wtorek, 28 sierpnia 2012

55

- Więc jak to jest? - pyta D. Siedzimy przy stole. Sałata. Naleśniki z ciasta filo. Wino. Luksus. - Kupujecie tylko to co naprawdę niezbędne, tak? A co z chlebem? Zrozumiałe jest dla mnie, że jest niezbędny. Pieczecie go sami? Makaron własnymi ręcyma zagniatacie? Jogurt? Piwo? Lody? Ciasto?
- Ciasto pieczemy. - odpowiadam, zgodnie z prawdą, pakując sobie do ust dowód w sprawie. Podpieczona pod kruszonką węgierka rozpływa mi się na języku. 4 zł/kilogram.
- Ale śliwki kupiłaś, tak? Nie zerwałaś ich w ogólnodostępnym sadzie? - dopytuje D.
Tak, jestem winna minimalistycznego nadużycia: śliwkowy, jeszcze ciepły crumble jest moim sposobem na obejście zasad które sobie sama narzuciłam. Wzajemność, hojność, gościnność - to oni sponsorują moją niemoc. Nie mam w sobie dość społecznej swobody, która pozwoliłaby by mi się na stałe podpiąć do hipotetycznego, płynącego przez Wszechświat strumienia darmowej obfitości. Uwiera mnie, gdy mam na progu domu, który odwiedzam, pokazać wnętrza pustych dłoni.
Amerykańska dziennikarka Judith Levine, której książka w tym roku  towarzyszy mi na każdym kroku, pisze że w trakcie trwania jej prywatnego antykonsumenckiego testu czuła się jak żydowski sznorer, ktoś, kto puka do drzwi w momencie w którym na stole ląduje kolacja. Ja sięgnęłabym po mniej wyrafinowane określenie, które w słowniku frazeologicznym PWN figuruje pod przymiotnikiem "krzywy".

Po powrocie do domu R. proponuje, żebyśmy w najbliższy weekend zrobili makaron. Żelazny zapas makaronu.

***

Nasza pierwsza prawie-wymiana domów okazuje się być towarzyskim strzałem w dziesiątkę. Nasi goście przyjeżdżają na 4 dni, przywożą uśmiech, luzik, koszyk domowych, pieczołowicie opakowanych smakołyków, domowe ciasto i bukiet pachnącej lawendy, prosto ze swojego ogrodu. Wymiana nie jest symultaniczna; w czasie gdy oni wprowadzają się do naszego mieszkania, my wyjeżdżamy poza Warszawę i odwiedzamy moją kuzynkę. Rewizytę u wymiankowych gości przesunęliśmy na przyszły sezon; mają przyczepę ustawioną nad jednym z jezior Pojezierza Lubuskiego.
R. zachwycony ideą (pierwsze doświadczenie utwierdziło nas w pomyśle międzynarodowej wymiany z kimś, kto będzie miał ochotę na jesienną wizytę w warszawie, obfotografowaliśmy już mieszkanie, nie podjęliśmy jeszcze decyzji z pośrednictwa którego portalu skorzystać) opowiada w pracy o naszym doświadczeniu i słyszy: - A szuflady po powrocie sprawdziliście?

***

Za nami antykonsumpcyjne wyzwanie; wizyta nastolatków. Nastolatki są wielokulturowe (wychowane w mieszanym małżeństwie, mieszkające za Atlantykiem), inteligentne i wyjątkowo oporne (jak na dzieci w ich wieku) na konsumpcyjne pokusy, ale i tak tuż przed godziną zero odczuwam lekkie mrowienie. Nie pójdziemy do kina, ani na kręgle, nie zamówimy pizzy ani suszi, na wyprawę do darmowej wideoteki na Mokotowie, w celu wypożyczenia filmu, nie będzie czasu.
Dzień wcześniej robię burzę mózgów. Skanuję lodówkę. Wypytuję matkę nastolatków, sąsiadkę, wreszcie nianię. Niania ma 23 lat, mówi: zagrajcie w coś! Sąsiadka obiecuje pożyczyć stosik gier. Matka zatwierdza mój plan zrobienia domowego suszi; w lodówce stoi jeszcze reszta sojowego sosu, jest marynowany imbir, ocet ryżowy, w szafce leży paczka wodorostowych płacht do zawijania rulonów z ryżu. Pozostałości dawnych kulinarnych przygód. Kupuję w Tesko ryż (zwykły, do risotto), sałatę, serek, świeże ogórki, dojrzałe (a więc przecenione) awokado, kawałek świeżego łososia. Nie mam wasabi. Obdzwaniam sąsiadów, przyjaciół, którzy mieszkają w okolicy, dzwonię nawet do jednej ze wspólniczek w minimalizującym procesie, z którą mam się tego wieczora spotkać. Udaje się. A., z którą umawiamy się na wieczorne rolkowanie wyciąga z bagażnika swego wielkiego landrowera tubkę wasabi. Ja wręczam jej nadpitą butelkę whisky. Wymiana ręka-ręka odbywa się w symbolicznym miejscu; pod koroną Stadionu Narodowego, niegdyś świątyni nieskrępowanego handlu.

Razem z dziećmi zwijamy kilkanaście ryżowych, opakowanych w wodorosty rolek. Ryż jest rozgotowany (być może w wyniku mojej kulinarnej indolencji, być może z racji wyboru opcji ekonomicznej), imbir, który wyciągam z najdalszego kąta lodówki okazuje się być zbyt wiekowy, aby można sobie nim oczyszczać podniebienie między jednym kęsem a drugim (Tesko oszczędza nam konsumpcyjnych dylematów, gdyż imbiru nie prowadzi). Nikomu to jednak nie przeszkadza. Siedzę z dziećmi i dorosłymi przy stole, roluję, kroję, wciskam do ust kolejne kawałki maki i zapominam o planie, który miałam na kolejną część tego wieczoru. Gry są kompletnie niepotrzebne.

wtorek, 21 sierpnia 2012

54

M. i G. sprzedawali swoją chatę w szczycie mieszkaniowej hossy. Kilka miesięcy wcześniej ich z czułością uwite gniazdko pojawiło się w jednym z magazynów wnętrzarskich. Zdjęcia były ładne, z tekstu wynikało, że właściciele włożyli dużo serca w jego wykończenie i że dobrze się w nim czują. Tak też było w rzeczywistości. Gdy podjęli decyzję o sprzedaży mieszkania, agencja nieruchomości podpięła do oferty skan materiału. Chata sprzedała się na pniu, potencjalni kupcy prześcigali się w składaniu coraz lepszych ofert. Poszła drożej niż początkowo zakładali jej właściciele, podając cenę z zakładką na negocjacje w dół.
Mieszkanie było ładne i wygodne, ale nie doskonałe; miało swoje mankamenty. Czwarte piętro bez windy, okna na uczęszczaną przez autobusy i tramwaje ulice.
Zastanawialiśmy się wówczas, co sprawiło, że potencjalni nabywcy z taką walecznością podeszli do jego zakupu? Profesjonalna prezentacja? Prasowa nobilitacja nieruchomości? A może po prostu obietnica dobrego życia, która emanowała ze zdjęć? To wyjątkowo mocna zawodniczka w kategorii konsumenckich motywacji.

Wczoraj przeglądałam oferty na portalu dla wymieniających się domami - Homeexchange. Domy i mieszkania jak z Living.Etc. Pod Bydgoszczą, w paryskiej dzielnicy Montmartre, na berlińskim Kreuzbergu, w Północnej Jutlandii, na Cape Cod, w Nowej Zelandii, z widokiem na Pacyfik. Wszystkie ładne, czyste, przestronne, z widokami, tarasami, wygodnymi kanapami, w pełni wyposażonymi kuchniami, stołami zapraszającymi do biesiadowania i ustawionymi na nimi tacami pełnymi owoców. Nic tylko sięgnąć i się wgryźć. Zaoszczędzić na wakacyjnych kosztach. Skorzystać z gościny, która z racji swego wzajemnego, uregulowanego umową charakteru, nie jest obarczona poczuciem winy. Ale też pożyć przez chwilę czyimś życiem. Ileż korzyści naraz!

Rok temu nie przyszłoby mi do głowy, żeby zamienić się z kimś domem; może dlatego, że nie miałam pojęcia, że świat jest pełen ludzi, którzy mogliby mieć ochotę zamieszkać na chwilę akurat w naszym mieszkaniu, a ono samo mogłoby sfinansować nasz urlop. Wpadłam na ten pomysł w czerwcu i zaczęłam od zamieszczenia swojego ogłoszenia na forum zaprzyjaźnionej internetowej społeczności. Chętnych jednak nie było; chałupa na warszawskich Sielcach nie jest szczególnie pożądaną wakacyjną lokalizacją. To się jednak zmieniło, gdy lato weszło w fazę schyłkową. Lada moment wprowadzą się do nas pierwsi goście, my w tym czasie zamieszkamy w ich domu w Wielkopolsce.

Czy prywatna wymiana domów jest strategią wyłącznie o ekonomicznym podłożu - nie jestem do końca przekonana. To pewnie istotna zaleta, ale pewnie nie najważniejsza. Z relacji osób, które robią to regularnie wynika, że pierwszy raz ma na ogół podtekst oszczędnościowy (koszt klasycznej operacji, czyli wynajęcia dużego, mieszczącego 10 osób domu we francuskiej Prowansji to minimum 5-6 tysięcy zł; dzięki wymianie wakacyjnej ta forsa zostaje w portfelu); potem się człowiek jednak zwyczajnie od takiej praktyki uzależnia. Gdy się zakosztuje czegoś wyjątkowego za darmo, dlaczego miałoby się chcieć za to później płacić?

Dobijanie wymiennego targu między właścicielami domów rządzi się tymi samymi regułami, co większość społecznych sytuacji opartych na kojarzeniu potencjalnych partnerów. Ważna jest nienaganna opinia, przydają się referencje. Są środowiska, w których liczy się jest spójność światopoglądu. Znalazłam w sieci miejsca które umożliwiają kontakt rodzinom chrześcijańskim, rotariańskim, a nawet wychowującym dzieci w duchu pedagogiki waldorfskiej.

Przeważająca większość portali, które kojarzą potencjalnych partnerów, każe sobie (podobnie jak wirtualne platformy swatające randkowiczów) płacić. Darmowa rejestracja na Homeexchange pozwala jedynie przyjrzeć się możliwościom - liznąć obfitości ofert przez szybkę. Żeby uzyskać pełen dostęp do zasobów serwisu, zaprezentować swoje wdzięki, a jednocześnie móc skontaktować z pożądanymi partnerami, trzeba wysupłać kilkaset złotych rocznie. Rejestracja i wnoszona za pomocą karty kredytowej opłata jest umowną gwarancją; daje jakieś tam poczucie bezpieczeństwa. Pozwala ufać, że jeśli potencjalny gość wyniesie chyłkiem kino domowe, będzie można go gdzieś z tym kinem namierzyć.

Cena odzwierciedla wartość danego serwisu. Najbogatszy w adresy potencjalnych partnerów HomeLink za roczne członkostwo żąda 115 GBP; jeśli jednak w ciągu tego roku nie uda się dokonać żadnej wymiany, kolejny rok jest za darmo. Trochę tańszy jest Homeexchange, z którego korzystali nasi przyszli goście. Roczna opłata to 119,40 USD, można też wykupić trzymiesięczne członkostwo za 47,85 USD i automatycznie je odnawiać. HomeforExchange kasuje 49,5 EUR rocznie.
SabbaticalHomes jest serwisem który pomaga w znalezieniu lokum na dłuższy pobyt; służy głównie pracownikom akademickim, ale nie tylko. W jego zasobach są zarówno oferty tygodniowe, jak i roczne. Akademicy płacą 45 USD rocznie, cała reszta 60 USD. Przy długoterminowych umowach mile widziany jest datek w dowolnej wysokości, na rzecz rozwoju serwisu.

Intervac, czyli jedyny duży serwis z polską wersją językową, który znalazłam, kasuje 99,99 USD rocznie, ale oferuje dwutygodniowe darmowe członkostwo. Teoretycznie można przez ten czas się i porozglądać, i odpowiednio zaprezentować wśród potencjalnych zalotników. Ale co z tego, skoro w ramach darmowego pakietu nie można odpowiadać na zaloty, ani samemu inicjować kontaktu?

Jedynym darmowym serwisem, który znalazłam jest Craigslist. Swoją ofertę można zawiesić w dziale "housing swap". Dziś znalazłam w nim dwa ogłoszenia dla Polaków zainteresowanych wymianą: "exchange my New York for your Warsaw", "my Barcelona for your Cracow". Ktoś interere?

niedziela, 19 sierpnia 2012

53

Kiepska ze mnie balkonowa ogrodniczka. Krzaki pomidorów są, w porównaniu z tymi które udało się wyhodować znajomym z sadzonek z tej samej drużyny, rachityczne i wiecznie podsuszone (mimo codziennego podlewania). Owocują skąpo. Dziś dopiero po raz drugi udało mi się zebrać małą miskę czerwonych kulek; pojemność porównywalna z przeciętnym supermarketowym pojemnikiem pomidorów cherry. Pokazałam jej zawartość R., litościwie nie skomentował.
Zasiany w skrzynce groszek wydał w sumie 2 (słownie: dwa) strączki.
Sałata zdrewniała; może nie wstrzeliłam się z jej wysianiem w kalendarz aktywności słonecznej?
Rukola nie raczyła praktycznie w ogóle wykiełkować.
Pietruszka, lubczyk, tymianek szybko puściły pierwsze liście, a potem przystopowały. Karłowate towarzystwo. Ogórki zdechły po przesadzeniu.
Cała nadzieja w Pani Cukinii; byłam bliska połaszenia się na jej kwiaty, ale wytrwałam, teraz liczę na to, że lada moment zamienią się w owoce.
Pod kątem ekonomicznym: zwrot inwestycji (czas, woda, ziemia, nasiona) jest zerowy. Taniej byłoby pójść i kupić.

Przed nami wyzwanie: prezent urodzinowy dla Dzika. Chłopczyk kończy za półtora miesiąca 2 lata; z tej okazji ma wreszcie dostać własny pokój. Pokój który od czasu, gdy mieszkamy tu, gdzie mieszkamy, służył jako składzik tego co w danym momencie niepotrzebne, gościnna sypialnia, oranżeria, archiwum, azyl dla kota (dowolne skreślić). W czerwcu zabraliśmy się za jego odgracanie. Stoi w nim jeszcze rozkładana sofa, która ma jednak już nową właścicielkę. Na jej miejscu ma się pojawić łóżko - pierwszy prywatny mebel naszego syna
- Chcecie niczego nie kupować? - rechotał T., gdy w kwietniu opowiadałam mu o mini-planie na najbliższe miesiące. - Zobaczymy co zrobicie, gdy dojdzie do urządzania pokoju Dzika. Weźmiecie materac ze śmietnika?
Śmietnik wydaje mi się kontrowersyjnym źródłem materacy; może więc klasyczna wystawka? Skanuję gratyzchaty.pl i tablicę.pl, rozpuszczam wici wśród znajomych, ogłaszam się ze swoją potrzebą na rodzicielskim forum, przeglądam strony o upcyklingu. R. bohatersko deklaruje, że jeśli żadne łóżko się do nas nie odezwie, spróbuje się sam zmierzyć ze stolarskim wyzwaniem. Uch.

Trwa nalot dywanowy okazji. Staram się omijać potencjalnie niebezpieczne miejsca, ale i tak wciąż się na nie natykam. Przez ostatnie tygodnie z trudem udało mi się oprzeć pokusie zakupu:
- kilku przewodników Lonely Planet z 50% rabatem; akcja promocyjna trwała kilkadziesiąt godzin i dotyczyła wszystkich tytułów wydawnictwa, informacja o niej przyszła mejlem;
- przecenionych o prawie 70% ciuchów ze mojej ulubionej włoskiej sieciówki: sklep zmieniał wystrój i z tej okazji do stałych klientów rozesłał sekretne esemesy; 
- drewnianych puzzli, układanek i zestawów do prac ręcznych francuskiej firmy Djeco, wyprzedawanych przez znajomy sieciowy sklep, który zwijał interes, więc z okazji tej pozbywał się całego asortymentu. Informacja pojawiła się w internecie, w miejscu, do którego zaglądają stali klienci. Gdy ją znalazłam, zelektryzowało mnie. Zajrzałam do sklepu jako jedna z pierwszych; był jeszcze duży wybór. Wrzuciłam do koszyka wrzuciłam zestaw samoklejących wodorostów, ryb i meduz, które świetnie wyglądałyby na ścianie w przyszłym pokoju Dzika i poszłam się sama z sobą rozmówić. Wróciłam wieczorem. Na wirtualnych półkach zostały już jednak tylko resztki towaru. Po naklejkach nie było już śladu; ktoś był bardziej zdecydowany i uchronił mnie przed konsumpcyjnym upadkiem.

Podwodny świat zamierzam samodzielnie wymalować chłopakowi na ścianie.

wtorek, 14 sierpnia 2012

52

Wakacje. Skwar. Basen. Awantura o kółko dmuchane. 
R., wściekły, nie w nastroju na jakąkolwiek dyskusję, sięga od razu po ciężki oręż:  - Czy chcesz odebrać naszemu synowi radość dzieciństwa?
 
Dzik, wodne dziecię zagarnia dla siebie całą nieckę basenu. Niecka nie wystarcza, więc zagarnia wszystkie dmuchane kółka, które znajdują się w zasięgu jego rączek. Te, które unoszą się na wodzie i te, które leżą na trawie, cudzych kocach, wyglądają na chwilowo osierocone. - Niech weźmie – mówią łagodnie słowaccy rodzice małych posiadaczy kółek. Więc chłopczyk nasz bierze. Rzuca się z nim ekstatycznie do wody, tapla się, chlapie, okręca i próbuje płynąć. Sam. On, wielka woda i kółko. Niezbędne. Absolutnie. Ale na basenie nie można kupić kółka. 

Można za to kupić czerwoną granitę. M. wysyła O., chłopak przychodzi ściskając oburącz cztery plastikowe kubeczki z lodową kaszą podbarwioną na czerwono. Zerkam w jego stronę ze dwa razy; miga mi w głowie własne dzieciństwo – kompletnie wyczyszczone ze wszystkich konsumpcyjnie grzechów. Jest mi smutno i wiem, że gdyby moje dziecko zachciało w tym momencie granity, nie byłabym w stanie mu odmówić i zaproponować w zamian wody z bidonu. 
Ale Dzik ma granitę gdzieś, pluszcze się w wodzie z chwilowo zagarniętym kółkiem.