czwartek, 14 czerwca 2012

33


- Kup Politykę. - mówi A., gdy obwieszczam jej rano, że wieczorem mam zamiar opuścić naszą wakacyjną dzicz i pojechać, hen, 100 km na wschód. Na lotnisko - idealne miejsce do zakupu prasy.
A. wie, że jesteśmy zanurzeni w anty-konsumpcyjnym doświadczeniu. Rozmawiamy o niekupowaniu od czasu do czasu, podobnie zresztą jak rozmawiamy o kupowaniu. Że kupiło się masło, karasie, truskawki. Rozmawiamy też o dmuchanym krowim duecie, z którego kilka godzin po przywiezieniu przez kuriera uszło powietrza („Kupiłam dwie, jedną dla Rysia, drugą dla Dzika”). O koszulkach z wyjątkowo miękkiej, uprawianej bez pestycydów bawełny, z których Ryś właśnie zaczął wyrastać („A kupiłam kilka, na zapas”). O młynku do kawy, w którym A. każdego ranka mieli sezam albo inne dobroczynne nasienie, które wsypuje potem do chłopakowych misek. („Kupiłam dwa, jeden się od razu zepsuł”). Nawet o wełnianych galotach. („Gdzie je kupiłaś?”).
- Politykę. Kup. Najnowszą. 
- Nie kupuję Polityki.
Jesteśmy tu od trzech dni. Dwie kobiety. Dwóch synów. Kuchnia. Kanapa. Kominek. Ogród. Jezioro u stóp. Snuje się między nami przędza. Rosną opowieści. Wątki, które wciąż wracają i takie, które się rwą. Konsumpcja wydaje się być - na ich tle - tematem z gatunku ple ple, ale wciąż uparcie powraca.
- Dlaczego nie kupujesz Polityki?
- Bo nie. Czytam w sieci.
- To zadzwonię do R. Niech przywiezie ze sobą.

Pod lotnisko dojeżdżam za wcześnie. Nie mam się gdzie podziać. Parkowanie dłuższe niż 10 minut kosztuje 20 zł, więc krążę wokół terminala, przez pomyłkę wbijam się w tunel komunikacyjny dla uefowskich wipów, na chwilę przysiadam w autobusowej zatoczce. Na niedokończonym zjeździe z świeżo wyasfaltowanej dojazdówki parkują luksusowe samochody; ich budzące respekt cielska są świeżo wymyte, w przydymionych szybach odbija się pomarańczowa kula słońca. Gdy mój nowy, podłączony do ładowarki telefon (który choć jest faktycznie bystry, to niestety, również wyjątkowo cherlawy) zaczyna lekko drżeć, kierowcy odpalają silniki, limuzyny zjeżdżają z tymczasowych, nielegalnych miejsc parkingowych i suną w stronę 10-minutowej strefy Kiss&Fly. Podjeżdżam i ja. Mój mąż nie ma bagażu, poza lekką torbą. Z torby wystaje mu Polityka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz