czwartek, 28 czerwca 2012

39

Rozpada się nasza materialna rzeczywistość. Rozcinam rękaw ulubionego swetra. R. wraca z wiejskiego weekendu z dżinsami przepołowionymi w strategicznej okolicy; tak intensywnie pucował naszego 10-letniego Forda, że spodnie pękły mu na tyłku. Zaczyna brakować mu skarpet. Pralka chodzi zdecydowanie za rzadko.
Dzik jest na etapie zamaszystego rzucania przedmiotami o grunt. Rzuca drewnianą miską o podłogę. Łup. Miska pęka na pół. Rzuca plastikową lokomotywą, którą dopiero co dostał (nie ze sklepu, a z wymiany towarowej, którą przeprowadziłam z jedną z moich ulubionych partnerek). Trzask. Odpada przewód zasilający. Rzuca pokrywką do wyciskacza cytrusów. Auć, trzaska ostatni z zębów, na których pokrywka się utrzymywała na dzbanku.
Kiedyś, gdy poszczególne elementy naszego materialnego świata zaliczały kontuzje, na ogół lądowały, niechciane, w koszu na śmieci. Nie chciało nam się ich leczyć. Teraz coś się zmieniło. Ranni delikwenci są poddawani natychmiastowym oględzinom; na ogół wystarcza szybki zabieg z użyciem superglue. Ponieważ R. nie ma lutownicy, podkleja nim nawet przewód od lokomotywy.
Każda konfrontacja z kontuzjowanym przedmiotem uruchamia w końcu mechanizm obecny u każdego odpowiedzialnego właściciela, sterujący procesem naprawy. Ale nie jest to proste. Gdy po przyjeździe z kaszubskiej dziczy odkrywam na rękawie ukochanego swetra z alpaki (na który wydałam swego czasu równowartość rocznej polisy ubezpieczeniowej dla bezwypadkowego kierowcy 10-letniego auta) gigantyczną, zajmującą cały łokieć ranę szarpaną, jestem gotowa do szybkiego pogrzebu. Zaraz! Może można to jakoś naprawić? Sweter w końcu trafia nie do kosza, ale na wieszak; może uda mi się znaleźć w tym blisko 2-milionowym mieście specjalistkę od zapomnianej repasacji.
Nie wszystko da się naprawić; dżinsy małżonka są zniszczone w sposób kategoryczny. Nie nadający się do reanimacji. Lądują w koszu.

Trwa Akcja Redukcja. R. zawozi na pocztę osiem paczek z przedmiotami, które - dzięki dokonanej w internecie wymianie - znalazły nowych właścicieli. Kolejne osiem czeka na spakowanie; zabrakło mi opakowań i kopert z recyklingu. W świat wędrują sportowe sandały, niekompatybilne z moimi stopami, niepotrzebny Dzikowi kask rowerowy, wełny i akcesoria dziewiarskie, kupione w konsumenckim amoku. Niepokochane książki, płyty, z których wyrośliśmy, ubrania, w których nigdy nie było mi wygodnie i biżuteria, w której nigdy nie było mi ładnie. Mimo to pryzma rzeczy do wyekspediowania wciąż zajmuje połowę podłogi w pokoju, który kiedyś zostanie pokojem Dzika. Jestem zmęczona od patrzenia na nią; metodyczna i staranna redukcja jest cholernie energo-, forso- i czaso-chłonna. Bilans dnia: mejlowe ustalanie szczegółów i pakowanie wybranych fantów zajmuje przynajmniej 2 i pół godziny, wyprawa na pocztę (akurat nie było kolejki): kolejne pół, rozproszona, wielokierunkowa spedycja pochłania 60 zł. Jakże łatwiej byłoby to wszystko zapakować do ruskiej torby w kratę i postawić przy płocie; coś jednak sprawia, że uznaję, że to ostateczne rozwiązanie.

Pomiędzy jedną a drugą połową meczu Niemcy-Włochy zastanawiamy się co zabrać ze sobą do jedzenia w podróż. Pojutrze jedziemy na Dolny Śląsk; mamy blisko 500 km do przejechania. I serdecznie dość kanapek.

2 komentarze:

  1. O, jaki to dawny wpis. Znalazłaś kogoś do naprawienia swetra? Ja takie dziury naprawiam - potrzebny jest tylko kawałek możliwie podobnej przędzy. Czytam dalej. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, sweter poszedł w dobre ręce, które mam nadzieję, przywrócą go do życia.

    OdpowiedzUsuń