niedziela, 15 lipca 2012

47

Sobota nie jest w ogóle minimalistyczna; prawie pęka w szwach. Spieszę się, ach, spieszę.
- Rodzinny obiad u minimalistów? - kpi K., gdy tłumaczę jej, dlaczego już i teraz, muszę przeciąć naszą rozmowę w pół. Siedzimy w Dolince Szwajcarskiej, z okien nad naszymi głowami płyną pojedyncze nuty sobotniej kłótni, słońce świeci mi w twarz, rozgniatam butem rajskie jabłuszko.

Sześcioro dorosłych, czworo dzieci. R. kupuje tylko to co potrzebne (ryż), ja wyciągam z szuflady ostatnią porcję zielonej pasty curry, które przywieźliśmy z Singapuru, otwieram ostatnią puszkę kokosowego mleka, posypuję sałatę uprażonym sezamem. To już niemal końcówka egzotycznych ingrediencji w naszej kuchni, tylna straż, za nią już tylko smalec i kiszony ogórek. Mam ochotę oblizać talerz; czy wspomnienie smaku domowego zielonego curry ma szansę utrzymać się do marca przyszłego roku?

Jedzenie jest jak zwykle za dużo, krzeseł za mało. Objedzeni, opici, toczymy się grupowo do Łazienek. Rozmowy są burzliwe; w piaskownicy, której widok uruchamia widać skojarzenie z niedokończoną, a otwartą autostradą A2, aż się iskrzy. Słowa wpadają na siebie: implozja, hiperinflacja, wierzytelności, bum!
- Jesienią nadejdzie kolejna fala kryzysu - mówi jeden z krewniaków. - Jesienią, a najpóźniej w styczniu, jak opadnie świąteczna gorączka.
Fakt, cykl konsumpcyjny trwa od jednych Świąt Bożego Narodzenia do drugich.
- Nie wiem jak wy, ale ja mam zamiar wyciągnąć trochę forsy z banku, kupić walutę, trzymać w domu. Jeszcze nie zdecydowałem: euro czy dolary.
A czy kryzys uderzy właśnie w Euroland?
- Są dwie szkoły. Albo gromadzisz zapasy, albo środki na ich zakup.
Gdy wieczorem, po załadowaniu trzeciej zmywarki, zasiadamy wreszcie na kanapie i patrzymy na fiołkowe niebo nad Warszawą, uświadamiam sobie, że zasadniczo rzecz biorąc nie mamy żadnych zapasów. Ani ryżu (poszła cała paczka), ani sucharów, ani konserw, ani niczego co się przydaje w czasach, gdy nie działa normalna gospodarka. A nawet jeśli byśmy ten prowiant zgromadzili, to nie mielibyśmy go - w razie odcięcia dostaw prądu - na czym ugotować. Może powinniśmy rozważyć zakup kuchenki turystycznej?
Lęk jest chyba najlepszym z konsumpcyjnych motywatorów. Tuż przed położeniem się do łóżka, wchodzę w swój wymiankowe ogłoszenie, które zamieściłam na forum i na wszelki wypadek zmieniam jego tytuł na "Szukam turystycznej kuchenki". Przykładam głowę do poduszki i zasypiam w ciągu minuty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz