środa, 11 lipca 2012

44

Pamiętam swoją biblioteczną inicjację. Miałam 7 albo 8 lat, był maj, albo czerwiec, bo z lip na naszej ulicy sypał się pachnący słodko chrust. W bibliotece, do której zabrał mnie P., było dużo światła. Książki na drewnianych regałach wyglądały światowo, ubrane w przezroczyste foliowe uniformy, z sygnaturami na białych plakietkach. Zupełnie inaczej niż w szkolnej czytelni, gdzie owijano je szorstkim papierem i znakowano mazakiem na grzbiecie. Wzięłam stosik książek z którąś z części o przygodach Dzikiej Mrówki na wierzchu, przeczytałam w ciągu tygodnia i przyszłam po kolejne.
To była prawdziwa namiętność. Gwałtowna i... krótka. Trwała kilka lat; gdy zdałam do liceum, zaczęłam chodzić do sąsiadującej z biblioteką sali prób. I do kawiarni - też obok.
W dorosłym życiu przypominałam sobie o istnieniu instytucji wypożyczającej książki, gdy byłam w potrzebie. Na uczelni, w pracy. Później i ta nic się zerwała; gdy zaczęłam zarabiać, wdrożyłam mechanizm: potrzebuję, więc kupuję. W księgarni, albo w necie. 
Na moich półkach do dziś jest mnóstwo książek na jeden raz. Na jeden tekst. Na jeden akapit. Czasem jest to ten akapit, który się nie załapał do tekstu.

Gdy rok temu zobaczyłam, że K., nasz przyjaciel, którego stać na cotygodniowe hurtowe zamówienia w Empiku i Amazonie razem wziętych, czyta kryminał Jo Nesbo opatrzony sygnaturą na grzbiecie, zdziwiłam się i zachwyciłam. Uzmysłowiłam sobie, że nie pamiętam kiedy ostatni raz wchodziłam do biblioteki z myślą o tym, żeby wynieść z niej kawał zadrukowanej przyjemności. Mało tego: nie pamiętam, kiedy w ogóle do niej wchodziłam.

Ponieważ muszę w tym tygodniu dorwać na gwałt kilka książek, znalazłam właśnie adres dzielnicowej biblioteki. Jutro idę wyrobić kartę czytelnika.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz