czwartek, 24 maja 2012

25

Czy człowiek rodzi się konsumentem? 

***

Kapituluję w kwestiach ogrodniczych. Z siedmiu doniczkowych ofert (machniom: ty mi skrzynkę, ja ci - coś innego) udaje mi się doprowadzić do finału dwie transakcje. Wymieniam dwie długie skrzynki za książkę, jedną dostaję za uśmiech. Sadzę w nich pomidory, mam nadzieję, że lada moment dołączy do nich pachnące zielsko, dopiero co wysiane.
Świetnie sprawdza się wiaderko po kiszeniakach, i obcięte butelki po pięciolitrowym Żywcu.
Ale to nie wystarcza.
Nie chcę już dłużej czekać (kupowanie ma tę przewagę nad byciem obdarowywanym, że ma się nieporównywalnie większą kontrolę nad samym procesem), wsiadamy więc wieczorem w samochód i jedziemy do baumarketu. W koszyku lądują trzy ceramiczne donice i jedna długa plastikowa. Zakup, przed którym długo się opierałam. No i jak go teraz zaklasyfikować? Kaprys? Potrzeba? Inwestycja?
- To zależy od tego co sobie kompensujesz tym ogrodniczym szaleństwem na balkonie... - R. jest jak zwykle boleśnie precyzyjny.
Zakup nie przynosi mi przyjemności; tłumaczę sobie, że ceramiczne donice są trwalsze, ładniejsze i mniej szkodliwe (jeśli chodzi o globalny eko-rozrachunek) niż plastikowe odpowiedniki, ale mam poczucie winy. Że byłam nie dość uparta, nie dość pomysłowa, nie dość wyrozumiała. To ostatnie dotyczy kwestii estetycznych.
Donice z przetartej, piaskowej terakoty (sztuka: 21 zł) zdecydowanie ładniej wyglądają niż oskalpowane baniaki po wodzie. Gdy rozstawiam je pod ścianą, wypełnioną ziemią, wykończone pióropuszami sadzonek, poczucie winy rozpływa się.

***

Do końca miesiąca zostało 6 dni. Mamy 360 zł zł na koncie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz