czwartek, 7 czerwca 2012

31

Wczoraj przyleciał R. Wstałam wcześnie rano, zapakowałam śniętego Dzika do fotelika, pojechałam nowo wyasfaltowaną dwupasmówką do Rębiechowa.
Nie widzieliśmy się 10 dni. Przetransportowany migiem (45 minut) i niewielkim, w porównaniu do ceny biletów Intercity na tej samej trasie, kosztem (99 zł) małżonek wydał mi się zarośnięty i odrobinę wymięty.
- Kochanie, kupiłem coś. - wyznał, gdy umościł się na przednim siedzeniu. Głos miał niepewny. Co mógł kupić? Komplet alufelg? Futerał do naszego nowego telefonu? Zaległy pierścionek zaręczynowy? Tak naprawdę nie miałam pojęcia. R. nigdy nie był konsumpcyjnym myśliwym. Impulsywne zakupy właściwie mu się nie zdarzały. Przemyślane - bardzo rzadko.
- Kupiłem koszulkę kibica.
Udało mu się mnie zaskoczyć.


Gra na futbolowych emocjach może być dużo warta. W Polityce czytam, że dochody z piłkarskiej turystyki mają w czerwcu wynieść jakieś 844 mln zł, a eksperci prognozują, że sprzedaż namaszczonych przez UEFA gadżetów (Warner Bros), słodyczy (Wawel), procentów (Carlsberg), bąbelków (Coca-Cola) i hamburgerów (McDonald) może doprowadzić do skumulowanego wzrostu PKB o 2,1%. Mnie jednak ciekawi mikroekonomiczny aspekt mistrzostw. Konkretnie: ile Euro 2012 wyciśnie z portfela przeciętnego Polaka. Tego, który mecze będzie oglądał na własnej albo zaprzyjaźnionej kanapie, przed telewizorem, a miłość do polskiej drużyny narodowej manifestował podczas przejazdów praca-dom. Piwo, czipsy, kiełbaski na grilla, otulacze na lusterka, chorągiewki, koszulki - ile wydamy na kibicowski rynsztunek i doping? Co potem z nim zrobimy?

Zakup koszulki był impulsem. R. poszedł do Tesco po jedzenie, ale wyeksponowane w strategicznym miejscu kibicowskie gadżety uruchomiły w moim spokojnym na ogół mężu wewnętrznego wojownika. Nadchodzi wojna polska-grecka, trzeba się przystroić w barwy plemienne. 10 zł za identyfikację wizualną i emocjonalną to w końcu niewiele. Koszulka z orłem (produkcja europejska, barwniki przyjazne środowisku) powędrowała więc do koszyka.
- Wyobraziłeś sobie, że siedzisz na kanapie i oglądasz w niej mecz? - wiercę R. dziurę w brzuchu. Próbuję zrozumieć, skąd ta potrzeba. Pytam, dlaczego nie spakował do walizki dzikowych farbek do malowania twarzy; wymalowałabym mu prawdziwe wojenne barwy.
- To chyba jasne że nie. - obrusza się mój małżonek. - Wyobraziłem sobie, że w niej podskakuję i krzyczę "Goool!"

***

Wieczorem pojechaliśmy na rekonesans. Zajechaliśmy do jednego z gospodarstw na skraju Mirachowskich Lasów Kupiliśmy od kaszubskiej gospodyni mleko i masło. - Ile litrów chcecie? Dwa? Wyciągnęła spod szafki plastikową butelkę o znajomym kształcie, opłukała ją. Błysnęła biało-czerwona etykieta. - Za mleko? 5 zł. Na do widzenia dorzuciła - gratisowo - paczkę świeżo zrobionego twarożku. Gdy pakowaliśmy nabiałowe dobra do bagażnika, zadzwoniła A., którą, jak się okazało, rzuciło służbowo też w ten rejon.
Nie widziałyśmy się od powrotu z Kornwalii, umówiliśmy się w Sierakowicach, w lokalnej cukierni. A. zamówiła kawę, ja zapytałam o herbatę. Nie było, skończyła się woda w kranie. - Może coś zimnego? - zapytała sprzedawczyni, wskazując dłonią półkę zastawioną napojami produkowanymi przez znajomy koncern. Napój z kofeiną, napój pomarańczowy, napój herbaciany, napój o smaku wody. Lokalnych napitków - brak. Nawet tych o zerowej wartości. A na Kaszubach jest przecież kilku lokalnych producentów zarówno czystej kranówki, jak i wzbogacanej bąbelkami i barwnikami.

***

Oglądam w internecie okładkę nowej Gagi. Zdjęcie jest dynamiczne; zdrowa zieleń w tle, trójka dzieciaków w sportowych koszulkach pozuje jakby właśnie zdobyła puchar dziecięcej Ligi Mistrzów. Hedlajn "Trenujcie! czyli jak sport kształtuje osobowość twojego dziecka". Na żółtych koszulkach widać dwa połączone ze sobą łuki. Brawo, Ronaldzie Macdonaldzie, udało ci się zdobyć jeden z ważniejszych przyczółków. Ciekawe o dalej? Kioski z frytkami na Orlikach?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz