czwartek, 26 lipca 2012

51

Wychodzi na to, że jednak się nie uda w tym miesiącu odciąć od linii debetowej. Zostały 4 dni, a zdążyliśmy już odrobinę zejść poniżej kreski. Ech.

Jestem znużona. Nie udaje nam się dotrzeć na darmowy seans filmowy pod chmurką; sponsorowany przez Miasto Stołeczne Warszawa. Czwartek, 21.45 to pora, gdy życiowej energii starcza mi jedynie na przejście z jednego pokoju do drugiego. Zmęczenie nie sprzyja konsumpcji; nawet gdy ta wiążę się z minimalnym kosztem (dojazdu na przykład). Czy gdybyśmy kupili bilety na ten seans, zrezygnowalibyśmy z niego z podobną łatwością? Wg "Za darmo" Andersona, które czytam właśnie w wersji cyfrowej, upajając się każdym słowem napisanym elektronicznym atramentem - nie. Wg autora nawet minimalny koszt zakupu (1 grosz) sprawia, że stajemy się bardziej uważni, jeśli chodzi o zarządzanie zakupionym dobrem.

- Idziemy na Madonnę. - oznajmia A. Sprawdzam ceny biletów, konsultuję się z nianią; wszystko sprzyja temu, żeby Madonna Louise została sponsorką mojej pierwszej (no dobrze, drugiej, po doniczkach) spektakularnej zakupowej porażki. Zapał mi mija, gdy maluję sobie wreszcie paznokcie u stóp. Na pomarańczowo.

Jutro wyjeżdżamy: Ryś kończy rok, będziemy to świętować z jego mamą na łonie kaszubskiej natury. Wyciągam drewnianą zabawkę, którą kupiłam z myślą o nim dobre pół roku temu, korzystając z akcji rabatowej dla wtajemniczonych. Pakuję ją do papierowej torby z recyklingu (Czy znacie kogoś kto nonszalancko wyrzuca ozdobne torebki na prezenty? Ja nie.). Wywołuję zdjęcia, które zrobiłam chłopczykowi w pierwszym roku jego życia - płacę za nie fotokartą prepaidową. Mam ją od roku. Faktyczny koszt na tu i teraz: zero. w prezent dla Rysia zainwestowaliśmy już jakiś czas temu. Nasze materialne zapasy prezentowe jednak powoli topnieją; lada moment trzeba się skonfrontować z tym co najtrudniejsze w sytuacji ścisłego konsumpcyjnego zarachowania. Obdarowywaniem bez dziadostwa.

R. przynosi do domu wielką młodą kapustę. - Znalazłem. - oznajmia z miną łowcy mamutów. - Na chodniku. Gdy jadę rowerem na niedzielny wywiad do Falenicy, pod mostem Siekierkowskim widzę dwie rowerzystki, które oparły swoje pojazdy o pień drzewa i szarpią za jego gałęzie. Zielone jabłka sypią się na trawę. Czy porzucony sad (bo jabłoń z przypiętymi doń użytkowniczkami to zaledwie jedno z owocowych drzew na tym odcinku) to własność publiczna? Tak jak jesienne kasztanowce?
Ośmielona rozmową z jedną z uczestniczek mojego mini-projektu, nieśmiało zagajam w sklepie, w którym zawsze robię zakupy. Nie, nie na wstępie, ale na zakończenie, tuż po zapakowaniu do płóciennej torby ostatniego opakowania jogurtu robionego z mleka od szczęśliwych krów: - Co robicie z produktami, które lada moment się przeterminują? Albo właśnie się przeterminowały? 
- Rozdajemy. Chce pani coś sobie wziąć?
Dostaję dostęp do tajnej półki na ostatniej półce lodówki. A tam mleczna partyzantka, bogactwo, które wypadło z obiegu: śmietany, kefiry, twarożki, jogurty naturalne i z owocami, sojowe desery. Wszystko z eko-certyfikatem. Za darmo. Biorę dwa jogurty i deser Provamelu, którego data ważności minęła dzień wcześniej. Wciągam go na raz, w łóżku, wchłaniając jednocześnie "Za darmo". W nocy budzi mnie ból brzucha.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz