wtorek, 10 lipca 2012

43

Na deptaku pod pałacem Schaffgotschów w Cieplicach siedzą trzy dziewczynki i chłopak, na oko 6-letni. Jest sobota, skwar, właśnie skończyłam robotę i objuczona ciężkim sprzętem, usiłuję wkleić się w wąski pasek cienia rzucony przez fasadę. Wracam do auta, które zostawiłam po drugiej stronie rzeki.
- Proszę pani, proszę pani. - mała przekupka ma głos cichy, ale skuteczny. - Nie kupi pani wiśni?
Wiśnie są jasne, błyszczące, usypane w piramidę w plastikowej misce. Obok miski stoi poplamiony słoik i plastikowa waga, która choć jest, jak jej nazwa wskazuje, wagą kuchenną, wygląda jak zabawka.
- Po 5 zł. Dziś zrywane.
Otwieram torbę, szukam portfela. Nie miałam go w ręku od kilku dni, został w bagażu w samochodzie.
- Wzięłabym, ale nie zabrałam portfela - tłumaczę się. - Szkoda.
Odchodząc słyszę jak chłopczyk rzuca półgębkiem do swoich wspólniczek: - Wszyscy tak mówią. Trzeba było powiedzieć że po 4.

Biorę z auta portfel. Wracam pod pałac. Dzieci mnie poznają. Kupuję kilogram wiśni; płuczemy je w fontannie. Są cierpkie, zdziczałe. Rozgniatam je o podniebienie, pluję pestkami. Resztę wyrzucam - może szpaki je zjedzą?

***

Nie było nas 10 dni. Balkonowa plantacja, doglądana z czułością przez sąsiadkę, rozkwitła; z doniczek z krowiej kupy, które w akcie konsumpcyjnej desperacji kupiłam w maju, w komplecie z glinianymi donicami, wychylają się duże liście ogórków, dyń, cukinii, fasoli. Groszek wyciąga do góry wąsy. Kiełkuje rukola i zioła, których nazw nie pamiętam. Pomidorów jest mnóstwo, nad liśćmi unoszą się kiście zielonych kulek. Podlewam je z neofickim namaszczeniem.

W lodówce: biała, mroźna cisza, przed wyjazdem zaniosłam wszystko co nadawało się natychmiastowego zeżarcia sąsiadce. Ponieważ robiłam to pierwszy raz od wielu lat; zapukałam do drzwi I. z niepewnością. Stanęłam na wycieraczce z wiechciem chlorofilu (botwina, sałata, rukola, szczypior, pietrucha) na ramieniu, ale ledwo otworzyłam usta, a I. wyciągnęła ręce w atawistycznym porozumieniu człońkiń zbierackiej wspólnoty.

Robię zakupy w sklepie, prowadzonego przez eko-rolniczkę, w którym regularnie się zaopatruję. Kupuję mięsne parówki, jogurty nie wzmacniane mlekiem w proszku, pierwsze tegoroczne jabłka, lekko poobijane, kawał koziego bundzu, główkę czosnku. W ostatnim momencie odkładam strąk ostrej papryki i kawał imbiru - stwierdzam, że to się nie mieści w definicji: lokalne. Łapię za to koszyczek wiśni. Wgryzam się w nie zaraz po wyjściu ze sklepu; ich słodycz rozlewa mi się na języku.

***

Eskapada na Dolny Śląsk ostatecznie dobija moje ulubione klapki. Są nie do naprawienia. Lądują w koszu. Dzik od kilku dni protestuje, gdy usiłujemy mu założyć sandały, które jeszcze miesiąc temu były za duże. Odkrywam powód i dowód jednocześnie: obtarcie na podbiciu. Alternatywy nie ma; jeśli nie uda mi się zorganizować kolejnych butów w drodze wymiany, udam się na zakupy.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz