piątek, 29 czerwca 2012

40

Na pocztę wędruje kolejne osiem paczek. Albo i dziewięć.

Samochód coraz rzadziej opuszcza garaż; na spotkanie z A. jadę rowerem. Jestem parę minut przed czasem, A. na gazeli zjeżdża eleganckim łukiem z Poniatowszczaka w asyście dwóch psów. Siadamy na trawniku pod Centrum Kopernika. Wyciągam bidon z kranówą (od powrotu z Kaszub nie kupuję już wody), A. odkorkowuje butelkę z domową mrożoną herbatą.

Niania pyta: - Czy mogę zabrać Dzika do zoo?

czwartek, 28 czerwca 2012

39

Rozpada się nasza materialna rzeczywistość. Rozcinam rękaw ulubionego swetra. R. wraca z wiejskiego weekendu z dżinsami przepołowionymi w strategicznej okolicy; tak intensywnie pucował naszego 10-letniego Forda, że spodnie pękły mu na tyłku. Zaczyna brakować mu skarpet. Pralka chodzi zdecydowanie za rzadko.
Dzik jest na etapie zamaszystego rzucania przedmiotami o grunt. Rzuca drewnianą miską o podłogę. Łup. Miska pęka na pół. Rzuca plastikową lokomotywą, którą dopiero co dostał (nie ze sklepu, a z wymiany towarowej, którą przeprowadziłam z jedną z moich ulubionych partnerek). Trzask. Odpada przewód zasilający. Rzuca pokrywką do wyciskacza cytrusów. Auć, trzaska ostatni z zębów, na których pokrywka się utrzymywała na dzbanku.
Kiedyś, gdy poszczególne elementy naszego materialnego świata zaliczały kontuzje, na ogół lądowały, niechciane, w koszu na śmieci. Nie chciało nam się ich leczyć. Teraz coś się zmieniło. Ranni delikwenci są poddawani natychmiastowym oględzinom; na ogół wystarcza szybki zabieg z użyciem superglue. Ponieważ R. nie ma lutownicy, podkleja nim nawet przewód od lokomotywy.
Każda konfrontacja z kontuzjowanym przedmiotem uruchamia w końcu mechanizm obecny u każdego odpowiedzialnego właściciela, sterujący procesem naprawy. Ale nie jest to proste. Gdy po przyjeździe z kaszubskiej dziczy odkrywam na rękawie ukochanego swetra z alpaki (na który wydałam swego czasu równowartość rocznej polisy ubezpieczeniowej dla bezwypadkowego kierowcy 10-letniego auta) gigantyczną, zajmującą cały łokieć ranę szarpaną, jestem gotowa do szybkiego pogrzebu. Zaraz! Może można to jakoś naprawić? Sweter w końcu trafia nie do kosza, ale na wieszak; może uda mi się znaleźć w tym blisko 2-milionowym mieście specjalistkę od zapomnianej repasacji.
Nie wszystko da się naprawić; dżinsy małżonka są zniszczone w sposób kategoryczny. Nie nadający się do reanimacji. Lądują w koszu.

Trwa Akcja Redukcja. R. zawozi na pocztę osiem paczek z przedmiotami, które - dzięki dokonanej w internecie wymianie - znalazły nowych właścicieli. Kolejne osiem czeka na spakowanie; zabrakło mi opakowań i kopert z recyklingu. W świat wędrują sportowe sandały, niekompatybilne z moimi stopami, niepotrzebny Dzikowi kask rowerowy, wełny i akcesoria dziewiarskie, kupione w konsumenckim amoku. Niepokochane książki, płyty, z których wyrośliśmy, ubrania, w których nigdy nie było mi wygodnie i biżuteria, w której nigdy nie było mi ładnie. Mimo to pryzma rzeczy do wyekspediowania wciąż zajmuje połowę podłogi w pokoju, który kiedyś zostanie pokojem Dzika. Jestem zmęczona od patrzenia na nią; metodyczna i staranna redukcja jest cholernie energo-, forso- i czaso-chłonna. Bilans dnia: mejlowe ustalanie szczegółów i pakowanie wybranych fantów zajmuje przynajmniej 2 i pół godziny, wyprawa na pocztę (akurat nie było kolejki): kolejne pół, rozproszona, wielokierunkowa spedycja pochłania 60 zł. Jakże łatwiej byłoby to wszystko zapakować do ruskiej torby w kratę i postawić przy płocie; coś jednak sprawia, że uznaję, że to ostateczne rozwiązanie.

Pomiędzy jedną a drugą połową meczu Niemcy-Włochy zastanawiamy się co zabrać ze sobą do jedzenia w podróż. Pojutrze jedziemy na Dolny Śląsk; mamy blisko 500 km do przejechania. I serdecznie dość kanapek.

środa, 27 czerwca 2012

38

Pod koniec trzeciego miesiąca zauważam, że nie-wydawanie przestaje być obowiązkiem, a staje się rutyną; być może działa zasada 30 dni, po upływie których utrwala się nowy nawyk?

Choć niewiele jest rzeczy, za którymi tęsknię, jest kilka sposobów na szybkie wydanie pieniędzy, które moja pamięć wzmacnia i podbarwia tak, że wyświetlają mi się niemal w technikolorze. Pedikiur - o tak. Zdecydowanie tęsknię za wykonanym fachową dłonią (czyli: nie moją) pedikiurem. Tęsknię za momentem, w którym zanurzam stopy w gorącej kąpieli, piłowaniem, frezowaniem, wszystkimi pieszczotami. Nawet za zapachem acetonu.

Na koncie: nuda. Karta kredytowa spłacona w 100%. Karta płatnicza użyta może z dwa razy. Nadwyżka nad księgowym zerem, czyli dnem debetu. Jak tak dalej pójdzie, to za dwa miesiące zamkniemy podklejoną do rachunku linię debetową - przekleństwo każdego labilnego konsumenta. I co dalej?

poniedziałek, 25 czerwca 2012

37


Dywanik u przełożonych; oglądamy materiał o brooklyńskich ogrodach, zakładanych na dachach kamienic. Na zdjęciu, które otwiera reportaż widać płaszczyznę dachu, a na nim usypane z ziemi zagony. Młody, przystojny brodacz kuca między rzędami kędzierzawej zieleniny i oddaje się żmudnej czynności pielenia z widokiem na Manhattan. P. opowiada mi o radiowej audycji, w której dziennikarz z satysfakcją pytał amerykańską aktywistkę o to, czy jej rodacy naprawdę muszą chodzić na korepetycje z siania, przerywania, flancowania, plewienia. M., która w Chicago, pisze, że niemal wszyscy jej sąsiedzi mają truskawki i pomidory na parapetach, a na dachach ule. Ona sama - nie, ale nadrabia to kupując magazyn poświęcony domowemu ogrodnictwu.

Dzień wcześniej szukamy z M. dojrzałych owoców na krzaczkach truskawek, które wykańczają brzeg jego balkonu. M. robi na obiad fasolkę szparagową wytarzaną w ziołach, zerwanych kilka minut temu na własnym parapecie. Zrywam je po listek po listku, a potem siekam. Palce jeszcze długo pachną mi szałwią i rozmarynem.

R. przywozi z wiejskiego domu swego ojca wiecheć selerów, szczypioru, pierwsze wątłe pietruszki, wiadro truskawek. Truskawki są nierówne i zniekształcone. Niewiniątka, dojrzewając w domowym ogrodzie, nie miały w życiu okazji wejść w kontakt z pestycydami.

Na moim balkonie kwitnie życie towarzyskie. Pan Pomidor (mistrz drugiego planu) tyje, powiększa się jego rodzina. Sałata rozpycha skrzynkę; przebijają się kiełki ogórków.

Za trzy dni Trybunał Konstytucyjny przyjrzy się ustawie o rodzinnych ogrodach działkowych.

Skończyła nam się sól. Ta najzwyklejsza, kamienna.

piątek, 22 czerwca 2012

36


Odgruzowanie w toku. Przeczyszczam szafy - chciałabym to zrobić metodycznie, jak radzą w poradnikach, półka po półce, z segregacją do odpowiednich pudeł, ale nie potrafię. Procesem naszej domowej redukcji rządzi chaos, w kilku miejscach przedpokoju rosną więc pryzmy niepotrzebnych rzeczy, potykamy się o nie, tracimy orientację. R. robi porządek w kablach i zestawach słuchawkowych, mamy ich tyle, że moglibyśmy zacząć wyplatać z nich kosze. Część gratów wystawiam na portalach aukcyjnych. Część rozdaję. Inne oferuję do wymiany; w sieci jest wiele miejsc w których można uprawiać towarowy machniom, ale ja wybieram miejsce, które znam. Wyspecjalizowane forum matek małych dzieci. Mamy podobne potrzeby, bywa, że podobny gust.

Wpada jedna z kontrahentek, której wpadło w oko kilka moich rzeczy. Przywozi kg sycylijskich cytryn, ręcznie robione mydełka, sok malinowy, czekoladę prosto z Ekwadoru. Oddaję jej między innymi kurtkę, którą kupiłam w małym sklepiku na Kreuzbergu, po koncercie Radiohead. Nigdy się w niej nie dopinałam; ona tymczasem wygląda w niej doskonale. Niania Dzika kiwa głową: - Pożyczyć od koleżanki kurtkę? Rozumiem. Ale wymienić? To nie lepiej pójść do sklepu?

R. przywozi z pracy bochenek upieczonego w domu chleba i słoik ze śliwkową nutellą. Też efekt wymiany towarowej. Ze skrzynki wyciągam płaską paczuszkę, a w niej trzy paczki herbaty, którą lubię. Ciekawe czy dałoby się tak długo żyć? Kompletnie bez pieniędzy?

Balkon w rozkwicie. A., z którą zasiadam rano na ławce w parku Żeromskiego, chwali się, że na jej pomidorowym krzaczku zawiązał się pierwszy owoc. - Jeden? - pytam kpiąco. - U mnie, na balkonie, jest cała drużyna.


środa, 20 czerwca 2012

35

Ogarniam rzeczywistość po ponad trzytygodniowej nieobecności. Piorę, przesadzam, wietrzę, wycieram lodówkę od środka. Segreguję pocztę, rozrywam koperty z zaproszeniami na rabatowane zakupy. Stiudiuję je z perwersyjną przyjemnością i wyrzucam do kosza.
Maj nie jest tak zdycyspliowany jak kwiecień. W dziedzinie wydatków spożywczych rozprężenie: 760 zł, nie licząc kilku dni na początku miesiąca, spędzonych na brytyjskim wyjazdowym wikcie, opłacanym walutą Królestwa. Zapasy w lodówce wyżarte, zamrażarka prawie pusta; na dnie oszronionej szuflady leży wymięta torebka zmrożonej marchwiowej kostki i trochę zmarzniętej pietruszki sprzed roku. Układam obok kurę, która jeszcze niedawno biegała po jakimś kaszubskim podwórku. Kupuję jogurt. R. przynosi chleb z naszej piekarni. Zamawiam internetową skrzynkę ekologicznych warzyw; przyjeżdżają następnego dnia, pachnące wilgocią, oprószone ziemią. Młode buraki, sałata, szczypior, kalafior, pomidory, ogórki, zerwane tego samego dnia truskawki, które dzień później wciąż są pyszne. Nie gniją, nie pleśnieją jak ich krewniaczki, kupione od pseudo-rolnika, który rozstawił swój kram z towarem przywiezionym z giełdy na poboczu podwarszawskiej drogi. Tradycyjnie, jak co roku, ulegamy magii rozkwitającej właśnie przydrożnej oferty handlowej i gdzieś pod Płońskiem kupujemy koszyczek czereśni, które przesypane przez sprzedawcę do foliowej torebki wyglądają jak ofiary czereśniowej przemocy. 14 zł/kilogram
W pozostałych kategoriach: nic spektakularnego. Zdrowie: 160 zł (szczepienie). Rzeczy: 303 zł (głównie: kompulsywne ogrodnicze zakupy). Prezenty: 16 zł. Przyjemności: 0 zł. Po raz kolejny ekonomia nie ma kompletnie związku z emocjami; bo w maju zaznaliśmy przecież tylu przyjemności!
Dyscyplina wydatkowa przynosi efekt. Karta kredytowa, nadgryziona przez brytyjską wypożyczalnię samochodów, jest już kompletnie spłacona. Leży w szufladzie, już jej nie używam. Zmniejsza się też debet, wklejony w nasz rachunek.

W domu czeka na mnie skrzynka, podarowana przez litościwą ogrodniczą duszę; dotarła w czasie, gdy mnie nie było. Przesadzam do niej dwa ostatnie krzaczki pomidorów; na jednym z nich jest już spory zielony owoc.

Dostaję linka do badań, które mówią o tym, że przeciętna polska rodzina kisi w domowych kątach, szafach, pawlaczach niepotrzebne nikomu rzeczy o średniej wartości 4 tysięcy zł. Biorę się więc na poważnie za odgruzowywanie.


R. kładzie się do łóżka, pytając czy jest w domu magnez. Nieusatysfakcjonowany odpowiedzią (- Jest. W tabletkach), mówi, że chciałby kupić rozpuszczalny.

sobota, 16 czerwca 2012

34

Co sprawia że niektórym ludziom nie wystarcza jedno własne miejsce do życia?

Wieś, w której od prawie tygodnia mieszkam, składa się z części roboczej i wypoczynkowej. Zabudowa na terytorium rolników jest posklejane z budynków pochodzących z różnych epok i estetyk. Część tworzona przez letników - zadziwiająco harmonijna. Gdyby oceniać ją po tym jak prezentuje, można by powiedzieć: bogato. Ładne, nowoczesne bryły, estetyczne ogrodzenia, uporządkowane ogrody. Bujna zieleń, która otula wypieszczone mikrokosmosy wypoczynku. Oglądanie ich jest przyjemnością i udręką. Pracuje wyobraźnia, iskrzy się na synapsach odpowiedzialnych za podejmowanie niemądrych decyzji inwestycyjnych. Może działka? Może przyczepa, a może domek? Może więc kredyt, żeby starczyło na projekt, materiały, ogrodzenie, rośliny do ogrodu, kuchenka i zmywarka do kuchni, może firma ochroniarska albo pan Kazio, który będzie pilnował wypoczynkowego bogactwa, gdy chwilowo zrezygnuje się z cotygodniowego pokonywania samochodem kilkuset km po to, żeby się przez dwa dni poinhalować świeżym powietrzem. Własnym świeżym powietrzem.

Tak, wizja posiadanie letniego domu może oszołomić równie mocno jak zbyt szybka kolejka haustów w barze tlenowym, wiem coś o tym.

Dom, w którym do prawie tygodnia mieszkam, jest na sprzedaż. Właściciel chce 480 tysięcy złotych za piętrową, rozwojową chałupę na pokaźnej działce, z oszałamiającym widokiem  Dla pocieszenia R. policzył koszt pojedynczego noclegu. Jeśli nowy właściciel kupi dom, będąc w podobnym do naszego momencie życia i spędzi w nim każdy ciepły weekend aż do osiemdziesiątki, zapłaci za każdą noc 460 zł. Dużo to? Czy może mało?

czwartek, 14 czerwca 2012

33


- Kup Politykę. - mówi A., gdy obwieszczam jej rano, że wieczorem mam zamiar opuścić naszą wakacyjną dzicz i pojechać, hen, 100 km na wschód. Na lotnisko - idealne miejsce do zakupu prasy.
A. wie, że jesteśmy zanurzeni w anty-konsumpcyjnym doświadczeniu. Rozmawiamy o niekupowaniu od czasu do czasu, podobnie zresztą jak rozmawiamy o kupowaniu. Że kupiło się masło, karasie, truskawki. Rozmawiamy też o dmuchanym krowim duecie, z którego kilka godzin po przywiezieniu przez kuriera uszło powietrza („Kupiłam dwie, jedną dla Rysia, drugą dla Dzika”). O koszulkach z wyjątkowo miękkiej, uprawianej bez pestycydów bawełny, z których Ryś właśnie zaczął wyrastać („A kupiłam kilka, na zapas”). O młynku do kawy, w którym A. każdego ranka mieli sezam albo inne dobroczynne nasienie, które wsypuje potem do chłopakowych misek. („Kupiłam dwa, jeden się od razu zepsuł”). Nawet o wełnianych galotach. („Gdzie je kupiłaś?”).
- Politykę. Kup. Najnowszą. 
- Nie kupuję Polityki.
Jesteśmy tu od trzech dni. Dwie kobiety. Dwóch synów. Kuchnia. Kanapa. Kominek. Ogród. Jezioro u stóp. Snuje się między nami przędza. Rosną opowieści. Wątki, które wciąż wracają i takie, które się rwą. Konsumpcja wydaje się być - na ich tle - tematem z gatunku ple ple, ale wciąż uparcie powraca.
- Dlaczego nie kupujesz Polityki?
- Bo nie. Czytam w sieci.
- To zadzwonię do R. Niech przywiezie ze sobą.

Pod lotnisko dojeżdżam za wcześnie. Nie mam się gdzie podziać. Parkowanie dłuższe niż 10 minut kosztuje 20 zł, więc krążę wokół terminala, przez pomyłkę wbijam się w tunel komunikacyjny dla uefowskich wipów, na chwilę przysiadam w autobusowej zatoczce. Na niedokończonym zjeździe z świeżo wyasfaltowanej dojazdówki parkują luksusowe samochody; ich budzące respekt cielska są świeżo wymyte, w przydymionych szybach odbija się pomarańczowa kula słońca. Gdy mój nowy, podłączony do ładowarki telefon (który choć jest faktycznie bystry, to niestety, również wyjątkowo cherlawy) zaczyna lekko drżeć, kierowcy odpalają silniki, limuzyny zjeżdżają z tymczasowych, nielegalnych miejsc parkingowych i suną w stronę 10-minutowej strefy Kiss&Fly. Podjeżdżam i ja. Mój mąż nie ma bagażu, poza lekką torbą. Z torby wystaje mu Polityka.

czwartek, 7 czerwca 2012

31

Wczoraj przyleciał R. Wstałam wcześnie rano, zapakowałam śniętego Dzika do fotelika, pojechałam nowo wyasfaltowaną dwupasmówką do Rębiechowa.
Nie widzieliśmy się 10 dni. Przetransportowany migiem (45 minut) i niewielkim, w porównaniu do ceny biletów Intercity na tej samej trasie, kosztem (99 zł) małżonek wydał mi się zarośnięty i odrobinę wymięty.
- Kochanie, kupiłem coś. - wyznał, gdy umościł się na przednim siedzeniu. Głos miał niepewny. Co mógł kupić? Komplet alufelg? Futerał do naszego nowego telefonu? Zaległy pierścionek zaręczynowy? Tak naprawdę nie miałam pojęcia. R. nigdy nie był konsumpcyjnym myśliwym. Impulsywne zakupy właściwie mu się nie zdarzały. Przemyślane - bardzo rzadko.
- Kupiłem koszulkę kibica.
Udało mu się mnie zaskoczyć.


Gra na futbolowych emocjach może być dużo warta. W Polityce czytam, że dochody z piłkarskiej turystyki mają w czerwcu wynieść jakieś 844 mln zł, a eksperci prognozują, że sprzedaż namaszczonych przez UEFA gadżetów (Warner Bros), słodyczy (Wawel), procentów (Carlsberg), bąbelków (Coca-Cola) i hamburgerów (McDonald) może doprowadzić do skumulowanego wzrostu PKB o 2,1%. Mnie jednak ciekawi mikroekonomiczny aspekt mistrzostw. Konkretnie: ile Euro 2012 wyciśnie z portfela przeciętnego Polaka. Tego, który mecze będzie oglądał na własnej albo zaprzyjaźnionej kanapie, przed telewizorem, a miłość do polskiej drużyny narodowej manifestował podczas przejazdów praca-dom. Piwo, czipsy, kiełbaski na grilla, otulacze na lusterka, chorągiewki, koszulki - ile wydamy na kibicowski rynsztunek i doping? Co potem z nim zrobimy?

Zakup koszulki był impulsem. R. poszedł do Tesco po jedzenie, ale wyeksponowane w strategicznym miejscu kibicowskie gadżety uruchomiły w moim spokojnym na ogół mężu wewnętrznego wojownika. Nadchodzi wojna polska-grecka, trzeba się przystroić w barwy plemienne. 10 zł za identyfikację wizualną i emocjonalną to w końcu niewiele. Koszulka z orłem (produkcja europejska, barwniki przyjazne środowisku) powędrowała więc do koszyka.
- Wyobraziłeś sobie, że siedzisz na kanapie i oglądasz w niej mecz? - wiercę R. dziurę w brzuchu. Próbuję zrozumieć, skąd ta potrzeba. Pytam, dlaczego nie spakował do walizki dzikowych farbek do malowania twarzy; wymalowałabym mu prawdziwe wojenne barwy.
- To chyba jasne że nie. - obrusza się mój małżonek. - Wyobraziłem sobie, że w niej podskakuję i krzyczę "Goool!"

***

Wieczorem pojechaliśmy na rekonesans. Zajechaliśmy do jednego z gospodarstw na skraju Mirachowskich Lasów Kupiliśmy od kaszubskiej gospodyni mleko i masło. - Ile litrów chcecie? Dwa? Wyciągnęła spod szafki plastikową butelkę o znajomym kształcie, opłukała ją. Błysnęła biało-czerwona etykieta. - Za mleko? 5 zł. Na do widzenia dorzuciła - gratisowo - paczkę świeżo zrobionego twarożku. Gdy pakowaliśmy nabiałowe dobra do bagażnika, zadzwoniła A., którą, jak się okazało, rzuciło służbowo też w ten rejon.
Nie widziałyśmy się od powrotu z Kornwalii, umówiliśmy się w Sierakowicach, w lokalnej cukierni. A. zamówiła kawę, ja zapytałam o herbatę. Nie było, skończyła się woda w kranie. - Może coś zimnego? - zapytała sprzedawczyni, wskazując dłonią półkę zastawioną napojami produkowanymi przez znajomy koncern. Napój z kofeiną, napój pomarańczowy, napój herbaciany, napój o smaku wody. Lokalnych napitków - brak. Nawet tych o zerowej wartości. A na Kaszubach jest przecież kilku lokalnych producentów zarówno czystej kranówki, jak i wzbogacanej bąbelkami i barwnikami.

***

Oglądam w internecie okładkę nowej Gagi. Zdjęcie jest dynamiczne; zdrowa zieleń w tle, trójka dzieciaków w sportowych koszulkach pozuje jakby właśnie zdobyła puchar dziecięcej Ligi Mistrzów. Hedlajn "Trenujcie! czyli jak sport kształtuje osobowość twojego dziecka". Na żółtych koszulkach widać dwa połączone ze sobą łuki. Brawo, Ronaldzie Macdonaldzie, udało ci się zdobyć jeden z ważniejszych przyczółków. Ciekawe o dalej? Kioski z frytkami na Orlikach?

wtorek, 5 czerwca 2012

30

Zmęczona.

Nie, nie ograniczaniem, ale rozszerzaniem. Bo wciąż zdarza się, że mam problem z powiedzeniem: nie zrobię tego.

Właśnie, chwilowo, ponoszę tego konsekwencje.

Choć wolałabym się wyspać.
Poleżeć na trawie.
Poczytać książkę.
Popatrzeć na kogoś, posłuchać, pogadać.
Nic nie robić.


Jeśli zapytać przeciętnego reprezentanta kultury zachodnioeuropejskiej, jakie są korzyści z ograniczenia konsumpcji, na liście znajdzie się prawdopodobnie:
- porządek w domu i w głowie
- poczucie większej kontroli
- zwiększone poczucie bezpieczeństwa
- górka na koncie
- więcej wolnego czasu

A co z pracą? Teoretycznie wyraźne ograniczenie konsumpcji, a co za tym idzie, wydatków, mogłoby oznaczać możliwość ograniczenia ilości przepracowanych godzin. Ale czy jest to faktycznie tak proste?

piątek, 1 czerwca 2012

29

Dzień Dziecka.
Dzik dostaje od babci plastikową kaczkę na kijku. Ja - wielką czekoladę wyprodukowaną przez wielki koncern, którą podgryzam po kryjomu, tak żeby moje uczulone na mlekopochodne produkty dziecko nie poczuło się okradane.