaminy, probiotyki, tran taki i śmaki, antykaszel w syropie, odporność w syropie, rozcieńczalnik na matczyne poczucie winy, też w syropie. Chłopczyk uszczupla przychodniane zasoby zabawkowe, przemyca w fałdach koca dwa plastikowe klocki, z którymi codziennie zasypia.

****

R. odkrywa, że moja kołudzka eskapada upośledziła geometrię kół w naszym fordzie. Przy okazji wizyty w warsztacie wymienia, oprócz amortyzatorów, szereg innych komponentów. Mechanik kasuje 2300. Ałć. Nasze 10-letnie auto, kupione w roku zaślubin M. i G. pochłania coraz więcej forsy, ale każdy kolejny kosztowny upgrade sprawia, że, coraz trudniej się z nim rozstać. - Bo wiesz, teraz właściwie nie ma w nim czego naprawiać. - tłumaczy mi R.  Po czym wsiąka między strony z ofertami skandynawskich dealerów.

Okazuje się, że przeszarżowaliśmy z oceną swych piwowarskich umiejętności. Ogarnięcie zestawu, który kupiliśmy w internecie, nas przerasta. Jedziemy do Piwowara na Żoliborzu; fachowa sprzedawczyni unosi lekko brwi gdy przyznajemy się, że naszą przygodę z domowym warzeniem zaczęliśmy od zakupu surowców do samodzielnego zacierania: - Przywieźcie to tutaj, odkupię od was i sprzedam dalej, a sami weźcie jakiś prosty brew-kit. Odmierza zestaw ingrediencji, wysyła na skrzynkę dokładną instrukcję. Brzeczka jest już gotowa, czekamy właśnie aż ostygnie, żeby dodać drożdże.

Z krakowskich odwiedzin w Muzeum Etnograficznym przywozimy trzy paczki tajemniczych nasion - upominek dla każdego zwiedzającego wystawę "Dzieło. Działka". Bilet: 7 zł

Oglądamy najwęższy dom świata - zbudowany przy Chłodnej 22 dla Etgara Kereta. Spodziewam się designerskiej trumny, a zaskakuje mnie świetliste, niemal transparentne wnętrze. Pod prysznicem stoi mikrokibelek (Roca), na antresoli leży najwęższy materac na rynku (Sultan z Ikei), pod blatem wykończonym jednopalnikową płytą indukcyjną i zlewem, w którym spokojnie da się umyć nawet garnek po rosole, wciśnięto lodówkę turystyczną. Żółte krzesło, pomarańczowy puf i kulkowy wieszak Eamesów. Idealna jednostka mieszkalna czy chwilowa przechowalnia dla twórcy? Chciałabym przeczytać książkę napisaną w tym domu.

wtorek, 16 października 2012

75

Dziś Światowy Dzień Żywności. Jak go świętować? Zajrzyj tu.

Ja dosypuję mąki do zaczynu na chleb, którym podzielę się dziś wieczorem z dwoma wspólnikami z Wymiennika.
Idę z chłopczykiem do Tesko po czerwoną kapustę; dziś będziemy jeść kooperatywną gęś, którą przywiozłam w piątek z Kołudy i upiekłam, wcześniej instalując w jej wnętrzu kilka jabłek od O. 
Zasypuję cukrem rajskie jabłuszka, zerwane kilka dni temu w Dolince Szwajcarskiej.
Miksuję brzydkie banany* z jogurtem made at Sielce, schładzam je, Dzik podnosi kubeczek dwiema łapkami, oblizuje się i krzyczy "Dobe!".
Przy śniadaniu studiujemy z R. instrukcję warzenia piwa z procesem zacierania. Słód pszeniczny -ok. Ześrutowany - ok. Temperatura 47 stopni C - ok. 15 litrów wody? Stop. Dzięki pomocy naszych warzących piwo przyjaciół, mamy wszystko co potrzebne do odpalenia domowego browaru, oprócz... 15-litrowego kotła. R. zagląda do najniższej szuflady i ogląda nasze stalowe garnki - niegdysiejszy parapetówkowy prezent od mojego brata. Największy ma pojemność 6 litrów. - Może podzielimy słód i chmiel na 3 części i będziemy warzyć w 3 garach naraz? - pyta.

Wyrzucam do kosza ćwierć pudełka śmietany. Auć.

* - Parę dni temu, przy kremie z buraków rozmawialiśmy z A. o tym jak zwykły człowiek może brać odpowiedzialność za skutki swoich zakupowych decyzji. - Może kupować brzydkie banany. - powiedział R.

poniedziałek, 15 października 2012

74

W dniu, w którym Felixowi Baumgartnerowi udaje się wykonać stratoskok, wstaję rano. Wsiadam na rower, jadę pod Stadion.
Jest rześko, słońce wysysa wilgoć z powietrza.
Zdrętwiałe po niespokojnym sobotnim śnie miasto zaczyna się przeciągać, na wysypanej białymi kamieniami parkingowej przestrzeni pod Koszykiem okutany mężczyzna ustawia się z kijem golfowym. Mrużę oczy. To musi być trudne, myślę, trafić w białą piłeczkę, leżącą wśród białych otoczaków. Z terenowego auta wysiada inny mężczyzna, ubrany w przylegający do ciała uniform, zakłada na nogi letnie, treningowe płozy na kółkach. Bierze kijki i zaczyna trening. W arkadzie po kolejowym wiaduktem kolejny miejski sportowiec atakuje ścianę piłką tenisową. Niesie się energiczne serwisowe echo. 


A. zajeżdża z fasonem, w chmurze białego pyłu, wyciśniętego oponami,. Zakładamy rolki, kręcimy kółka, kreślimy obwody na pustej przestrzeni. Upadam na tyłek, ocieram ręce, jadę dalej. Szu-szu pod koszykiem to mój wkład w poranną gimnastykę miasta.

Dotleniona, wracam do domu Poniatowszczakiem, zjeżdżam Alejami Ujazdowskimi w Gagarina. Z boku, na zrudziałej murawie, pod drzewem, stoi doniczka z geranium. Najpierw przejeżdżam obok, rejestrując jej obecność. Potem zawracam, zatrzymuję się. Delikatnie instaluję sierotę w sakwie, intensywny, cytrynowo-żywiczny zapach ciągnie się za mną jak wstęga. Zawsze chciałam mieć w domu geranium. (I mirt też).

***

Gdy oglądam na Jutubie zestawienie 10 najbardziej niezwykłych skoków, wykonanych przez przedstawicieli naszego gatunku, widzę, że nie wszystkim skrzydeł dodaje Red Bull. Josephowi Kittingerowi, który w 1960 roku wykonał równie imponujący skok co Baumgartner, oficjalnie sponsorowany przez Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych, a nie producenta aromatyzowanego roztworu kofeiny, tauryny i cukru w wodzie.

Na Facebooku czytam komentarze: - Felix, brawo, już nigdy nie wezmę do ust Tigera!

Red Bull nie mógł sponsorować Kittingera z powodów czysto technicznych - został wymyślony 27 lat później. Jeśli jednak austriacki koncern poszedłby krok dalej i zaangażował się nie tylko w finansowanie wydarzeń, podczas których jest przekraczana prędkość dźwięku, ale i światła, to może byłby w stanie to jeszcze nadrobić.
Kwestia naukowego mecenatu to (po)ważna sprawa, pewnie. Jednak mnie najbardziej w tym momencie frapuje kwestia tego, jak on to, do cholery zrobił, że wylądował na terytorium USA, a nie - na przykład - Korei Północnej.

sobota, 13 października 2012

73

"Październik miesiącem oszczędzania" - jak to się stało, że akurat ten jesienny pan został obciążony taką odpowiedzialnością? Ano nie miał w najbliższym sąsiedztwie konkurencji. 
Nie może miesiącem oszczędzania być przecież wrzesień, gdy dygocząc jeszcze post-wakacyjną konsumpcyjną czkawką, trza wywalić kilka stów na wyprawkę szkolną/przedszkolną/żłobkową. Dziko zaczął w tym tygodniu eksperyment ze żłobkiem. I natychmiast pojawiły się konsumpcyjne imperatywy: - Może warto by oznaczyć jakoś ubrania na zmianę? - nieśmiało podpowiedziała żłobkowa niania. Trzy sztuki każdego elementu. 20 lat temu pewnie wzięłabym igłę i kordonek, i biorąc przykład z mej matki, która znaczyła w ten sposób pościel noszoną do magla, zostawiłabym na każdej sztuce identyfikacyjny ścieg. Dziś jedna ze mini-wspólniczek podrzuca mi adres strony internetowej, na której można zamówić full zestaw indywidualnie zaprojektowanych metek z imieniem i nazwiskiem dziecka. Do błyskawicznego zintegrowania z odzieżą. Oglądam, podziwiając wyczucie rynku. Nie kupuję.

Listopad także się do tego zadania nie nadaje. To rozbiegówka dla grudnia, który jest kulminacją rocznego cyklu konsumpcyjnego. Łuna nad miastem wciąż jeszcze jest podbita cmentarną iluminacją, gdy w sklepowych oknach pojawiają się sznury świątecznych lampek. Tymczasem październik to miesiąc bez przeznaczenia, którego nie daje się nijak podstymulować. Idealny moment na zebranie sił, przegrupowanie, ponowne rozstawienie szyku - by w listopadzie przystąpić znów do ofensywy.

W październik wślizgujemy się bez wysiłku. Udaje się nam po raz kolejny z rzędu odłożyć trochę ponad 10% wartości raty kredytu hipotecznego oraz - wreszcie - wyrównać debetową wyrwę na koncie. Wrzesień jest pierwszym miesiącem od kilku lat, który nie drażni czerwoną dziurą na koncie. Zamknąć tę linię czy przytrzymać ją (na mityczny wszelki wypadek), do wytyczonego roczną umową końca w grudniu?

***

W piątek minął ustawowy tydzień na złożenie zażalenia do sądu na decyzję komornika, który postanowił obarczyć R. finansową odpowiedzialnością za działanie na szkodę gdyńskiego ZTM. R. sprawcą szkody (konkretnie: bezbiletowej podróży) nie jest. Jest za to ex-właścicielem dowodu osobistego, którym się legitymował pasażer na gapę. Dowód nie zmienił właściciela w sposób pokojowy. R. ma na to kwity: z policji, która przyjmowała zgłoszenie o napadzie, z sądu.
Komornika kwity nie interesują, zapowiada, że zajmuje pensję. R. może wnieść zażalenie (podparte opłatą sądową: 100 zł) i liczyć na to, że ktoś reprezentujący gdyński wymiar sprawiedliwości sięgnie do odpowiedniej teczki i znajdzie w niej dokumenty, z którego wynika, że dowód, którym posłużył się tajemniczy pasażer, został skradziony. 5 lat przed próbą darmowej przejażdżki.

R. próbuje ugryźć sprawę bezgotówkowo, korzystając z pomocy prawników pracujących pro bono. W warszawskiej Izbie Radców Prawnych odmawiają mu darmowej konsultacji. Za dużo zarabia. Stowarzyszenie Parasol Prawny nie pyta o zarobki, za to deklaruje, że pomoże - rzecz jasna, za darmo - napisać R. pismo do sądu. R. wysyła całą dokumentację. Dopytuje przez tydzień. Głucho - i w sieci, i w telefonie. Ja ślę zapytanie do jednej z warszawskich fundacji dla matek, oferujących darmową pomoc prawną. Wyłuszczam sprawę w mejlu, pytam, czy mój mąż może liczyć na poradę. Cisza. Przed upływem ostatniego ustawowego dnia pytam ponownie. Przychodzą przeprosiny i informacja, że moje zapytanie zostało przekierowane do prawniczki. Cisza.

Termin tyka. W piątek R. kleci sam pismo, pomagają nam wyedukowani prawnie przyjaciele. My mamy przyjaciół, mieszkańcy Kunowa mają Zbigniewa Choroszyńskiego, który pisze pisma procesowe za darmo. Bo takie ma hobby. A kogo masz ty?

***

W piątek jadę do Kołudy Wielkiej. 300 km autostradą. Szykuję sobie bogatą oprawę muzyczną: Kings of Leon, Keren Ann, Jezus Maria Peszek, którą dostałam z okazji 2 rocznicy wkroczenia na rodzicielską drogę (dziękuję Ci, przyjaciółko), zaparzam herbatę w temokubku, przekładam rozkrojoną na pół bułkę plastrem koziego sera, który przyjechał dwa dni wcześniej - jako część kooperatywnego zamówienia - z Łomnicy. Wrzucam do torby dwa jabłka o ciemnomalinowej skórce, które dostaliśmy od O. Jabłka z rodowodem, zerwane z jabłonki w Komorowie, rosnącej tuż koło stajni, w której O. trzyma swojego konia. Choć jestem zaprowiantowana po kokardę, widok żółtych łuków, które raz po raz wyrastają po obu stronach A-Dwójki sprawia, że niemal krztuszę się własną śliną.

Do Kołudy jadę jako kurierka. Transportuję 17 gęsi owsianych - zamówionych w nieformalnej towarzyskiej kooperatywie. Piątek jest rześki: - Do Warszawy? - dopytuje pracownik Instytutu Zootechniki, który pomaga sprzedawczyni taszczyć kolejne pojemniki wypełnione opakowanym w worki mięsem. - Da pani radę! Temperatura prawie lodówkowa, much nie ma. 
Dojeżdżam do domu tuż przed porą wyznaczoną na odbiór. Dzwonek terkoce co kilka minut. Wychodzę na balkon po kolejne ptaszyska, liczę, wydaję. Gęsio-konspiracja. Ostatni odbiorca przychodzi tuż przed 21: - Dobry wieczór, tu inspekcja sanitarna. Czy ma pani pozwolenie na handel mięsem?

***

Blaszany syk. Lekkie uderzenie powietrza. Łaskocząca słodycz na języku. Moja pierwsza od ponad pół roku samodzielnie* zakupiona puszka kokakoli. Dziś.

* - co powie R.?

poniedziałek, 8 października 2012

72

Barierki, barczyści ochroniarze, hostessy w czerwieni, z koszykami pełnymi szeleszczących gratisów. Kolejka. Trochę już zmęczona czekaniem (jej formowanie zaczęło się kilkanaście godzin wcześniej), ale czujna i napięta. Wypełnia przestrzeń między barierkami, faluje, pulsuje. Ekstraktuje najsłabszych; tłum wyciska ich na obrzeża kolejki, przekazuje prosto w wyciągnięte ręce ochroniarzy. Kolejkowy stage-diving.
Gdy otwierają się drzwi sklepu, kolejka zaczyna się zagęszczać i naprężać; ochroniarze muszą opierać się o barierki całymi ciałami. Inaczej by runęły. Kolejka ściska się i rozpręża, charczy, krzyczy, skanduje, już nie koncert rockowy, ale taniec wojenny głodnych konsumentów! Chcemy telewizorów Philips za 1499 zł, rowerów za 149 zł oraz różowych winogron za 2,99 zł!
Roch Sulima, autor chyba pierwszej antropologicznej analizy zjawiska supermarketu ("Antropologia codzienności"), cytowany w tekście o burzliwych powitalnych promocjach nowych marketów w Polsce, mówi o tym, że walecznymi kolejkowiczami, kłębiącymi się pod dwutysięczną, uruchomioną dziś Biedroną steruje "potrzeba zdobycia tego, czego nie starczy dla wszystkich". Konsumpcyjny atawizm?

Mieszkamy niedaleko najbardziej luksusowej Biedronki w Warszawie. Jeszcze nigdy w niej nie byłam. Kilka dni temu R. napomknął o tym, że słyszał/czytał o tym, że szykuje się w niej (jak i w pozostałych 1999 Biedronach w Polsce) wyjątkowa akcja promocyjna - przeprowadzona na wzór tej, którą portugalski Jeronimo Martins urządził 1 maja w sieci Pingo Doce. Gdy rachunek za zakupy zrobione tego dnia przekraczał 100 euro, był w kasie obcinany o połowę.

Dochodząc do siebie po urodzinowym weekendzie, kompletnie o tym zapomnieliśmy.

***

Syn nasz świętował w sobotę urodziny. Po kilku godzinach między garami a piekarnikiem powstały bezkompromisowe*:

Torty (biszkopt z mąki pszennej z młyna, masła i 10 jajek od szczęśliwych kur, krem z malin, kremówki i mascarpone):  28 zł za sztukę.
Tarta z ziemniakami i porami, pod śmietanowo-jajeczną pierzyną: 22 zł
Tarta z kozim serem, szpinakiem i małymi pomidorkami: 49 zł
Dwie wielkie miski zielonej sałaty z winegretem: 3,5 zł za miskę
Świeżo pieczone gofry z ubitą kremówką i malinowym musem, sztuk prawie dwadzieścia: 1,40 zł za sztukę.
Zużycie energetyczno-wodne policzone z grubsza.

Zawsze myślałam, że to herbata jest produktem, który generuje największy dochód dla restauratora. Może jednak warto by zastanowić się nad otwarciem budy z goframi?

***

Nowy program o pieniądzach w TVN Style. Jedna pani doradza drugiej pani jak się wyswobodzić z kredytowej pętli.
Pani nr 1 proponuje sprzedaż telewizora, który jest jednocześnie najcenniejszym elementem majątku Pani nr 2 i jej największym obciążeniem (został kupiony na raty).
Pani nr 2 staje okoniem.
Pani nr 1 próbuje negocjować.
Pani nr 2 mówi "bez jaj"
Pani nr 1 żegna się, dodając, że w takim razie nie może Pani nr 2 pomóc. Wychodzi. Pani nr 2 odpina mikrofon. Cięcie.
Pani nr 1, przyjaźnie oświetlona, tłumaczy widzom, że telewizorowy upór Pani nr 2 ma swoje zalety. Wraca na plan i przedstawia Pani nr 2 ofertę kredytu konsolidacyjnego oraz pokazuje w sklepie jak wybierać wodę źródlaną. Uśmiech. Rozluźnienie. Pani nr 2 idzie w stronę słońca.

Sponsorem "Zabójców Długów" jest Krajowy Rejestr Długów.

* bezkompromisowe - czyli z najlepszych dostępnych produktów made in Poland; Magda Gessler nie miałaby się do czego przyczepić.

niedziela, 7 października 2012

71

Jedzenie (jego zdobywanie oraz przygotowywanie) to obecnie rdzeń naszego konsumpcyjnego życia.
Zredukowaliśmy to, co egzotyczne, ekscentryczne, wysokoprzetworzone. Staramy się omijać Kuchnie Świata (udaje się), Piccolę Italię (nie zawsze się udaje), ale też małe sklepiki prowadzone przez śniadoskórych sprzedawców, w których pachnie kminem, chilli i tłustą solanką (udaje się). Nie kupujemy kokakoli, miśków haribo, ptasiego mleczka, tapenady z zielonych oliwek, parmezanu, krewetek, ale też oliwy. Kilka tygodni temu wkropiłam do sałaty ostatnią kroplę.

Jednocześnie nie żałujemy sobie niczego co wyrosło albo zostało wyprodukowane w Polsce. Maliny prosto z suwalskich krzaczków, olej rzepakowy z Góry Św. Wawrzyńca, mąka z podwarszawskiego młyna, mascarpone z Piątnicy, filet z sandacza od Pana Sandacza z Olsztyna, który rozkłada się na biobazarowym stoisku w starej fabryce Norblina, kozi twarożek, pachnący kozieradką, dynie, gruszki, ostatnie gruntowe pomidory. Wrzesień to nieustająca uczta. Zakupowa fiesta. Rozpusta. Dziś podliczyłam jej koszt: 1680 zł. Omatko.


środa, 3 października 2012

70

Szaro, mokro, w pośpiechu, w towarzystwie - zamiast więc na rower, wsiadam w samochód i jadę do Śródmieścia. Kilka razy toczę się po kwadracie Wilcza, Marszałkowska, Hoża, Krucza - zero miejsc do parkowania. Gdy zadowolona z siebie, wciskam się między kwietnik a okazałego SUVa, okazuje się jednak że zostawiłam w dom portfel.

N.J., rezydentka oszałamiającego mieszkania w przedwojennej kamienicy, ze swobodą podcina mi włosy w salonie. To pierwszy kontakt mojej czupryny z fryzjerskimi nożyczkami od ponad pół roku. Nic nie płacę, ale podpisuję rachunek na 20 ALT, powiększony o "podatek", czyli daninę do puli wspólnych punktów - wystawiony przez N.J. w sieci. Zaciągnęłam w wymiennikowej społeczności usługowy kredyt i będę musiała go spłacić - produktami rąk mych lub umysłu, obecnością, czasem. Gdy uzupełniając swój profil, dochodzę do działu "oferty", długo się zastanawiam, co zaproponować. Mam niewiele konkretnych, twardych umiejętności.

O., która pokazuje mi jasne strony post-nianiowego kryzysiku, przywozi torbę cudownie kruchych jabłek o zafarbowanym na czerwono miąższu i dwa słoje jabłkowego musu. Zapach prześlizguje się między pokojami - To rok jabłkowej klęski urodzaju. - mówi moja rodzicielka. Czas więc zabrać się za cydr.


wtorek, 2 października 2012

69

Dziko kończy w tym tygodniu 2 lata. Pojawia się tortowa potrzeba. Ponieważ nie posiadam odpowiednich piekarniczych utensyliów, idę do K. po biszkoptową foremkę. Wracam z łupem pod pachą, przedstawiam go do akceptacji matce mej, która pod względem upieczonych w życiu tortów przebija Nigellę Lawson, Sophie Dahl i Lorraine Pascal razem wzięte. Jej spécialité de la maison: lekki tort z truskawkowym kremem, to jeden z najważniejszych smaków mojego dzieciństwa.
- A może wszystko zamówimy, co? - mówi. - Ja zapłacę.

***

Pierwszy hydraulik miał przyjechać o 8.00. Napisał esemesa, że mu się nie chce. Poczuliśmy wdzięczność, że mu się chciało nas o tym poinformować.

Drugi przyszedł około południa. Ponury, wymięty, w ciężkich butach, za nim chmura.
- Gdzie ten problem? - warknął i kazał się prowadzić do łazienki. Dostrzegłam błotnistą ścieżkę odciśniętą na podłodze - jeden odcisk podeszwy za drugim i próbując nieśmiało zastosować taktykę wypracowaną przez izraelskich negocjatorów, sformułowałam absurdalną potrzebę: - Chciałabym aby zdjął pan buty.
Hydraulik się odwrócił. Nawałnicę miał w oczach. Wycedził komunikat: "Hydraulik, zgodnie z przepisami BHP, nie może pracować bez obuwia!" I wyszedł.

Trzeci, wydzwoniony w międzyczasie przez R., wpadł ok. 14. W średnim wieku, czarnej koszuli na wydatnym brzuchu, garniturowych spodniach, bez skrzyneczki z narzędziami. Na buty nie ośmieliłam się spojrzeć: - Nic tu nie ma do roboty! Nic! Nic! - zaczął chrypiące staccato, gdy doniosłam mu wreszcie kieszonkową latareczkę, którą mógł poświecić w szyb. - Ten pani mąż do mnie wydzwania! Spokoju nie daje! A tu nic! Nic nie będę robił, 50 zł się należy.
- Ale za co?
- Za dojazd.
- Skąd?
- Jak nie za dojazd, to za weryfikację!
Za weryfikację zaproponowałam 20. Rzucił kilka obelg i wyszedł.

Pierwszy, drugi i trzeci hydraulik miał wymienić 8 śrub. Kwadrans roboty, 200 zł.