poniedziałek, 21 maja 2012

23

Kilka dni temu wyskrobałam z dna słoika resztkę mojego ulubionego dodatku jedzeniowego. Oleiste pikle z owoców mango i chilii - hinduski specjał, wyprodukowany przez brytyjską firmę Patak's. Skoncentrowana, benzynowo-owocowa moc, koncentrat Indii - do kupienia w sklepikach z orientalnym żarciem i w delikatesach.

Choć przez ostatnie kilka miesięcy znaczyłam czatnejem niemal wszystko, co niosłam do ust swych, nowego słoika nie kupię. Egzotyczne ingrediencje są na razie na czarnej liście. Dlaczego? Nie chodzi o zużycie energii koniecznie do przetransportowania skrzynki mango z Indii do Wielkiej Brytanii, a następnie słoika z ich zmacerowaną postacią z Wielkiej Brytanii do Polski. Czasem bywam konsumenckim pierwotniakiem i "odcisk węglowy" do tej pory nie miał dla mnie większego znaczenia, gdy dochodziło do wyborów kulinarnych. Jest jednak coś pociągającego w stosowaniu na co dzień nacjonalistycznej filozofii żywienia. Jest nie tylko dobroczynna (podobno), ale też porządkuje kulinarne skojarzenia (pikle z mango? Radżastan; owsianka prosto z torebki? Chicago; świeży owczy bundz? Polana Zgorzelisko). Mam w pamięci skrytkę ze smakami i zapachami. Kojarzę je z miejscami. Potem wystarczy się uraczyć aromatem zawartości słoika z naklejką Pataks' i przypomnieć sobie smak, strukturę i wygląd thali, które jadło się pewnego wieczora w Dźajpurze w towarzystwie dwóch wyjątkowych osób.

Przyjaciółka znad morza, która towarzyszyła w ostatecznym opróżnianiu słoika (ciesząc się jego zawartością) zadzwoniła wczoraj. Nie odebrałam, nie słyszałam dzwonka. Gdy oddzwoniłam godzinę później, ciekawa wieści, usłyszałam: - Wiesz, byłam w delikatesach, stałam pod ścianą sosów Patak's i nie mogłam znaleźć tego, który jadłam u ciebie. Kupiłam więc inny, z czosnkiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz