sobota, 29 września 2012

67

Ja w 1997 dostałam pierwszą etatową robotę. Gdy przyszedł dzień wypłaty, pojechałam z plikiem banknotów do Trolla na Krakowskim Przedmieściu i z dziesiątków ometkowanych szmat stłoczonych w ciasnej, ciemnej kanciapie wybrałam spodnie w kratę. Czarno-białą. Minęło 15 lat; wyrosłam i ze spodni, i z Trolla.

One w 1997 roku umówiły się na pierwszą wymianę ciuchów; od tej pory spotykają się regularnie, usypują ciuchową stertę w pokoju, a potem na sygnał ruszają do walki. D. która mówi, że ubiera się niemal wyłącznie dzięki instytucji ciuchowej wymiany (a ubrana jest doskonale) obiecała, że mnie następnym razem zabierze ze sobą. Jestem... podekscytowana?

Tymczasem, w oczekiwaniu na spotkanie z najdłużej prawdopodobnie działającym kołem wzajemnego donaszania swoich szmat, jedziemy z A. do jednodniowego pośredniaka dla ciuchów- urządzonego w pstrokatej przestrzeni 1500 m2 Do Wynajęcia. Do sakwy wrzucam ostatnie dwie pary nienoszonych butów, tiszerta, który jest dla mnie za ciasny, kamizelkę, dwa szaliki - tyle udało mi się wycisnąć z szaf i szuflad. Po letniej czystce właściwie nie mam już niczego niepotrzebnego.
Pośredniak, choć tymczasowy, jest urządzony naprawdę luksusowo. Każda sztuka na osobnym wieszaku; wszystko ładne, świeże, pachnące, czasem nawet wyprasowane, z przyklejonymi identyfikatorami. Lustro. Przebieralnie. Znajduję spodnie, które zdaje się, że były hitem zeszłego lata, fajnego tiszerta. A. każe mi się jeszcze przebrać w brudnoróżowy golf, który okazuje się być wyjątkowo ze mną kompatybilny. Ośmielona przez widok własnego odbicia, upycham w torbie trzy sztuki używanej odzieży, uszytej na zlecenie odzieżowych firm (H&M, Zara, Reserved), które odniosły sukces dzięki umiejętności sprawnego krawieckiego "copy => paste", a czuję się jakbym dostała w prezencie coś, co zostało zaprojektowane przynajmniej przez Junya Watanabego. Jego płaszcz macam* kwadrans później w butiku Love&Trade, znajdującym się piętro nad pośredniakiem. Nic. Zero przyspieszonego tętna, zero pożądania, wewnętrzny wskaźnik zakupowej ekscytacji - obojętny. Kiedyż nastąpiła ta przemiana?

***

Tak naprawdę świeża ciuchowa krew jest mi potrzebna. Zaczynamy (ja i R.) odczuwać konsekwencje rezygnacji z regularnych dostaw nowych ubrań. W szufladach ze skarpetkami panuje stan krytyczny; zmuszamy się więc do przeprowadzenia w nich segregacji. Na komodzie wyrasta skarpetkowy stosik do naprawy. Wyrasta i nic. Jestem dzieckiem epoki, w której nie wyrzucało się poszatkowanych skarpet, tylko je reperowało, teoretycznie technika cerowania nie jest mi obca, jednak chyba nie jestem jeszcze na to gotowa. Ratuję się zwiększeniem częstotliwości prania tych skarpetek, które są jeszcze całe.
Topnieją zapasy niezobowiązujących autfitów w dobrym stanie. Większość naszych ciuchów wygląda jakbyśmy je wyciągnęli z kontenera na czyściwo. Gdy zakładam swój ulubiony codzienny zestaw (zielono-szare płócienne spodnie, 10-letnie turkusowe buty, pozdzierane na czubkach, lekko podgryziony kaszmirowy sweter i coś pod sweter), czuję, że zaczynam osiągać doskonałość w kategorii, jaką jest odzieżowa abnegacja. Bezwiednie.

***

Odchodzi niania Dzika. Sytuacja wciąż najeżona świeżością; jeszcze jej nie oswoiliśmy.
Przychodzi pierwszy mejl z listą ogłoszeń ze stołecznego Wymiennika. Ktoś oferuje naukę gry na gitarze, naukę języka fińskiego, ktoś proponuje poprowadzenie księgowości, strzyżenie, domowy cydr, upieczenie szarlotki. Jest też ogłoszenie dziewczyny z mojej dzielnicy: opieka nad dzieckiem. 15 Alterków za godzinę.

 * Macam też ubranka, które wyszły z głowy Czesława Mozila. Ładne, chorera. Tętno mi zaczyna kłusować; widać obszar odpowiedzialny za konsumenckie decyzje dotyczące Dzika, wciąż jest nieutwardzony. Reguluję się w korytarzu z biżuterią. Wyciszona wkraczam do sali, gdzie rozdają próbki specyfików do pielęgnacji paznokci. Nadal obojętność. Wchodzimy z A. do najdalej położonego pokoiku, gdzie na wyłożonym miękką tkaniną stole leżą gadżety sprawiające nie tylko wzrokową przyjemność. Gdy bardzo fachowe dziewczyny z Pussy Project objaśniają nam ich działania, znów odnotowuję gotowość do konsumpcyjnego (i nie tylko) galopu. Na szczęście mam wybór. Może pójdę sobie na warsztaty? Darmowe.

4 komentarze:

  1. Czy mogłabyś napisać czym jest wspomniany stołeczny Wymiennik?
    Brzmi jak bank czasu, choć terminu "wymiennik" jeszcze nie słyszałam. Czy myślę dobrze?

    OdpowiedzUsuń
  2. Aube, wszystko znajdziesz tu: http://wymiennik.org/
    Bank czasu, pośredniak dla przedmiotów, wspólnota dobrych chęci:-)

    OdpowiedzUsuń
  3. A ten http://swapmnie.pl/ działa jakoś regularnie?

    OdpowiedzUsuń
  4. Clatite, ma działać regularnie - jako netowa platforma wymiany ciuchów. I od czasu do czasu również stacjonarnie, organizatorzy mówili, że następna edycja będzie w listopadzie, w Cafe Kulturalna.

    OdpowiedzUsuń