wtorek, 25 września 2012

65

Był ciepły lipcowy poranek. 1946 rok. Alfred i Anna z czwórką dzieci, Paulina i Eduard z niemowlęciem, dwie rodziny zamieszkujące dom przy gospodarstwie nr 35 we wsi Rienendorf mieli niewiele czasu na spakowanie potrzebnych rzeczy. Na szczęście zdążyli się wcześniej przygotować; najcenniejsze rzeczy ukryli pod deskami podłogi na piętrze domu. 40 ściereczek z lnianego adamaszku, tkanego prawdopodobnie w okolicy (Dolny Śląsk był wówczas tkacką potęgą, a na lnie zbito w okolicy wiele fortun). Odświętny obrus wyszywany w kwiaty. Białe talerze rosenthalowskiej Marii, półmiski Villeroya w żołędzie, liche sztućce z alpaki, tanie fajansowe pudełka na cukier, mąkę i sól, dziecięce butki z cienkiej skórki, łatka na łatce, niemowlęce kaftaniki wydziergane z cieniutkiego jak nić dentystyczna kordonka. Fragmenty wiejskiej codzienności, poddane ostrej selekcji.

Odczytywanie ludzkich historii z materialnych okruchów jest jednym z moich ulubionych zajęć. Czy jednak biorąc w dłonie to, co mieszkańcy Pokrzywnika zdecydowali się zostawić w Polsce, tuż przed przymusową wywózką do Niemiec, czegoś się o nich dowiedziałam? Lubili proste, ładne, niezłe gatunkowo rzeczy. Dbali o nie; Anna, a może Paulina zawinęła szlachetne tkaniny w rulony i owinęła szmatami. Myszy nie dały rady się do nich przegryźć. Odświętne rzeczy były one dla nich równie ważne co drogocenne precjoza, które ich arystokratyczni sąsiedzi chowali w wykutych w piwnicznych ścianach skrytkach. Zostawiając je pod podłogą ukochanego domu, musieli wierzyć, że niebawem do niego wrócą. 
Dobytek przetrwał do 2002 roku; podczas generalnego remontu znaleźli go obecni właściciele - kustosze pamięci, którzy z czułością zajęli się skarbami dwóch wysiedlonych rodzin. Być może nie mogło być inaczej? W końcu małżeńskie inicjały wyhaftowane na jednej ze ściereczek zgadzały się z ich inicjałami.


 Czasem akcja redukcja jest niewykonalna.

***

- Widać, że od dwóch miesięcy nie używam szamponu? - pyta R. - Nie? Czuję się oszukany. Tyle forsy wylądowało w spływie.
Nie widać. Po mnie też nie było widać. Gdy w lipcu skończył nam się szampon, przez prawie 8 letnich tygodni eksperymentowałam z alternatywnymi metodami mycia. Samą wodą, z dodatkiem odrobiny sody oczyszczonej. Włosy nie wyglądały źle (gorąca, spadająca z siłą wodospadu woda radziła sobie z codziennym, ekhm, nalotem), ale poległam, bo nie mogłam się palpacyjnie dogadać z własną czupryną. Najpierw umyłam ją żółtkiem, potem pokornie poszłam do Rossmana po najdelikatniejszy z szamponów.

Mimo porażki na froncie owłosienia, generalnie antykonsumpcyjny eksperyment służy urodzie. Pozbawione kontaktu z tuzinem różnych smarowideł (do twarzy, do oczu, do szyi, do dekoltu, do biustu, do pupy, do paznokci, do stóp i całej reszty) ciało wygląda lepiej niż gdy bywało smarowane, ugniatane i klepane. A to mobilizuje lepiej niż rosnąca suma na koncie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz