poniedziałek, 25 czerwca 2012

37


Dywanik u przełożonych; oglądamy materiał o brooklyńskich ogrodach, zakładanych na dachach kamienic. Na zdjęciu, które otwiera reportaż widać płaszczyznę dachu, a na nim usypane z ziemi zagony. Młody, przystojny brodacz kuca między rzędami kędzierzawej zieleniny i oddaje się żmudnej czynności pielenia z widokiem na Manhattan. P. opowiada mi o radiowej audycji, w której dziennikarz z satysfakcją pytał amerykańską aktywistkę o to, czy jej rodacy naprawdę muszą chodzić na korepetycje z siania, przerywania, flancowania, plewienia. M., która w Chicago, pisze, że niemal wszyscy jej sąsiedzi mają truskawki i pomidory na parapetach, a na dachach ule. Ona sama - nie, ale nadrabia to kupując magazyn poświęcony domowemu ogrodnictwu.

Dzień wcześniej szukamy z M. dojrzałych owoców na krzaczkach truskawek, które wykańczają brzeg jego balkonu. M. robi na obiad fasolkę szparagową wytarzaną w ziołach, zerwanych kilka minut temu na własnym parapecie. Zrywam je po listek po listku, a potem siekam. Palce jeszcze długo pachną mi szałwią i rozmarynem.

R. przywozi z wiejskiego domu swego ojca wiecheć selerów, szczypioru, pierwsze wątłe pietruszki, wiadro truskawek. Truskawki są nierówne i zniekształcone. Niewiniątka, dojrzewając w domowym ogrodzie, nie miały w życiu okazji wejść w kontakt z pestycydami.

Na moim balkonie kwitnie życie towarzyskie. Pan Pomidor (mistrz drugiego planu) tyje, powiększa się jego rodzina. Sałata rozpycha skrzynkę; przebijają się kiełki ogórków.

Za trzy dni Trybunał Konstytucyjny przyjrzy się ustawie o rodzinnych ogrodach działkowych.

Skończyła nam się sól. Ta najzwyklejsza, kamienna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz