wtorek, 21 sierpnia 2012

54

M. i G. sprzedawali swoją chatę w szczycie mieszkaniowej hossy. Kilka miesięcy wcześniej ich z czułością uwite gniazdko pojawiło się w jednym z magazynów wnętrzarskich. Zdjęcia były ładne, z tekstu wynikało, że właściciele włożyli dużo serca w jego wykończenie i że dobrze się w nim czują. Tak też było w rzeczywistości. Gdy podjęli decyzję o sprzedaży mieszkania, agencja nieruchomości podpięła do oferty skan materiału. Chata sprzedała się na pniu, potencjalni kupcy prześcigali się w składaniu coraz lepszych ofert. Poszła drożej niż początkowo zakładali jej właściciele, podając cenę z zakładką na negocjacje w dół.
Mieszkanie było ładne i wygodne, ale nie doskonałe; miało swoje mankamenty. Czwarte piętro bez windy, okna na uczęszczaną przez autobusy i tramwaje ulice.
Zastanawialiśmy się wówczas, co sprawiło, że potencjalni nabywcy z taką walecznością podeszli do jego zakupu? Profesjonalna prezentacja? Prasowa nobilitacja nieruchomości? A może po prostu obietnica dobrego życia, która emanowała ze zdjęć? To wyjątkowo mocna zawodniczka w kategorii konsumenckich motywacji.

Wczoraj przeglądałam oferty na portalu dla wymieniających się domami - Homeexchange. Domy i mieszkania jak z Living.Etc. Pod Bydgoszczą, w paryskiej dzielnicy Montmartre, na berlińskim Kreuzbergu, w Północnej Jutlandii, na Cape Cod, w Nowej Zelandii, z widokiem na Pacyfik. Wszystkie ładne, czyste, przestronne, z widokami, tarasami, wygodnymi kanapami, w pełni wyposażonymi kuchniami, stołami zapraszającymi do biesiadowania i ustawionymi na nimi tacami pełnymi owoców. Nic tylko sięgnąć i się wgryźć. Zaoszczędzić na wakacyjnych kosztach. Skorzystać z gościny, która z racji swego wzajemnego, uregulowanego umową charakteru, nie jest obarczona poczuciem winy. Ale też pożyć przez chwilę czyimś życiem. Ileż korzyści naraz!

Rok temu nie przyszłoby mi do głowy, żeby zamienić się z kimś domem; może dlatego, że nie miałam pojęcia, że świat jest pełen ludzi, którzy mogliby mieć ochotę zamieszkać na chwilę akurat w naszym mieszkaniu, a ono samo mogłoby sfinansować nasz urlop. Wpadłam na ten pomysł w czerwcu i zaczęłam od zamieszczenia swojego ogłoszenia na forum zaprzyjaźnionej internetowej społeczności. Chętnych jednak nie było; chałupa na warszawskich Sielcach nie jest szczególnie pożądaną wakacyjną lokalizacją. To się jednak zmieniło, gdy lato weszło w fazę schyłkową. Lada moment wprowadzą się do nas pierwsi goście, my w tym czasie zamieszkamy w ich domu w Wielkopolsce.

Czy prywatna wymiana domów jest strategią wyłącznie o ekonomicznym podłożu - nie jestem do końca przekonana. To pewnie istotna zaleta, ale pewnie nie najważniejsza. Z relacji osób, które robią to regularnie wynika, że pierwszy raz ma na ogół podtekst oszczędnościowy (koszt klasycznej operacji, czyli wynajęcia dużego, mieszczącego 10 osób domu we francuskiej Prowansji to minimum 5-6 tysięcy zł; dzięki wymianie wakacyjnej ta forsa zostaje w portfelu); potem się człowiek jednak zwyczajnie od takiej praktyki uzależnia. Gdy się zakosztuje czegoś wyjątkowego za darmo, dlaczego miałoby się chcieć za to później płacić?

Dobijanie wymiennego targu między właścicielami domów rządzi się tymi samymi regułami, co większość społecznych sytuacji opartych na kojarzeniu potencjalnych partnerów. Ważna jest nienaganna opinia, przydają się referencje. Są środowiska, w których liczy się jest spójność światopoglądu. Znalazłam w sieci miejsca które umożliwiają kontakt rodzinom chrześcijańskim, rotariańskim, a nawet wychowującym dzieci w duchu pedagogiki waldorfskiej.

Przeważająca większość portali, które kojarzą potencjalnych partnerów, każe sobie (podobnie jak wirtualne platformy swatające randkowiczów) płacić. Darmowa rejestracja na Homeexchange pozwala jedynie przyjrzeć się możliwościom - liznąć obfitości ofert przez szybkę. Żeby uzyskać pełen dostęp do zasobów serwisu, zaprezentować swoje wdzięki, a jednocześnie móc skontaktować z pożądanymi partnerami, trzeba wysupłać kilkaset złotych rocznie. Rejestracja i wnoszona za pomocą karty kredytowej opłata jest umowną gwarancją; daje jakieś tam poczucie bezpieczeństwa. Pozwala ufać, że jeśli potencjalny gość wyniesie chyłkiem kino domowe, będzie można go gdzieś z tym kinem namierzyć.

Cena odzwierciedla wartość danego serwisu. Najbogatszy w adresy potencjalnych partnerów HomeLink za roczne członkostwo żąda 115 GBP; jeśli jednak w ciągu tego roku nie uda się dokonać żadnej wymiany, kolejny rok jest za darmo. Trochę tańszy jest Homeexchange, z którego korzystali nasi przyszli goście. Roczna opłata to 119,40 USD, można też wykupić trzymiesięczne członkostwo za 47,85 USD i automatycznie je odnawiać. HomeforExchange kasuje 49,5 EUR rocznie.
SabbaticalHomes jest serwisem który pomaga w znalezieniu lokum na dłuższy pobyt; służy głównie pracownikom akademickim, ale nie tylko. W jego zasobach są zarówno oferty tygodniowe, jak i roczne. Akademicy płacą 45 USD rocznie, cała reszta 60 USD. Przy długoterminowych umowach mile widziany jest datek w dowolnej wysokości, na rzecz rozwoju serwisu.

Intervac, czyli jedyny duży serwis z polską wersją językową, który znalazłam, kasuje 99,99 USD rocznie, ale oferuje dwutygodniowe darmowe członkostwo. Teoretycznie można przez ten czas się i porozglądać, i odpowiednio zaprezentować wśród potencjalnych zalotników. Ale co z tego, skoro w ramach darmowego pakietu nie można odpowiadać na zaloty, ani samemu inicjować kontaktu?

Jedynym darmowym serwisem, który znalazłam jest Craigslist. Swoją ofertę można zawiesić w dziale "housing swap". Dziś znalazłam w nim dwa ogłoszenia dla Polaków zainteresowanych wymianą: "exchange my New York for your Warsaw", "my Barcelona for your Cracow". Ktoś interere?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz