niedziela, 20 maja 2012

22

R. wyciąga rower, instaluje siodełko, zakłada Dzikowi kask - jadą na Święto Wisły na Cypel Czerniakowski. Wracają w skrajnych nastrojach: Dziko podekscytowany bliskim spotkaniem z tłumem, R. zniechęcony.
- Pięć stoisk sprzedających wiedzę, a sto: kiełbasę z grilla. Tłumy w kolejce po kiełbasę, zero zainteresowania sikorkami.
Może dlatego, że trudno wsłuchać się w wykład o życiu sikorek, gdy w ucho wciska się umpa-umpa, produkowane przez stoisko z kiełbaską? 

Dalej walczę z tematem balkonowego warzywnika. Przesadzam kilka pomidorów do pojedynczych donic. Wynoszę na dwór. Po Zimnej Zofii nie ma już śladu, ale w nocy są 2 stopnie na plusie. Pomidory się marszczą. Zabieram zmarźluchy do środka; powoli dochodzą do siebie. Sieję kolendrę i oregano w zrecyklingowanych pojemnikach, rozkładam w skrzynce taśmę z przygotowanym przez producenta aromatycznym zestawem, przykrywam ją tłustą, czarną ziemią z plastikowej torebki. Konfrontuję się z prawem większego opakowania W budzie z kwiatami na niedalekim bazarku pięciolitrowa torba ziemi kosztuje 3,5 zł; R. przywozi z najbliższego supermarketu 50-litrowy worek. Płaci niecałe 9 złotych. Otwieram go gdy już jest ciemno. Ziemia pachnie miętówkami; od grzebanie w niej mam czarne paznokcie.

Czy ziemia była kiedyś za darmo? Stopklatka. Osiedle poniemieckich domów, postawionych dla urzędników. Początek lat 80. Zaniedbany klomb pod domem zostaje podzielony na odcinki; każdy z mieszkańców domu dostaje kilka grządek. Zanim wezmą się do siania, pod dom zajeżdża ciężarówka z żyznym ładunkiem, który potem kolektywnie rozciągaliśmy grabiami po terenie. Skąd się wzięła? Kto za nią zapłacił?

Z zapowiedzianych kilkunastu skrzynek ściągnęłam na razie trzy. Plus wiaderko po kiszonych ogórkach. Jestem zniechęcona, bo w proces sprowadzenia skrzynek inwestujemy w sumie 4 godziny czasu i kilka litrów benzyny, a i tak wciąż mamy w tej dziedzinie braki. Kupienie nowych zjadłoby mniej czasu. Redukcja generuje dodatkowe koszty.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz